Notatnik polityczny. Tusk i Kaczyński w sytuacji paradoksalnej. A Hołownia ma sprytny plan
Dwulecie kadencji parlamentu zostało dość powszechnie potraktowane jak półmetek rządu. Ekipa Donalda Tuska została wszechstronnie pochwalona i (częściej) przeczołgana za spełnienie i niespełnienie obietnic wyborczych oraz za całokształt działalności. Ale my spójrzmy na dzisiejszą sytuację dwóch bohaterów naszej polityki, w tym minionych dwóch lat: Tuska i Jarosława Kaczyńskiego.
Takiego duetu nie zna współczesny świat; próżno szukać ich odpowiedników w zachodniej Europie, bo nawet jak się trafi jakiś niestandardowo długowieczny lider, to bez swojej równie długowiecznej antytezy. A tu proszę – Polak potrafi. Tusk i Kaczyński rządzą swoimi ugrupowaniami od niemal ćwierćwiecza, a od 20 lat – także niemal całością polityki. Półmetek kadencji zastał ich obu w sytuacji paradoksalnej.
Kaczyński i Tusk. Kolejne ostatnie starcie
Obóz Tuska – lubię nazwę centrolew – jest słabszy niż dwa lata temu i pokiereszowany po kampanii prezydenckiej. Bałagan panuje jednak głównie w prowincjach koalicji, centrum trzyma się nieźle. Mamy więc PSL i Polskę 2050 głęboko pod progiem wyborczym i podzieloną lewicę, której część przeszła do opozycji. Ani Nowa Lewica, ani Razem nie mają dziś pewności, że samodzielnie przekroczą próg, choć niewątpliwie znacznie większe szanse mieliby ci pierwsi.
Na tym tle KO wygląda wręcz kwitnąco. Notowania są ciut wyższe niż w 2023 r., Tusk ewidentnie podgryzł koalicjantów i zarazem zachowuje całkowitą dominację nad swoim ugrupowaniem. Nie ma nikogo, kto mógłby mu zagrozić, nie objawił się żaden pretendent do przejęcia władzy nad partią. Jeśli Radosław Sikorski miałby zostać premierem, to dlatego że Tusk by go wyznaczył, a nie dlatego, że by to sobie wywalczył.
Wydaje się, że po dwóch latach Tusk ma mocniejsze karty w wewnętrznej rozgrywce. Ewentualnie – co trochę na jedno wychodzi – karty ma podobne, tylko jego partnerzy słabsze.
Sytuacja Kaczyńskiego też jest paradoksalna. Prawica jest dziś wyraźnie silniejsza niż w 2023 r., za to PiS słabszy. W niektórych sondażach ląduje poniżej 30 proc., a Kaczyńskiemu dość niepostrzeżenie zaczął się zawalać cały porządek polityczny, który opierał się przez lata na trzech dogmatach:
- PiS jest monolitem
- na prawo od PiS tylko ściana
- nikt w obozie prezesa nie ma papierów na niezależność.
Monolit? W PiS widać wyraźnie dwie frakcje – Mateusza Morawieckiego i jego przeciwników (byli ziobryści i część PiS) – które roszczą sobie prawo do wskazania kandydata na premiera.
Ściana? Prawie 20 proc. wyborców chce głosować na Konfederację i Koronę. Przy czym Konfederacja to już poważna siła, do czego walnie przyczyniła się zresztą kampania prezydencka, ponieważ na sukces Sławomira Mentzena zgodnie, choć z różnych pobudek, pracowali Mentzen, Rafał Trzaskowski i Karol Nawrocki.
Niezależny lider? Papiery na niego ma niewątpliwie Nawrocki, młodszy od Kaczyńskiego o 34 lata, bez partyjnej historii i szukający wyjścia także na Konfederację. To nie jest wczesny Andrzej Duda.
Kaczyński musi się teraz odnaleźć w tym nowym świecie; balansować między Morawieckim a jego wrogami, wystawiać Roberta Bąkiewicza i jego papierowych kosynierów, żeby walczyć z konkurencją na prawicy, dbać o partnerskie relacje z Nawrockim.
Mamy więc na półmetku silniejszego wśród słabszych Tuska i słabszego wśród silniejszych Kaczyńskiego. Obaj mają problemy, ale skreślanie któregokolwiek byłoby niemądre. Za półtora roku scena partyjna może wyglądać trochę inaczej, ale i tak czeka nas pewnie kolejne ostatnie starcie tej dwójki.
Czytaj też: Notatnik polityczny. Morawiecki idzie na swoje? Szuka nowej Trzeciej Drogi w sojuszu z PiS
A poza tym? Hołownia chce zostać ambasadorem
Wygląda na to, że Szymon Hołownia tuż przed odejściem z polityki zaczął myśleć jak polityk (i jest to komplement). Na odchodnym chce uporządkować sytuację w Polsce 2050, bo opozycja przeciwko Katarzynie Pełczyńskiej-Nałęcz jest na tyle silna, że ugrupowaniu grozi wojna o sukcesję i rozłam.
Plan jest z grubsza taki: przewodniczącym Polski 2050 w styczniu ma zostać szef klubu Paweł Śliz, jego pierwszą zastępczynią – Pełczyńska-Nałęcz. Drugą wiceprzewodniczącą – ktoś z przeciwnej frakcji (Paulina Hennig-Kloska lub Joanna Mucha). Szefem klubu po Ślizie – np. Ryszard Petru. Sam Hołownia – jak słyszymy – widzi siebie raczej jako ambasadora w USA niż wicemarszałka Sejmu; to stanowisko mogłoby przypaść Aleksandrze Leo.
Plan ma ręce i nogi i może ustabilizować sytuację w Polsce 2050, choć same roszady personalne nie dźwigną partii ponad próg wyborczy. No i wiele zależy od tego, czy po drodze coś się nie wywróci; Pełczyńska-Nałęcz godzi się nie kandydować na szefową partii, pod warunkiem że zostanie wicepremierką.
Co do Hołowni i jego ambasadorskich ambicji – to nie bez powodu marszałek tak dba o dobre relacje z Karolem Nawrockim. A Tusk? Po dwóch latach współpracy koalicyjnej pewnie by się przesadnie nie zmartwił, gdyby Hołownia oddalił się od niego na ponad 7 tys. km. Pierwsze nieoficjalne reakcje MSZ na ambasadorskie zapędy marszałka są zaś zdecydowanie odmowne.