Płytka wyprawa w głąb Rosji
Płytka wyprawa w głąb Rosji, czyli rzecz o reportażu Marii Wiernikowskiej
Minęły cztery lata od wybuchu „kinetycznej” wojny Rosji przeciwko Ukrainie, a my nadal kłócimy się, czy wolno nam poświęcać Rosjanom uwagę poza codziennym wyliczaniem ich zbrodni. Jedni odrzucają wszystko, co rosyjskie; drudzy uważają, że zainteresowanie Rosją nie ma wpływu na przebieg wojny. Temat wypłynął znowu w związku z reedycją utworów Czechowa przez Państwowy Instytut Wydawniczy. Jeszcze więcej emocji wzbudził pierwszy odcinek emitowanego przez Kanał Zero reportażu Marii Wiernikowskiej „Wielka wyprawa w głąb Rosji”.
Timing istotnie zwala z nóg: Ukraińcy zamarzają; podróżujący po prastoram Rossii Polak zostaje zabity za to, że był Polakiem; Rosja zamyka nasze konsulaty i nęka dyplomatów; MSZ odradza podróże w tamtym kierunku, bo nie będzie w stanie pomóc. A Maria Wiernikowska jedzie do Kaliningradu cała w skowronkach. Uśmiech nie schodzi jej z twarzy. Na przesmyku suwalskim beztrosko rzuca: „Tu mogłaby się rozpocząć trzecia wojna światowa”. W Kaliningradzie śmieje się: „Wystrzelone stąd rakiety dolecą do Warszawy w trzy minuty”.
Zastanawiają szczegóły organizacyjne jej „wyprawy w głąb”, która tempem i powierzchownością obserwacji przypomina wycieczkę objazdową. Zawsze kiedy wypełniałam wniosek o wizę do Rosji, pośrednik uprzedzał, żeby nie podawać jako zawodu niczego, co przypomina dziennikarstwo. Ponadto trzeba było wymienić wszystkie miejsca planowanego pobytu z adresami noclegów i potwierdzeniem rezerwacji. Na granicy wypełniało się jeszcze specjalny, podwójny kwit, wpisując dwa razy, po prawej i lewej stronie, swoje dane i adresy noclegów. Połowę kwitka oddzierała sobie Straż Graniczna, drugą oddawała z paszportem. W miejscach noclegu należało potem zadbać o wpis na kwitku poświadczający, że o pobycie inostranca dowiedział się, kto trzeba.