Grynkewich w Warszawie i jego „teoria zwycięstwa” z Rosją. Jak czytać słowa amerykańskiego generała?
NATO setki razy ustami przywódców i dowódców powtarzało przez lata, że jest sojuszem defensywnym, nie szuka z nikim zwady, a ewentualną odpowiedź zbrojną definiuje tak, by nie dopuścić do niekontrolowanej eskalacji. Zwłaszcza z użyciem broni nuklearnej. Słowa te stały się powszechne i mało emocjonujące. Nawet gdy Rosja wywołała w 2014 r. nową wojnę w Europie, a w 2022 r. przeistoczyła ją w wielkoskalową, krwawą kampanię na wyniszczenie aspirującej do NATO Ukrainy, a także gdy kieruje wyraźne groźby pod adresem Zachodu, defensywna postawa Sojuszu nie budziła zaniepokojenia ani nawet pytań o to, co tak naprawdę oznacza.
Dobrze słuchało się przecież zapewnień najważniejszych liderów o obronie każdego centymetra terytorium, o wykutych w skale i żelazie zobowiązaniach, o nierozerwalnych więziach transatlantyckich i o wspólnocie wartości, których bronić będziemy „wszyscy za jednego”. Stawaliśmy się w NATO „silniejsi razem” wraz z kolejnymi deklaracjami z sojuszniczych szczytów. Deklaracje te przyniosły konkretne decyzje, których efektom trudno zaprzeczyć – dziś NATO jest silniejsze niż w roku 2022, nie mówiąc o 2014.
Ale w pączkujących niczym równoległe wszechświaty internetowych „źródłach” informacji, w których fantazja zawsze wygrywa z faktami, łatwo było usłyszeć, że choć wsparcie NATO i Zachodu dla Ukrainy jest ograniczone i wycinkowe, to bez wątpienia obrona przed Rosją sojuszniczego trzonu będzie nieporównanie silniejsza i miażdżąca. Trzeba było wystąpienia najważniejszego dowódcy NATO w Warszawie, by do entuzjastów eskalacji mogło dotrzeć (bo czy dotarło, tego nie wiemy), że wcale tak nie będzie.
Nawet dziś wieczorem
NATO nie odeszło od nieeskalacyjnej postawy i nie zamierza wywoływać III wojny światowej w odpowiedzi na rosyjski atak na wschodnią flankę.