Kraj

Stówka pękła. Polska kupiła nowe rakiety, wyrzutnie i drony. HIMARS-y czekają

Wyrzutnia HIMARS na Międzynarodowym Salonie Przemysłu Obronnego w Kielcach Wyrzutnia HIMARS na Międzynarodowym Salonie Przemysłu Obronnego w Kielcach Wojciech Habdas / Agencja Wyborcza.pl
Ponad 100 mld zł – tyle zostało przeznaczone do wydania na zbrojenia w ciągu kwadransa. Efektem ma być więcej systemów obrony powietrznej i antyrakietowej, lepsze rozpoznanie i nowe brzegowe wyrzutnie pocisków przeciwokrętowych.

Pięć niepozornych czarnych teczek mieściło największą kwotę wydaną na zbrojenia przy jednej okazji. Miliardów w teczkach doliczyłem się 113, choć nie wszystkie liczby zostały oficjalnie przez MON Mariusza Błaszczaka podane. Czy resort miał opory przed pokazaniem trzycyfrowej kwoty? Główne wydatki, dotyczące systemów obrony powietrznej, zostały upublicznione nieoficjalnie, ale z doskonale poinformowanych źródeł. Stąd wiemy, że na samą obronę powietrzną poszło w kontraktach ponad 100 mld zł, a reszta to na jej tle przysłowiowe „orzeszki”, choć nie mniej ważne. Podział tortu jest nierówny, odzwierciedlający koszt i znaczenie systemów do zwalczania rakiet i samolotów. Jeśli ktoś miał wątpliwości, czy obrona powietrzna jest priorytetem modernizacji, to po wydaniu na nią jednego dnia stu miliardów powinien przestać je mieć.

Czytaj też: Polska zatyka dziurę w niebie

Rekordowa Narew

Gigantyczna kwota dotyczy kilku komponentów. Dokończenie systemu Wisła, czyli dokupienie antyrakietowych baterii Patriot z nowymi, dookólnymi radarami i zapasem pocisków, było spodziewane i początkowo wyceniane na rekordowe 15 mld dol. Podana nieoficjalnie wartość podpisanego na kieleckich targach zamówienia to 9,3 mld (47,6 mld zł), ale – uwaga – czeka nas jeszcze jedno, na system dowodzenia IBCS. W każdym razie faza druga Wisły rusza, z zakupem 48 wyrzutni, 12 radarów i do 644 pocisków przechwytujących (maksimum na jakie zgodził się rząd USA). Makieta radaru LTAMDS/Ghost Eye jest największym gabarytowo sprzętem na wystawie przed targowymi halami. A liczne towarzyszące pojazdy dają pogląd, jak skomplikowany i kosztowny to system. W sumie Polska będzie mieć 16 jednostek ogniowych systemu Patriot, złożonych z radaru i czterech wyrzutni po 12 rakiet na każdej – to najwyższy poziom zaawansowania technicznego. Po podpisach i przelewach zacznie się realizacja, która potrwa kilka lat. Pierwsze dostawy nadejdą w 2026 r., szybciej niż przy pierwszej fazie z dwiema bateriami. System od razu zacznie rosnąć, bo dosyłane elementy będzie można wpinać w sieć. Wyrzutnie, kabiny, podwozia, części rakiet i elementy radaru powstaną w Polsce, co sprawi, że wydane pieniądze częściowo wrócą, a zgromadzone technologie częściowo zostaną.

Ale to nie wisła ani patrioty dominują w zamówieniowym torcie, a narew i wyrzutnie pocisków CAMM-ER. Wartość pakietu krótkiego zasięgu jest o kilka miliardów złotych większa od pakietu z patriotami, głównie przez większą liczbę wyrzutni (138) i rakiet (ponad 1 tys.). Komplet stanowi realizację planu największego systemu przeciwlotniczego Polski (na 23 baterie). Znowu jednak: umowa nie obejmuje wszystkich innych elementów systemu jak radary, kabiny dowodzenia i dodatkowe pojazdy, których będzie mnóstwo (na szczęście wszystko z Polski). Nieoficjalne 54 mld zł trzeba więc traktować jako orientacyjną kwotę minimum. Cała narew to może być nawet 70 mld. Cała zintegrowana obrona powietrzna, składająca się z systemów Wisła, Narew, Pilica+, Mała Narew – wraz z kończącymi badania polskimi radarami dalekiego zasięgu i pasywnej detekcji – zapewne otrze się o wartość 200 mld (do tej pory wydano w sumie 147 mld).

Warto jednak mieć świadomość, że poza inwestycją w unikatowe w skali NATO zdolności obronne oznacza to rozbudowę potencjału przemysłowego ze zdolnością samodzielnej produkcji rakiet krótkiego zasięgu CAMM-ER i produkcją wielu elementów systemu Patriot na eksport. A także wejście całego systemu obronnego w erę sieciocentryczności za sprawą systemu dowodzenia i kierowania IBCS. Elementem całego pakietu ma być też rozwój nowego pocisku obrony powietrznej FCM o zasięgu ok. 100 km, czyli takiej broni, jakiej Polska nigdy nie wytwarzała. To inwestycja na dekady, w praktyce do końca wieku albo i dłużej.

