Z okazji setnych urodzin Gdyni (wszystkiego najlepszego!) w gdyńskim Konsulacie Kultury zorganizowano wydarzenie „Horyzonty pokoju”. Wystąpili Aleś Bialacki, Norman Davies, Richard Flanagan i Andrij Lubka, prowadziła Katarzyna Kasia i wszystkie te wystąpienia były wspaniałe i niezapomniane. To jednak jest felieton, a nie relacja, skupię się więc na tym, co mówił Andrij Lubka – ukraiński pisarz, który łączył się z nami ze swojej jednostki przez internet.
Przepraszam pozostałych mówców, na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że (jak widać z innych moich tekstów) wojnę w Ukrainie uważam za najważniejszy temat współczesności. Zależą od niej wszystkie nasze plany na przyszłość (a nawet to, czy w ogóle będziemy mieć jakąkolwiek przyszłość). Najchętniej czytałbym i pisałbym tylko o niej, chociaż oczywiście rozumiem, że nie żyjemy w czasach Remarque’a, więc media nie mogą publikować tekstów typu „Na wschodzie bez zmian”.
Lubka, jak mówił, zgłosił się na ochotnika, ale nie dlatego, że „lubi być żołnierzem”. Nie może się doczekać, żeby przestać nim być i wrócić do swojego normalnego życia – jako pisarza, nauczyciela, ojca, męża i wędkarza. Zgłosił się nie z miłości do życia wojskowego, tylko do życia cywilnego, bo zwycięstwo Rosji oznaczałoby jego koniec. Co mnie szczególnie zaciekawiło w wystąpieniu Lubki, on ten koniec widzi dwojako. Na pierwszym planie jest geopolityczna oczywistość. Przywrócenie rosyjskiej dominacji w Ukrainie oznaczałoby biedę, terror, ludobójstwo, czyli te trzy rzeczy, które Rosjanom wychodzą najlepiej. Z powodzeniem realizują je na tych 20 proc. terytorium Ukrainy, które udało im się zająć.
Jest jednak jeszcze drugi aspekt, który dotyczy całego świata. Front w Ukrainie to nie tylko front między dwoma państwami, ale dwiema ideologiami.