Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Stolice uchodźców. Przybysze ze Wschodu przerzucają most między Warszawą a Berlinem

Demonstracja Ukraińców w Warszawie w dniu ich święta narodowego 24 sierpnia 2022 r. Demonstracja Ukraińców w Warszawie w dniu ich święta narodowego 24 sierpnia 2022 r. Adam Chełstowski / Forum
Warszawsko-berlińskie analogie są godne uwagi, bo korygują w Niemczech obraz Polski jako kraju zamkniętego w sobie, ogarniętego ksenofobicznymi odruchami, a także – w swej tendencji – pokazują podobieństwa między stolicami, tworząc most i pole możliwej współpracy.

Autorzy reportażu Karolina Jeznach i stały korespondent „Spiegla” Jan Puhl odwiedzili kluby i jadłodajnie uchodźców, rozmawiali z dobrze już w Warszawie ulokowanymi artystami, jak Iwan Wyrypajew, któremu – jak mówi – w Rosji grozi „co najmniej 20 lat więzienia: pięć za porównanie Putina do Stalina, następne pięć za zrównanie Stalina z Hitlerem, a pozostałe dziesięć łatwo dorzucić, bo publicznie potępiłem inwazję na Ukrainę”.

Teraz Wyrypajew wystawia w Teatrze Polskim „Wujaszka Wanię” Antoniego Czechowa. Sztuka z 1899 r. porusza problemy do dziś paraliżujące Rosję: niewykorzystane szanse, bierność, stagnację, nudę, beznadzieję. Rosjanie „także są ofiarami”, twierdzi Wyrypajew.

Iwan Wyrypajew: Ojciec nazywa mnie zdrajcą

Uciekinierzy „na wszelki wypadek”

Przybysze ze Wschodu opowiadają reporterom swoje historie, np. rosyjskie małżeństwo Olga i Dymitr, które opuściło kraj „na wszelki wypadek”. Ona wyjechała cztery lata temu. Uczestniczyła w marszu w rocznicę śmierci Borysa Niemcowa, zamordowanego krytyka Putina; trudno powiedzieć, jakie represje mogłyby ją za to spotkać. Wiosną tego roku jej śladem poszedł Dmitrij. Nie chcą podawać swoich nazwisk, bo ich rodzice i krewni w Rosji mogliby mieć kłopoty.

Pracują w Warszawie jako socjologowie dla światowej agencji marketingowej, dzięki temu zmiana nie była tak trudna. Ich polszczyzna nie jest jeszcze płynna, ale w stolicy łatwo się porozumiewają po angielsku. W Rosji, mówi Dmitrij, zostałby wcielony do wojska. Ale dla niego wojna z Ukrainą to absurd. „Nie mam tam żadnych wrogów. I chcę móc o tym mówić bez obaw o represje”, cytuje go niemiecki tygodnik.

Gdy polski rząd zaostrzył przepisy aborcyjne, Olga wzięła udział w demonstracji. „Czuło się wtedy taką swobodę – mówi „Spieglowi”. – Tu ludzie uśmiechają się o wiele częściej niż w naszym kraju”. Po prostu widać, jak wolność ich inspiruje. Natomiast w Rosji większość zajęta jest codzienną walką o przetrwanie. „Nikt nie wierzy, że kiedykolwiek cokolwiek się poprawi, a już na pewno nie w to, że sam ma jakiś wpływ na przyszłość”.

Na co dzień oboje są ostrożni, gdy się ich pyta, skąd pochodzą. „Mówię wtedy, że niestety z Rosji” – opowiada Olga. Dmitrij już dwukrotnie przyjął w mieszkaniu ukraińskich uchodźców. Wobec niego Ukraińcy są często zaskakująco przyjaźni. „Ponieważ jesteśmy tutaj, dochodzą do wniosku, że musimy nie godzić się z reżimem”. Raz po raz Olgę zdumiewa nieustająca gotowość warszawiaków do niesienia pomocy. Mimo że wsparcie rządowe za udostępnianie mieszkań prywatnych się skończyło, inflacja sięga 20 proc., a gospodarka się chwieje, ponad 80 proc. Polaków twierdzi, że w zasadzie pozytywnie ocenia ukraińskich uciekinierów.

Czytaj też: Pomoc dla Ukraińców. Reguły zmieniły się w trakcie gry

Polska krajem imigrantów

Reporterzy „Spiegla” zwracają uwagę, że nie jest zresztą prawdą, iż Polacy do niedawna w dużej mierze byli sami ze sobą. Aby zaspokoić brak rąk do pracy, rządząca prawica – mimo całej ksenofobicznej retoryki – bez większej biurokracji przyznawała wizy setkom tysięcy Ukraińców, ale także Hindusom czy Wietnamczykom. Kiedy w 2020 r. na Białorusi brutalnie stłumiono masowe protesty, a zwłaszcza po najeździe Putina na Ukrainę, Polska bardzo szybko stała się krajem imigrantów.

Uchodźcy, ciągnie „Spiegel”, nadają dziś barwę nadwiślańskiej stolicy, która od wojny wymyśla się wciąż na nowo, ponieważ niemieccy okupanci zniszczyli ją w 1944 r. dom po domu. Potem komuniści co prawda odbudowali starówkę, ale też pozostawili po sobie betonowe bloki. Dziś Nowy Świat, pokazowa ulica Warszawy, to lśniący deptak z wyciszonym ruchem kołowym. Miasto od niemal 20 lat ma pełne zatrudnienie, prezydent Rafał Trzaskowski uczestniczy w paradach LGBT, a Pałac Kultury i Nauki przesłoniły oszklone wieżowce.

„A teraz oblicze miasta zmieniają nowi mieszkańcy. Otwierają ośrodki kultury, sprzątają, pracują w opiece społecznej, w budownictwie, są zatrudnieni w restauracjach lub sami je otwierają. Ukrainki prowadzą salony piękności. Większość z nich mieszka kątem prywatnie lub już posiada własne mieszkanie. Ci, którzy mogą pracować komputerowo, prowadzą home office na wygnaniu. Polacy nauczyli się zarządzać nawet poważnymi »strumieniami uchodźców«” – ciągnie „Spiegel”. Nie podkopuje on stabilności państwa, gospodarka nie pada, a imigranci nikomu nie odbierają pracy.

„Od lutego Polska żyje w trybie państwa frontowego – pisze tygodnik. – Postawiła w stan gotowości swoje siły zbrojne, a także tzw. obronę terytorialną, niedzielnych wojowników gotowych bronić kraju. W NATO Polacy wysunęli się na czoło w sprawie dostaw broni i nakładania sankcji. Z miejsca dostarczyli Ukrainie ponad 200 czołgów bojowych, podczas gdy Niemcy bez końca debatowali o swych marderach i leopardach. W pociągach tablice informacyjne ostrzegają, by nie zamieszczać w mediach społecznościowych zdjęć pojazdów wojskowych. Wróg słucha. Polacy zbierają datki, przyjmują w domach zupełnie obcych ludzi. A w niemal każdej polskiej klasie szkolnej są ukraińskie dzieci”.

Czytaj też: Miliony Ukraińców znów ruszą na Zachód? Polacy są zmęczeni współczuciem

Azyl dla Białorusinów

Od dłuższego czasu w Warszawie są już Białorusini, opisuje „Spiegel”. Już w połowie lat 90. w polskiej stolicy schronili się ostatni politycy z wolnych wyborów, wypchnięci z kraju przez Aleksandra Łukaszenkę. Na Saskiej Kępie jest Białoruski Dom, niegdyś willa ambasadora Francji, dziś centrum kultury i zarazem siedziba organizacji. Reżyserem jest tu Aleś Zarembiuk. Właściwie jest dziennikarzem, co w jego ojczyźnie może być groźne dla życia. Przed laty przez podmiejskie ogrody rodzinnego miasta uciekał przed poplecznikami Łukaszenki, potem przez Ukrainę przyjechał do Polski taksówką.

Dziś ta trasa stała się trudniejsza. Do końca listopada Zarembiuk i jego współtowarzysze pomogli 1022 Białorusinom uzyskać szybkie wizy. „Jeśli jesteś na liście terrorystów, musisz się wydostać z kraju, i to szybko” – mówi. W więzieniach są tortury, samowola, głód, okropne warunki higieniczne, a przede wszystkim zagęszczenie. Nierzadko za niegroźny post w sieci grozi 15 dni aresztu. Tysiące osób tkwi w obozach pracy.

Zarembiuk mówi bezbłędnie po polsku, choć ma nadzieję, że kiedyś wróci do kraju. „To nie tylko Łukaszenka. Rządzi jego aparat, po nim prezydentem mógłby prawdopodobnie zostać obecny szef Rady Bezpieczeństwa” – mówi „Spieglowi”. W jego przepastnym gabinecie jedynego koloru dodają liczne flagi w biało-czerwono-białych barwach, transparenty protestów przeciwko sfałszowanym wyborom dwa lata temu. Białorusin jest przekonany, że w centrum wkrótce nie będzie tak smutno, będą odczyty, kursy językowe, dyskusje: „Marzy nam się białoruskie społeczeństwo obywatelskie na uchodźstwie, które kiedyś może znów przejmie władzę”.

Czytaj też: Zona. Reporterzy „Polityki” o kryzysie na granicy z Białorusią

Allach jest wszędzie

Polska krajem imigrantów? – dziwi się „Spiegel”. Co prawda jest to na razie migracja lekka, łatwa i przyjemna, „light”, bo przyjeżdżają uchodźcy posługujący się zrozumiałymi językami, z tego samego obszaru kulturowego, często mający solidną sieć powiązań i kontaktów. „I z taką samą werwą, z jaką państwo polskie pomaga obecnie Ukraińcom, odpiera też na granicy z Białorusią uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki” – zwraca uwagę niemiecki tygodnik. „Każdego dnia od 50 do 100 z nich próbuje przekroczyć płot wysoki na kilka metrów lub bagna w strefie przygranicznej. Polska zasłynęła tym, że w 2015 r. zbojkotowała wprowadzany w UE mechanizm rozdziału uchodźców. Muzułmańscy przybysze – argumentował wówczas nowy rząd – nie pasowaliby do katolickiej Polski”.

Jeśli jednak muzułmanie uciekają od Władimira Putina, to Polska robi wyjątek. „Polska mnie uratowała” – opowiada Kedi Aliewa z Czeczenii. Nie nosi hidżabu, ale ma na głowie chustę. Kuchnia Konfliktu, taka jest nazwa projektu Aliewej. Na Wilczej między słoikami z marynowanymi oliwkami a kolorowymi grafikami serwuje specjały ze swojej ojczyzny.

Sama początkowo nie chciała jechać do Polski. Uciekając, dotarła aż do Austrii – tylko po to, by zgodnie z porozumieniem dublińskim zostać zawróconą do Polski, gdzie przekroczyła granicę UE. Minęło kolejne osiem lat, zanim przyznano jej azyl polityczny. W międzyczasie pracowała w sklepie z kebabami za 5 zł na godzinę. 20 lat temu rosyjscy żołnierze zamordowali jej męża, zastrzelili go ot tak, gdy szedł do pracy. „Gdyby rzeczywiście był bojownikiem o niepodległość, to przynajmniej jego śmierć na coś by się przydała” – mówi.

Przez dziesięć lat pod rządami namiestnika Putina Ramzana Kadyrowa Aliewa próbowała dochodzić sprawiedliwości. Bezskutecznie. „Właśnie kazał zamordować w Szwecji innego blogera – mówi Aliewa. – Ja sama cierpię na zespół stresu pourazowego. Wiele osób popada z tego powodu w depresję. To sprawiło, że stałam się tak niespokojna”.

W Polsce Aliewa jest dobrze znana. Zasiada jako doradczyni w gdańskiej radzie ds. uchodźców. Ze współtowarzyszami uszyła miastu ogromną biało-czerwoną flagę o wymiarach osiem na cztery metry, wciąganą na maszt przy uroczystych okazjach. Aliewa uważa za przejaw tolerancji to, że Polacy pozwolili jej dotknąć swojej narodowej flagi.

W międzyczasie w Kuchni Konfliktu zapełniły się nieliczne stoliki. Aliewa serwuje humus i barszcz. Ci, którzy nie są w stanie zapłacić – tłumaczy – nie muszą. W jej nowej ojczyźnie wielu starszym ludziom jest ciężko, mówi, żyją podobnie jak uchodźcy, mają mało pieniędzy, często są samotni. Teraz chce dać Polakom coś od siebie. „Kocham ten kraj – Allah jest wszędzie, nawet tutaj”.

Czytaj też: Biznesmen, który pomaga Ukraińcom, sam potrzebuje pomocy

Warszawsko-berlińskie analogie

W tym samym czasie co relacja „Spiegla” z Warszawy berliński „Tagesspiegel” i inne gazety opublikowały „na ogół zachęcające” wyniki reprezentatywnej ankiety wypełnionej przez 11 tys. z ponad miliona ukraińskich uchodźców przebywających w Niemczech. Dwie trzecie pochodzi z terenów bezpośrednio objętych wojną, ale po rosyjsku odpowiedziała tylko jedna trzecia. 60 proc. przyjechało do Niemiec, bo już byli tu ich krewni, przyjaciele lub znajomi. Średnia wieku to 28 lat. 80 proc. to kobiety, z tego 60. proc jest między 20. a 40. rokiem życia, co dziesiąta ma ze sobą przynajmniej jedno dziecko.