Reszta rekordowego pakietu blednie na tle tych sum, ale stanowi uzupełnienie całości systemu obronnego. Po latach analiz, dywagacji, zapowiedzi i milczenia MON wreszcie na serio wdraża ideę „tysięcy dronów”. Chodzi jednak nie o jednorazowe systemy amunicji krążącej, a krajowe – i być może najlepsze na świecie w swojej klasie – systemy bezzałogowców rozpoznawczych FlyEye. Te z pozoru delikatne motoszybowce napędzane silnikiem elektrycznym są niemal bezgłośne, niemal niewidoczne dla radarów (gołym okiem na pułapie przelotowym też zresztą niezauważalne) i trudne do namierzenia przez tradycyjne systemy obrony powietrznej. Zapewniają dużą ostrość obrazu wraz z naprowadzaniem artylerii czy innych systemów uzbrojenia. W wojsku do tej pory było ich ok. 130, teraz umowa mówi o kolejnych 1,7 tys. Siły zbrojne zostaną nasycone tymi bezzałogowcami na wielu poziomach i z rozmaitym przeznaczeniem przy zachowaniu głównie rozpoznawczej roli sprzętu, który sam nie przenosi uzbrojenia. Tempo dostaw zależy od umów wykonawczych – Grupa WB, producent, jest gotowa pierwsze urządzenia z nowych transz dostarczyć w tym roku. Jest największym producentem tej klasy bezzałogowców w Europie, a paradoksem jest, że do tej pory 90 proc. produkcji trafiało na eksport. To i wcześniejsze zamówienia na systemy Gladius mogą wyrównać proporcje.

Czytaj też: Koreańska sałatka z dokładką. Ogromne zakupy Błaszczaka

Pociski NSM. Są pytania

Na tle powyższych niekontrowersyjnych zamówień ostatnie – na wyrzutnie pocisków morskich NSM – już staje się kontrowersyjne. Po pierwsze: przez enigmatyczny opis, niedający stuprocentowej pewności, ile czego zamówiono. Po drugie: ze względu na sam przedmiot zamówienia. Agencja Uzbrojenia MON podała, że Błaszczak zatwierdził w Kielcach umowę „dotyczącą pozyskania dwóch kolejnych Morskich Jednostek Rakietowych”. Obecną MJR tworzą dwa dywizjony po 6 wyrzutni pocisków NSM na kołowych podwoziach, z których każda przenosi 4 pociski (w sumie jednostka ognia wynosi więc 48 rakiet na 12 wyrzutniach). Gdyby dosłownie rozumieć zapis komunikatu, chodziłoby o kolejnych 24 wyrzutni z 96. Ale MON mówi jednocześnie o setkach pocisków, których do tej pory dla dwóch dywizjonów NSM kupiono ledwie 74. Czy resort obrony chce dosłownie obstawić wybrzeże rakietami? Czy część tego zakupu ma trafić dalej, np. na Ukrainę? Nie ma na te pytania odpowiedzi, bo – jak zwykle za Błaszczaka – nawet po rekordowych wydatkach nie ma możliwości zadania pytań, po co akurat takie liczby uzbrojenia. A jest to wydatek niemały, ok. 8 mld zł. Stąd też płyną pytania, bo to mniej więcej tyle, ile gwarantowałoby pewną realizację programu budowy fregat Miecznik z uzbrojeniem lub rozpoczęcie zakupu okrętów podwodnych. Brzegowe wyrzutnie zadomowiły się w Marynarce Wojennej w czasie, gdy z budową okrętów było krucho i wówczas postrzegano je jako ekwiwalent dla słabego potencjału pływającego. Mają wiele zalet, np. da się je schować w lesie, ale przez Bałtyk muszą być przewożone na pokładzie okrętu transportowego. Przy założeniu, że Polska miałaby 170 gotowych do strzału rakiet NSM, mogłaby całą Flotę Bałtycką Rosji zatopić kilkukrotnie. Na szczęście pociski NSM zdolne są też do rażenia celów lądowych, mogą więc służyć jako uzupełnienie potencjału uderzeniowego wojsk lądowych.

Mimo że szef MON wydał jednego dnia ponad 100 mld na zbrojenia, to wcale jeszcze nie skończył. Na przyszły tydzień czekają HIMARS-y na polskich podwoziach, czyli jeden z największych, najdroższych i najważniejszych zakupów Błaszczaka. Tu znowu będzie mowa o kilkudziesięciu miliardach złotych. Na MSPO był przedsmak tego kontraktu – makieta wyrzutni na autentycznym, nowo opracowanym podwoziu, które przewidziano też dla koreańskich wyrzutni Chunmoo. Ponieważ oba pojazdy stały niemal obok siebie, widać było dobrze różnicę kompaktowego kanistra startowego HIMARS-a i wielkiego pudła K239, mieszczącego też dwa razy więcej pocisków. Ciekawostką było to, że pakiet „koreańczyka” był dzielony na sześć standardowych pocisków 230 mm i 20 mniejszych, 122 mm. Zasobnik z takimi samymi ma być przygotowany również dla polskich HIMARS-ów, co sprawi, że dywizjon artylerii rakietowej będzie mógł strzelać na cztery dystanse: 40 km pociskami 122 mm, 85 km standardowymi rakietami 227–230 mm, 160 km ich wersją o wydłużonym zasięgu oraz nawet 300 km przy użyciu największych pocisków odpalanych pojedynczo. Szczegóły tego zamówienia mają być ujawnione w najbliższy poniedziałek w Toruniu.

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną