Brawo, Bratanki!
Brawo, Bratanki! Chwieje się prawicowy front, jest w tym ważna lekcja dla nas
Nie pomogło wsparcie Donalda Trumpa, podróże do Budapesztu wszystkich liderów europejskich prawic, łącznie z Karolem Nawrockim; nie pomogła brutalna kampania wyborcza, akcje służb specjalnych, ciche wsparcie Kremla i jego trolli – po 16 latach sprawowania władzy Viktor Orbán i jego Fidesz przegrali wybory. Opozycja, zjednoczona przez Pétera Magyara pod szyldem Partii Szacunku i Wolności Tisza, odniosła miażdżące zwycięstwo, uzyskując większość konstytucyjną. To było najistotniejsze pytanie wieczoru wyborczego, gdy już zanosiło się na przegraną Orbána – czy Tisza zdobędzie ponad 133 mandaty niezbędne, aby rządzić państwem zabetonowanym ustawami i konstytucją napisaną przez i pod Fidesz. Zdobyła 138 miejsc. Tak jak w Polsce 15 X 2023 r., wygrana opozycji była tak znacząca i przy tak olbrzymiej frekwencji, że Orbán szybko zadeklarował pokojowe przekazanie władzy. Inaczej zostałby pewnie wyrzucony na ulicę.
Sam Orbán jednak nie wycofuje się z polityki i zapewne liczy na powrót do władzy, bo zostawia następcom kraj w stanie głębokiego kryzysu gospodarczego, budżetowego, instytucjonalnego, moralnego; podzielony, skłócony, zmanipulowany propagandą. Przez 16 lat to było jego prywatne państwo. Viktor Orbán, trzeba mu oddać, był prekursorem, politycznym wynalazcą, twórcą technologii przekształcenia liberalnej demokracji w „nieliberalną”, przejęcia wszystkich kontrolnych instytucji państwa, rozprawy z niezależnymi sądami i mediami, budowy systemu – tu padało wiele określeń – autokracji, kleptokracji, klientelizmu, oligarchii, państwowej mafii.
Towarzyszyła temu ochrona ideologiczna oparta na scentralizowanej, intensywnej propagandzie. Siebie i swoją partię obsadził w roli jedynych obrońców – zagrożonej przez wrogów zewnętrznych i wewnętrznych – narodowej suwerenności, rodziny, wiary, czystości etnicznej.