Znamienne, że tylko niespełna 10 proc. mieszka w pomieszczeniach zbiorowych. Trzy czwarte prywatnie, a blisko jedna czwarta – u przyjaciół i znajomych. Spośród dzieci powyżej trzeciego roku życia prawie dwie trzecie chodzi do przedszkoli lub żłobków. Prawie wszystkie dzieci w wieku szkolnym chodzą do szkoły, koło jednej trzeciej do klas specjalnych, zwanych czasem powitalnymi. Ponadto bardzo wielu uczniów nadal dobrowolnie bierze udział w zajęciach online w swojej szkole w Ukrainie. Tylko 3 proc. uczestniczy wyłącznie w takich zajęciach.

Według sondażu ukraińscy uchodźcy mają „wyjątkowo wysoki poziom wykształcenia”. Ponad 70 proc. wyższe, a tylko 10 proc. – zawodowe. Blisko jedna piąta zna język niemiecki, ale tylko 4 proc. na poziomie dobrym lub bardzo dobrym. Połowa już się uczyła niemieckiego, 40 proc. ma regularny kontakt z Niemcami. Po pół roku emigracji 17 proc. już ma pracę, a niemal 80 proc. chce i – zdaniem analityków – będzie pracować, gdy lepiej opanuje język niemiecki.

Trzy czwarte uważa, że zostali w Niemczech dobrze przyjęci, większość też dobrze ocenia swój stan zdrowia. Gorzej z poczuciem życiowej satysfakcji. W skali od zera (bardzo źle) do dziesięciu (bardzo dobrze) średnia wynosi 5,8, podczas gdy wśród Niemców – 7,5, co jest zrozumiałe w obliczu wojny we własnym kraju i lęku o walczących partnerów, rodziców, dzieci czy przyjaciół, a także niepewności własnego losu. Jedna trzecia uchodźców chce wkrótce wrócić, jedna trzecia pozostać na długo, a reszta się waha.

Z innych obserwacji można dodać, że berlińskie gazety dały stałe miejsce ukraińskim felietonistom dzielącym się na bieżąco odczuciami i obserwacjami. I tak np. w „Tagesspieglu” Nadja Kulisz włącza się do żywej w Niemczech debaty: wpuszczać czy nie wpuszczać rosyjskich dezerterów, przyznając otwarcie, że wolałaby „nie jeździć metrem razem z rosyjskimi mężczyznami”.

Spór jest ostry, tym bardziej że duża część już od lat zamieszkałej w Berlinie rosyjskiej kolonii wprawdzie korzysta z dobrodziejstw Zachodu, ale też jawnie sympatyzuje z Putinem, co często doprowadza do ostrych starć na publicznych spotkaniach z wybitnymi przedstawicielami rosyjskiej emigracji antyputinowskiej, takich jak Wiktor Jerofiejew. Który zresztą właśnie opisał w niemieckiej prasie, że nagle w ramach sankcji przeciw Putinowi przestała w Niemczech działać jego karta płatnicza. Nie wie zatem administracyjna lewica, co robi prawica.

O podobnej sytuacji, tyle że przy kasie w warszawskim supermarkecie, niezależnie od wszelkich algorytmów administracji, opowiadał reporterom „Spiegla” Wyrypajew. Kasjer, wyczuwając jego rosyjski akcent, warknął: „Nic ci nie sprzedam”. Wtedy z kolejki wyszły dwie Ukrainki i zaczęły bronić Rosjanina.

Te warszawsko-berlińskie analogie są godne uwagi, ponieważ korygują w Niemczech obraz Polski jako kraju zamkniętego w sobie, ogarniętego ksenofobicznymi odruchami, a także – w swej tendencji – pokazują podobieństwa między stolicami, tworząc most i pole możliwej współpracy. Podczas gdy rządzący w Polsce nacjonaliści podkręcają atmosferę wokół przeszłości, wywołując mentalną zimną wojnę z zachodnimi sąsiadami, realia współczesności i przyszłości wręcz narzucają wzajemną współpracę – także w kwestii uchodźców z byłego ZSRR.

Czytaj też: Przemyśl – Lwów – Przemyśl. Wsiadamy w pociąg wahadło

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną