Nie cichnie oburzenie nieprzyjaznymi wobec Polski i Tatrzańskiego Parku Narodowego działaniami ukraińskiego influencera, który przez nikogo nieniepokojony dojechał swoim luksusowym autem do Morskiego Oka, a następnie z niego odjechał. Premier polskiego rządu zwrócił się do MSWiA o pilne wyjaśnienie okoliczności zdarzenia i wyciągnięcie surowych konsekwencji. Najwyraźniej uznał, że państwo musi zareagować, zanim inni Ukraińcy wjadą luksusowymi autami na Jasną Górę, Wawel, molo w Sopocie albo do Puszczy Białowieskiej i spowodują kompletny chaos w państwie.
Po ustaleniu danych sprawcy, który zresztą sam podał je do publicznej wiadomości, służby ukarały go pięcioletnim zakazem wjazdu do Polski, mandatem 100 zł i 8 pkt karnymi. Niektórzy żądali deportacji influencera, niestety ten ją uniemożliwił, bo sam dobrowolnie wyjechał do Ukrainy.
Politycy prawicy podkreślają, że agresywnym rajdem Ukrainiec napluł Polakom w twarz, zamiast okazać wdzięczność, do jakiej każdy Ukrainiec jest w Polsce zobowiązany w zamian za okazaną mu pomoc. Prawica ostrzega, że Ukraińcy pozwalają sobie w Polsce na coraz więcej; wielu pracuje, a niektórzy mają tyle pieniędzy, że szastają nimi w Żabkach, Biedronkach i galeriach handlowych. PiS i Konfederacja wzywają rząd do ukrócenia tych praktyk.
Z drugiej strony według wojskowych fakt, że influencer nie wleciał do Morskiego Oka dronem, świadczy o tym, że raczej nie miał wrogich zamiarów. A osoby nastawione prozwierzęco i proekologicznie przekonują, że dla zadeptanego Morskiego Oka i umęczonych koni ciągnących wozy z turystami najlepiej byłoby, żeby na dojazd tam zezwalano wyłącznie zagranicznym właścicielom luksusowych aut.
Czytam, że z winy Tuska zagrożone jest nie tylko Morskie Oko, ale i bezpieczeństwo prezydenta Nawrockiego.