Kraj

„The Guardian”: Raport z puszczy, piekielnej ziemi niczyjej. Agresywne psy, bicie, ataki paniki

Duża grupa uchodźcow za płotem na granicy polsko-białoruskiej. Bialowieża, maj 2023 r. Duża grupa uchodźcow za płotem na granicy polsko-białoruskiej. Bialowieża, maj 2023 r. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl
Bicie, agresywne psy i drut kolczasty: oto życie i śmierć na polsko-białoruskiej granicy. Tak brytyjski „The Guardian” opisuje sytuację migrantów w Puszczy Białowieskiej.

Ministrowie obrony, spraw wewnętrznych i spraw zagranicznych Polski ustawili się w rzędzie przed wysokim metalowym płotem z drutem kolczastym na szczycie. Przemawiając do kamer telewizyjnych, ostrzegali widzów przed straszliwym spiskiem, jaki przeciw Polsce powstał na Kremlu.

Bronią w tej „operacji specjalnej nie były czołgi ani bomby”, jak powiedział minister spraw zagranicznych Zbigniew Rau, ale „imigranci z Bliskiego Wschodu i Afryki”. Decyzją patriotycznego rządu postawiono na granicy mur, który zniweczył rosyjskie plany zasiania chaosu w Polsce.

Zamysł był jasny. Gdybyśmy nie zbudowali muru, Polska już dwa lata temu stałaby się Lampedusą. Tylko Lampedusą nasyconą imigrantami, z których duża część odebrała wojskowe przeszkolenie. Ponad 90 proc. z nich jest rekrutowana przez służby rosyjskie – powiedział Rau. Według „The Guardian” nie ma żadnych dowodów potwierdzających rewelacje polskiego szefa dyplomacji.

Po zakończonym spotkaniu trzej ministrowie wrócili do Warszawy. Ich przemówienia trafiły zaś do codziennego strumienia antyimigracyjnych treści w prorządowej telewizji.

Sadia umarła na granicy

Późnym wieczorem tego samego dnia, pod koniec sierpnia, po drugiej stronie muru granicznego stan 21-letniej Sadii Mohamed Mohamud znacznie się pogorszył. Sadia została wyrzucona na pas ziemi niczyjej między granicami Polski i Białorusi – była tam prawie miesiąc wraz z kilkorgiem Somalijczyków, którzy także próbowali przedostać się do Unii Europejskiej. Mówiła pozostałym członkom grupy, że zostawiła swój targany wojną kraj w nadziei na zarobienie w Europie pieniędzy na lepsze życie dla swoich małych dzieci, które zostały w Mogadiszu.

Inny mężczyzna z tej grupy relacjonuje, że kilkoro z jego towarzyszy przeszło na polską stronę przez dziurę wyciętą w płocie. Natychmiast pojawili się tam funkcjonariusze Straży Granicznej. Jeden z nich zaczął okładać Sadię po ramionach, krzycząc przy tym po angielsku: – Po co tu przyszliście?!

Strażnicy otworzyli bramę w murze i kazali Sadii i reszcie przejść na drugą stronę. Grupa pokonała pas ziemi niczyjej, by dotrzeć do kolejnego ogrodzenia. Tam białoruska straż zagroziła im psami i pałkami, każąc im zawrócić. Sadia znowu przekroczyła polską granicę i ponownie została wypchnięta.

Nie mogąc wejść do kraju UE ani cofnąć się na Białoruś, grupa utknęła między granicami, nie mając żadnego schronienia, nic do jedzenia ani nawet wody. Wszyscy byli osłabieni, ale Sadia była w najgorszym stanie. Na filmie nakręconym telefonem przez jednego z członków grupy widać, jak półprzytomna leży w lesie zawinięta w śpiwór.

10 września grupa znów błagała białoruskich strażników, by ich wypuścili. Mówili, że Sadia umiera. W końcu pogranicznicy się zgodzili. Inna somalijska kobieta zabrała Sadię zawiniętą w biały koc samochodem do domu pod Mińskiem, powiedziano im, że to bezpieczne miejsce. Wezwano karetkę. Sadia nie była w stanie mówić, ledwo otwierała oczy, miała krew w jamie ustnej. Umarła przed przybyciem ratowników.

Odwet Łukaszenki, kampania PiS

Kryzys na granicy polsko-białoruskiej rozpoczął się jesienią 2021. Rok wcześniej dyktator Aleksandr Łukaszenka zdławił siłą masowe protesty przeciw swoim rządom, co doprowadziło do załamania się relacji Białorusi z Unią i ustanowieniem sankcji dla jego reżimu.

W odwecie Łukaszenka zagroził, że zaleje Europę narkotykami i migrantami. Wkrótce zaczął spełniać te groźby. Z Bliskiego Wschodu do Mińska zaczęły latać samoloty wypełnione naiwnymi ludźmi, którym obiecano łatwy sposób przedostania się do Unii.

Zamiast tego ugrzęźli w jednym z ostatnich pierwotnych lasów Europy, który stał się piekielną ziemią niczyją między dyktatorem, który wykorzystał ich jako zakładników politycznych, i polskim rządem zdeterminowanym, by ich nie wpuścić.

W reakcji na pierwszy kryzys rząd w Warszawie ogłosił budowę muru o wysokości 5,5 m i długości 186 km. Konstrukcja stanęła latem zeszłego roku. Polski rząd często mówi o katastrofalnej sytuacji na Morzu Śródziemnym i twierdzi, że własny problem imigracyjny rozwiązał za pomocą muru. W rzeczywistości, jak mówią organizacje dostarczające pomoc humanitarną dla imigrantów, konstrukcja jeszcze zwiększyła cierpienie tych ludzi, ale nie jest zbyt skuteczna w powstrzymaniu ich napływu.

W kampanii przed wyborami do Sejmu i Senatu rządzący PiS, którego prezes oskarżył kiedyś imigrantów o to, że przynoszą ze sobą „pasożyty i pierwotniaki” do Europy, znów uderzył w antyimigracyjny ton w nadziei na zwiększenie poparcia wśród twardego elektoratu i utrzymania się u władzy przez kolejną kadencję.

W dniach, które nastąpiły po śmierci Sadii, wieczorne „Wiadomości” w polskiej telewizji publicznej kontrolowanej przez rząd donosiły o hordach imigrantów dokonujących inwazji na Europę i o jej oblężeniu.

W jednym ze spotów PiS pokazano płonące samochody i przemoc na ulicach miast Europy Zachodniej. Premier Mateusz Morawiecki robił sobie zdjęcia z uśmiechniętymi Polakami. Dzięki PiS, jak mówił, w Polsce nie ma dzielnic pełnych nielegalnych imigrantów, nie ma „dzielnic grozy”.

Złość na Polskę, złość na Europę

Wezwanie nadeszło o świcie, na kilka godzin przed tym, jak trzej ministrowie wygłosili swoje przemówienia na granicy. W tajnej leśnej bazie aktywiści spakowali do plecaków pojemniki z gorącą zupą, herbatę, ubrania i leki.

Dominika Ozyńska i Liz, niemiecka lekarka, która wzięła urlop w szpitalu, wyruszyły w półmroku w stronę pinezki, którą dostały przez GPS.

Zaparkowały auto najbliżej, jak się dało, i piechotą weszły do ciemnego lasu, pokonując zwalone pnie i zagradzające im drogę gałęzie. W końcu dotarły na miejsce. Nie używały latarek, by nie ściągnąć strażników, policji ani żołnierzy. Na ich pomoc czekało ośmiu Syryjczyków, wycieńczonych i zdezorientowanych.

Jeden z nich przepraszał za to, że znaleźli się w Europie, jakby oczekiwał osądu. – Chcemy pracować. Będziemy pracować – zapewniał. Dominika przekonywała, że nie mają za co przepraszać, rozdała im kubki z herbatą.

Mężczyźni byli w lesie od kilku tygodni. To była ich piąta próba przedostania się do Polski po czterech pushbackach na Białoruś. Tym razem udało im się obejść czujniki ciepła i żołnierzy. Weszli trochę głębiej i nareszcie mogli wysłać pinezkę pod numer alarmowy SOS, by poprosić o pomoc polskich aktywistów.

Leśne misje aktywiści nazywają „interwencjami”. Rozpoczęły się dwa lata temu jako spontaniczna reakcja na kryzys. Dziś procedury interwencji są bardziej sformalizowane, ale dużych międzynarodowych organizacji wciąż nie ma na granicy. Cały ciężar spada na małe grupy aktywistów broniących praw człowieka, mieszkańców terenów przygranicznych, którzy mają dobre serca, oraz ochotników. Dziś wielu z nich jest już wyczerpanych i wypalonych.

Każda interwencja jest inna: niektórzy potrzebują żywności albo nowych butów, inni są na granicy śmierci. Odkąd zbudowano mur, częściej dochodzi do poważnych urazów wymagających hospitalizacji: są złamania kości miednicy i nóg, poważne wstrząśnienia mózgu.

Do tego urazy psychiczne i ataki paniki. Ci ludzie zostali ostrzeżeni, że droga będzie trudna. Ale nic nie mogło ich przygotować na wielotygodniową wegetację w lesie, picie wody z bagien i spanie na mokrej ziemi, gdzie roi się od kleszczy i innych owadów. To może złamać nawet najbardziej odporne osoby.

Większość z tych, którzy wciąż mogą chodzić, nie chce pomocy lekarskiej, bo wie, że z karetką zjawią się strażnicy, którzy znów wypchną ich na Białoruś albo odstawią do jednego z polskich ośrodków zamkniętych. Więc aktywiści robią, co mogą, by im pomóc, a potem zostawić w spokoju.

Tego wieczoru Liz, która nie chce ujawnić nazwiska, chciała się dowiedzieć, jakiej pomocy potrzebują Syryjczycy. Mieli standardowe dolegliwości. Jednego bardzo bolały żebra, zapewne połamane wskutek pobicia przez funkcjonariuszy SG. Jeden miał głęboką ranę ciętą nogi – powstała prawdopodobnie, gdy spadł z płotu na drut kolczasty, który ostatnio znajduje się nie tylko na szczycie konstrukcji, ale i pod nią. Trzeci miał na kolanie ropień wielkości jajka od zainfekowanego skaleczenia.

W szpitalu Liz miałaby do dyspozycji aparat rentgenowski i salę operacyjną. W lesie mogła zaoferować mężczyznom jedynie bandaże, środki przeciwbólowe i antybiotyki.

Dostarczanie żywności i pomocy medycznej ludziom w potrzebie jest w Polsce legalne, ale oferowanie transportu osobom, które zdaniem władz nielegalnie przekroczyły granicę, jest już niezgodne z prawem. Po kilku godzinach Liz i Dominika życzyły Syryjczykom szczęścia w dalszej drodze i zostawiły ich w lesie. Aktywiści nigdy nie wiedzą, czy ludzie, którym pomogli, wyjdą z puszczy żywi.

– Kiedy czytasz w domu artykuł, to się wydaje abstrakcyjne. A potem tu przyjeżdżasz i kryzys zyskuje twarz – mówi Liz dwa dni później. – Czuję wielką złość na całą tę sytuację. Złość na Polskę, na Europę.

Więcej prób, więcej pushbacków

Reżim Łukaszenki nadal zaognia kryzys, pozwalając ludziom na wjazd na Białoruś i zapewniając im sprzęt pozwalający dotrzeć do Polski.

– Białoruscy żołnierze dają ludziom specjalne narzędzia do cięcia drutu kolczastego i robienia podkopów – mówi Katarzyna Zdanowicz, rzeczniczka regionalnej Straży Granicznej.

Od początku tego roku do połowy sierpnia elektroniczne czujniki na płocie odnotowały ponad 20 tys. prób sforsowania przeszkody. W całym ubiegłym roku takich prób było 16 tys.

Rola Łukaszenki jako sojusznika Rosji w wojnie w Ukrainie jeszcze zwiększyła napięcie. Po nieudanej próbie buntu Jewgienija Prigożyna żołnierze z jego Grupy Wagnera przybyli w lecie na Białoruś. Łukaszenka „żartował”, że wagnerowcy planują inwazję na Polskę. Pod koniec lipca trzy białoruskie śmigłowce wojskowe przeleciały nad przygraniczną Białowieżą.

W odpowiedzi Polska rozmieściła 10 tys. dodatkowych żołnierzy przy granicy. Na razie wagnerowcy nie zbliżają się do niej, ale zwiększona liczba żołnierzy sprawia, że próby pokonania ogrodzenia i wejścia na terytorium Polski stały się jeszcze trudniejsze. Na większości dróg znajdują się policyjne punkty kontrolne; funkcjonariusze zatrzymują samochody i bacznie przyglądają się pasażerom.

To prowadzi do większej liczby pushbacków, coraz więcej jest także doniesień o przemocy polskiej SG. Zdanowicz mówi, że strażnicy nie stosują pushbacków wobec osób, które deklarują, że chcą się ubiegać o azyl, i zaprzecza, by dochodziło do aktów niesprowokowanej agresji. Aktywiści twierdzą, że to nieprawda.

Ludzie wypchnięci z powrotem na Białoruś albo tkwiący między dwoma murami nie mają do kogo zwrócić się o pomoc. Białoruscy strażnicy regularnie szczują psami osoby, które próbują wrócić na Białoruś po nieudanej wyprawie do Polski. Wiele z nich wraca w końcu do Mińska, mając na nogach rany od ugryzień.

Agresywna propaganda w TVP

Po inwazji Rosji na Ukrainę w lutym zeszłego roku Polska przyjęła miliony wojennych uchodźców. Władze i obywatele zjednoczyli się w wysiłku pełnym współczucia i szczodrości, oferując mieszkanie i wsparcie uciekającym Ukraińcom.

Dla o wiele mniejszej liczby ludzi pochodzących z dalszych zakątków świata i mających inny kolor skóry przekaz był zupełnie inny. – Od samego początku ta cała sprawa była przedstawiana jako zagrożenie bezpieczeństwa, a nie historia ludzi – mówi Ala Qandil z Grupy Granica, największej organizacji zrzeszającej aktywistów i pracowników humanitarnych na granicy. – Chcemy, by osoby przekraczające granicę były postrzegane jako istoty ludzkie.

Zamiast tego odczłowieczanie narasta. W dniu wyborów parlamentarnych Polacy zostali poproszeni o wzięcie udziału w referendum. Jedno z pytań dotyczyło tego, czy chcą rozebrania muru granicznego. Inne brzmiało: „Czy popierasz przyjęcie tysięcy nielegalnych imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki (…)?”.

„Wiadomości” w kontrolowanej przez rząd TVP nadają sprawozdania na żywo z Lampedusy, włoskiej wyspy na Morzu Śródziemnym, w których korespondenci wyjaśniają różnicę między polityką imigracyjną Europy i twardym stanowiskiem Polski. Na pasku na ekranie podczas jednego z tych sprawozdań pojawiło się tylko jedno słowo: „Inwazja”. Ministrowie polskiego rządu potępili ostatnio reżyserkę Agnieszkę Holland, która nakręciła film fabularny pokazujący okrutne traktowanie ludzi próbujących przekroczyć granicę. Porównali ją do nazistowskich propagandystów.

To była mało subtelna próba zmobilizowania swojego zaplecza przed wyborami. Nie chcąc prezentować miękkiego stanowiska wobec migracji, główna koalicja opozycyjna, na której czele stoi były przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk, zdecydowała się wejść jedną nogą na rządowy grunt.

– Nigdy w historii granice Polski nie były tak otwarte dla legalnych i nielegalnych migrantów – powiedział Tusk, oskarżając partię rządzącą o to, że tylko pozornie prezentuje twarde stanowisko, jednocześnie po cichu wpuszczając do kraju imigrantów.

Kamil Syller, aktywista, który mieszka w małej wiosce niedaleko granicy, mówi, że nie podoba mu się zmiana retoryki Tuska. – Jesteśmy rozczarowani i przerażeni tą zmianą języka. Politycy traktują ten kryzys jak polityczną żyłę złota, każdy z nich próbuje ją wykorzystać – mówi Syller, prowadzący nowoczesne gospodarstwo wśród malowniczych pól.

W przygranicznych miejscowościach, takich jak ta, w której mieszka Syller, wiele osób okazuje solidarność przechodzącym przez płot ludziom. W 2021 r. Syller i jego żona zapoczątkowali „ruch zielonych świateł”, w ramach którego życzliwi mieszkańcy instalowali przed domami światła, by oznaczać bezpieczne miejsca, gdzie migranci mogli poprosić o pomoc.

Syller mówi, że początkowo niektórzy się bali, ale po kilku interakcjach z przybyszami zdali sobie sprawę, że to nie żadni najeźdźcy, ale zwykli ludzie w potrzebie i że trzeba im pomóc.

– Wielu moich sąsiadów kiedyś zachowywało się agresywnie, ale z czasem zrozumieli sadystyczną naturę strażników i zrodziła się w nich potrzeba niesienia pomocy. Teraz, kiedy znajdują ludzi, którzy jej potrzebują, dzwonią do mnie, zamiast wezwać funkcjonariuszy Straży Granicznej – mówi Syller.

Ale po dwóch latach kryzysu wielu mieszkańców terenów przygranicznych jest zmęczonych zwiększoną obecnością wojska. Frustruje ich, że do lasu przyjeżdża teraz mniej turystów. Syller obawia się, że wkrótce nastroje mogą się zmienić, zwłaszcza że ludzie dzień w dzień mają do czynienia z antyimigrancką propagandą.

Jesteśmy zniesmaczeni obrzydliwym, odczłowieczającym przekazem, z jakim mamy do czynienia co wieczór. To czysta propaganda rodem z najmroczniejszych momentów XX w. – mówi Franek Sterczewski, opozycyjny poseł, który wspiera aktywistów na granicy. – Niestety propaganda i strach to często skuteczne narzędzia.

„Nikt nie przyjdzie wam pomóc”

W upalne popołudnie pod koniec sierpnia Mariusz Kurnyta, żylasty 30-latek z dwutygodniowym zarostem, wyruszył na poszukiwanie ciała.

Mariusz, który ma przezwisko „Człowiek Lasu”, urządza zbiórki internetowe na swoje działania na granicy. W ostatnich miesiącach opatrywał rany, podawał kroplówki na leśnych polanach, wyciągał umierających ludzi z bagien, dostarczał im wodę, zupę i ubrania.

Od dwóch lat moje życie to las – mówi, paląc papierosa i przygotowując się do opuszczenia bazy. Pokłócił się z częścią aktywistów pracujących na granicy. Odpala papierosa od papierosa, wygląda, jakby był zawsze przemęczony.

Mariusz po raz ostatni widział Ibrahima Eltony’ego, 37-letniego Egipcjanina, rok temu. Mężczyzna poprosił go o pomoc po przejściu z białoruskiej strony. Mariusz dał mu jedzenie, wodę i charakterystyczną niebieską kurtkę przeciwdeszczową. Potem nikt go nie widział.

W czerwcu tego roku podczas poszukiwań na bagnach znaleziono plecak, który prawdopodobnie do niego należał. Były w nim zamoknięte dokumenty, powerbank, oklejony błotem termos i elektryczna maszynka do golenia. Dwa miesiące później w tej samej okolicy znaleziono niebieską kurtkę. Mariusz postanowił wrócić w to miejsce i poszukać zwłok.

Wraz z dwoma innymi aktywistami na leśnych ścieżkach mijał piechurów i ludzi na rowerach, korzystających z uroków późnego lata. Wojskowy pickup podjechał z boku. Pasażerowie mieli na twarzach kominiarki, najwyraźniej polowali na ludzi, którzy przekroczyli granicę.

Mariusz zszedł ze ścieżki i zaczął się przedzierać przez gęste zarośla. Po jakimś czasie dotarł do podmokłej polany. Grunt był nierówny, każdy krok groził skręceniem kostki. Mariusz przedarł się przez trawę sięgającą mu do klatki piersiowej w stronę bagna ze stojącą wodą, gdzie znaleziono niebieską kurtkę. Panowała tam idealna cisza, słychać było tylko brzęczenie owadów.

Mariusz i jego koledzy włożyli nieprzemakalne kombinezony, wzięli kije i powoli pokonywali bagno, sprawdzając grunt przy każdym kroku. Po kilku godzinach metodycznych poszukiwań w końcu się poddali. Ibrahim Eltony, zaginiony latem zeszłego roku, nie miał być odnaleziony tego dnia.

Ibrahim jest jedną z ponad 200 osób, które zaginęły od początku kryzysu. Udokumentowano co najmniej 49 zgonów. Prawdziwe liczby są prawie na pewno o wiele wyższe, zwłaszcza że mało jest informacji o tym, co się dzieje po białoruskiej stronie granicy.

Wielu z tych śmierci można było zapobiec. Często ludzie umierali w odległości 100 m od wsi, patrolu policji czy drogi. Można było im pomóc. Po stronie białoruskiej ludzie umierali kilka dni po tym, jak polska Straż Graniczna wypchnęła ich z terytorium RP.

Tylko w tym miesiącu pojawiły się wiarygodne doniesienia o czterech osobach, które umarły po białoruskiej stronie, na którą zostały przepchnięte z Polski. Umierały z pragnienia i wycieńczenia, patrząc na polską stronę, która była zaledwie kilka metrów dalej. Aktywistom nie wolno zbliżyć się do muru na odległość mniejszą niż 15 m, więc nie mogli przerzucać im paczek.

Małgorzata Rycharska, aktywistka, która odbiera telefony od osób tkwiących w szarej strefie między dwoma płotami, mówi, jak trudno wytłumaczyć komuś, że pomoc do niego nie dotrze, choć Unię Europejską widzi właśnie na własne oczy. Rycharska twierdzi, że jej praca polega na „zarządzaniu beznadzieją”. Często jedyne, co może zrobić, to kontaktować ze sobą błąkające się grupy.

– Zawsze jest tak samo. Dzwonią i mówią, że znajdują się w jakimś miejscu, nie mają wody ani pożywienia i zaraz padną im baterie w telefonach. Pytają, czy mogę im pomóc. A ja muszę im wyjaśnić, że nikt nie przyjdzie.

Tłum. Paweł Moskalewicz
© Guardian News&Media

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną