Polska w kleszczach wojen. Rosja wcisnęła gaz. Co nas czeka? Czy syreny mogą zawyć w Warszawie?
Wojna Rosji z Ukrainą nigdy nie była daleko, ale po lecie jakby się do nas przybliżyła i przyspieszyła. Urlopowicze może pamiętają, że dokładnie w połowie wakacji, 30 lipca, rosyjski nowoczesny pocisk manewrujący Ch-101 uderzył w puste pole, ale jednak dość daleko od granicy, między Lublinem a Zamościem. O ile wtedy były jeszcze wątpliwości, czy zgubił się, czy może zepsuł, dziś o tym zdarzeniu mówi się jak o celowym skierowaniu uzbrojonego pocisku na polskie terytorium. Po raz pierwszy rosyjskie uzbrojenie eksplodowało na polskiej ziemi.
Sformułowania „atak zbrojny” wojskowi i politycy wciąż unikają, bo rodzi ono wiele problemów. Gdyby rakiet było więcej, prościej byłoby odpowiedzieć w ramach NATO, ale co zrobić z jedną, która wybuchła na pustym polu? Nikt nie zginął, nie został ranny, a że wojsko i służby miały pełne ręce roboty, to już nie ich wina. Jeden pocisk na polu to w końcu nie wojna i nikt nie uruchomi z takiego powodu art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. W rezultacie jednak to polskie wojsko, polskie służby i polskie państwo oskarżone zostały w internetowej przestrzeni o bezradność i bezsilność. Bo „rakieta wleciała” i wybuchła, nie zestrzelono jej w porę, a „NATO nie odpowiedziało”.
Czytaj też: Kłamstwa i kasa. Skąd Putin bierze żołnierzy?
O to chodzi Rosjanom
Rosji dokładnie o to chodzi – by pozornie nieznaczącymi wojskowo ukłuciami wzbudzać w Polsce i innych krajach lęk, obawy o skuteczność państwa, wątpliwości, co do sensu wspierania Ukrainy i trwałości zachodnich sojuszy. Wreszcie by podważać zaufanie do sił zbrojnych i całych tych wydatków obronnych, na które idzie tyle setek miliardów.