Na początku transformacji ustrojowej w „Gazecie Wyborczej” ukazało się satyryczne miniopowiadanie. Bohaterem był Niemiec, który w odległej przyszłości przyjeżdża do Polski „za chlebem”. Polskie reformy gospodarcze odniosły taki sukces, że Niemcy nam zazdroszczą bogactwa. Bohater błąka się od jednej wypasionej podwarszawskiej willi do drugiej, ale nigdzie nie mają dla niego pracy. W finale odchodzi, mamrocząc przekleństwa pod adresem „polnische Wirtschaft”.
W 1990 r. ten humor był całkowicie absurdalny. Wtedy to moje pokolenie jeździło „na saksy”, bo dorywcze zajęcia pozwalały Polakowi w ciągu miesiąca w Niemczech zarobić więcej niż w Polsce przez rok. Najwięksi pracusie wracali z takiego wyjazdu używanym samochodem, który stawał się obiektem podziwu i zazdrości na całym blokowisku. Dziesięcioletni Volkswagen był bardziej prestiżowym pojazdem od nowiuteńkiego Poloneza, choćby i takiego w topowej wersji z silnikiem Forda i fotelami Groclina.
Zachód był dla nas tak zaawansowany cywilizacyjnie, jakby to była inna planeta. Dotyczyło to szczególnie Niemiec, gdzie wszystko zdawało się funkcjonować jak w zegarku. W ówczesnej Francji, we Włoszech czy nawet Szwecji bywało z tym różnie, nie wszędzie mieli autostrady, nie wszędzie pociągi jeździły punktualnie, nie wszędzie chodniki były wysprzątane, ale zachodnie Niemcy wydawały się spełniać wszystkie kryteria dojrzałego społeczeństwa dobrobytu.
Że poziom życia Polaków i Niemców kiedykolwiek się wyrówna, a nawet zbliży, to było wówczas nie do pomyślenia. A jednak dożyliśmy tak niezwykłych czasów. Podróż do Niemiec od dawna nie jest już wyprawą do wyższej cywilizacji, przeciwnie. Po przekroczeniu Odry lub Nysy żegnamy gładkie polskie autostrady, zaczynają się niemieckie wertepy.