Notatnik polityczny. Mity o wyborach w Krakowie. Ludzie odrzucili Tuska i czekają na drugiego Gibałę?
Interpretacjami po wyborach w Krakowie rządzą dwie szkoły: pierwsza mówi, że specyfika wyborów lokalnych nie pozwala na wyciąganie wniosków dotyczących polityki krajowej, według drugiej druzgocąca porażka kandydatki KO-PSL niechybnie zwiastuje klęskę koalicji 15 października w wyborach parlamentarnych. Cóż, jak to zwykle bywa, prawda leży tam, gdzie leży, a w tym konkretnym przypadku tak się składa, że leży dokładnie pośrodku: triumfalizm Jarosława Kaczyńskiego jest dalece przedwczesny, nadzieje pretendentów do roli nowej trzeciej siły na scenie politycznej są raczej płonne, ale bagatelizowanie wyników przez polityków obozu władzy może się dla nich bardzo źle skończyć.
Zbyt dobry nastrój i syreny alarmowe
Prezes Prawa i Sprawiedliwości zwołał w poniedziałek konferencję prasową w siedzibie partii, gdzie obwieścił, że mechanizm zwycięstwa Łukasza Gibały zawiera się w słowach „byle nie Tusk”: „Jeżeli to hasło zostanie znów zastosowane w praktyce, wtedy można powiedzieć, że jeśli w Krakowie było prawie 25 pkt proc. przewagi [nad kandydatką KO-PSL], to w Polsce może być jeszcze więcej” – przekonywał Jarosław Kaczyński. Dodał przy tym, że „to takie luźne rozumowanie” i w tej ostatniej kwestii należy się z nim zgodzić.
Bo to prawda, że Łukasz Gibała wygrał w Krakowie również dzięki wyborcom PiS, czy szerzej – dzięki wyborcom partii z prawicowej opozycji. Ale proste przełożenie tak wielowymiarowej postaci jak Gibała na mechanizmy ogólnopolskie byłoby ogromnym uproszczeniem. Za nowym prezydentem Krakowa stoi przecież liberalne dziedzictwo polityczne, niedawny sojusz wyborczy z partią Razem i wiele lat zainwestowanych w lokalną politykę, bo wybory zdołał wygrać dopiero za czwartym podejściem. Owszem, bez wątpienia niósł ze sobą nadzieje mieszkańców na zmianę, ale to raczej ten rodzaj energii, który napędza ruchy miejskie i lokalnych aktywistów niż opozycję polityczną wobec rządu. Kraków w 2024 r. był ostatnim dużym miastem, które przechodziło zmianę po wieloletnich rządach prezydentów „posttransformacyjnych” – Jacek Majchrowski opuszczał przecież magistrat aż po 22 latach sprawowania władzy w stolicy Małopolski. A ponieważ Aleksander Miszalski okazał się eksperymentem nieudanym, nie ma nic specjalnie dziwnego w tym, że krakowiacy poszukujący nowej energii w mieście postawili na Gibałę, a nie na Monikę Piątkowską, która szczyciła się współpracą z Majchrowskim i miała wizerunek kandydatki kontynuacji i stabilizacji.
Nie oznacza to, że krakowskie wybory nie są głośnym dzwonkiem alarmowym dla koalicji 15 października i że można je zlekceważyć. Głosowanie pokazało przede wszystkim, że mobilizacja wyborców sympatyzujących z obozem władzy nie jest wcale taka łatwa i bezwarunkowa, nawet jeśli w kampanię angażują się Donald Tusk, Radosław Sikorski i Andrzej Domański, a batalia rozgrywa się w mieście, w którym w 2023 r. partie koalicji zdobyły prawie 65 proc. poparcia, a Rafał Trzaskowski wygrał z Karolem Nawrockim 62:38. Biorąc pod uwagę, że wybory parlamentarne będą się rozgrywać przede wszystkim na polu mobilizacji elektoratów, wynik Moniki Piątkowskiej musi być poważnym ostrzeżeniem. Podobnie jak przeprowadzony w Krakowie sondaż Ogólnopolskiej Grupy Badawczej, według którego wspólna lista koalicji 15 października zdobyłaby w mieście niespełna 50 proc. poparcia, czyli 15 pkt proc. mniej niż trzy lata temu. Brakujący wyborcy nie zniknęli, po prostu pozostali głusi na apele o udział w głosowaniu prominentnych postaci KO, z premierem na czele.
Mamy też oznakę wyraźnego, jakościowego podziału w elektoracie lewicowym na wyborców zmiany i kontynuacji: większość wyborców partii Razem poparła Gibałę, większość wyborców Nowej Lewicy – Piątkowską. Dla partii Zandberga i Owcy to dowód, że ich opozycyjna narracja na scenie ogólnopolskiej „wychowuje” im wyborców według obranej strategii, dla Nowej Lewicy to potwierdzenie, że w razie samodzielnego startu za rok wzmocnić się może groźny dla niej trend znany już z przeszłości: wyborcy centrolewicowi wybierający między KO a partią Czarzastego są skłonni poprzeć silniejszego.
Polska czeka na drugiego Gibałę?
Triumf niezależnego Łukasza Gibały, synkretycznego ideowo i dystansującego się od partii politycznych, to również nadzieja dla tych polityków, którzy marzą o powtórzeniu fenomenu Trzeciej Drogi z wyborów w 2023 r. Taką rolę chciałby odegrać ze swoją formacją Mateusz Morawiecki, o podobnym scenariuszu marzy również Ryszard Petru, który już zdążył ogłosić, że widzi zapotrzebowanie na nową ofertę na scenie politycznej. A za kotarą kryją się jeszcze inni kandydaci do odegrania następnej jesieni roli politycznej „świeżynki” w kontrze do starych, zmurszałych partii.
Dziś te rachuby wydają się mało realne, tym bardziej że Gibałę przypominają raczej partie dłużej obecne na scenie politycznej, konsekwentnie budujące swoją pozycję w kontrze do tzw. systemu i podobnie jak Gibała już kilka razy próbujące szczęścia w wyborach. Po prawej stronie to Konfederacja, po lewej – Razem. Jeśli rzeczywiście pojawi się przestrzeń na rozszczelnienie polaryzacji i zanegowanie logiki plebiscytu w wyborach do Sejmu (co wcale nie jest takie pewne), skorzystają na tym raczej te dwie formacje.