Zaraz po wyborach dostałem ciekawy tekst rozprzestrzeniany w sieci: Olga Tokarczuk (zaraz sprostuję) zwracała się z pocieszającym listem do przegranego Rafała Trzaskowskiego: „Rafał, dziękuję Ci. Za to, że choć na chwilę przywróciłeś mi nadzieję. Za to, że czułam się bezpieczniej, bo byłeś w grze. Za Twój szczery uśmiech i inteligencką twarz. Za to, że czytasz książki, co skutkuje sensownymi zdaniami wielokrotnie złożonymi, gdy do mnie przemawiasz”.
Z redaktorskiego nawyku zacząłem od sprawdzenia. List pochodził z poprzednich przegranych wyborów (2020 r.) i miała go napisać poetka Anna Saraniecka. Przepraszam, jeśli to znów nietrafione, ale nie chodzi o autorkę, tylko o istotę owej pochwały: inteligencka twarz i zdania wielokrotnie złożone.
W tym rzecz. Pochwały są niewątpliwie słuszne i miłe sercu inteligencji miejskiej. Co z tego jednak, jeśli nie przekonują wyborców wiejskich i małomiasteczkowych. Trzaskowski i sztab jego kampanii popełnili błędy podobne do tych, które pogrążyły w Ameryce Kamalę Harris. Jak kandydatka Demokratów w USA w zeszłorocznych wyborach Trzaskowski był w Polsce emanacją wielkomiejskich, liberalnych i także kosmopolitycznych (w sensie pozytywnym) elit. Niestety, politykiem trudnym do zaaprobowania dla ludu pracującego na wsi i w miasteczkach, ludu konserwatywnego jak tzw. rednecks w USA. Rednecks, dosłownie czerwone szyje, to niby-neutralne określenie, ale przeważnie bywa odbierane negatywnie, czyli po polsku: albo wieśniacy, albo buraki, prostacy.