Polscy komicy, czyli kto nas rozśmiesza?

Komedianci
Pełne sale na komediach i farsach potwierdzają, że do kina i teatru chodzimy także po to, by się pośmiać. Kto i jak nas dzisiaj bawi?

W ostatnim sezonie chodziło się do teatru nie na komedię, nie na farsę, ale na show. Największym hitem okazało się grane w warszawskiej klubokawiarni Chłodna 25 one-man-show „To nie jest kraj dla wielkich ludzi” Rafała Rutkowskiego, aktora od trzynastu lat współtworzącego Teatr Montownia. Szerszej widowni znanego raczej jako tykowaty sprzedawca z wielkim nosem z reklam Castoramy. Wspólnie z dramatopisarzem i reżyserem Michałem Walczakiem zmiksowali popularne zwłaszcza w krajach anglosaskich stand-up comedy – klubowy występ artysty, otwarty na improwizacje i zakładający bliski kontakt z widownią – z osadzonym w naszej tradycji teatralnej aktorskim monodramem.

Monoshow – komik na wyciągnięcie ręki

Podczas występów Rutkowski wciela się w postaci nieudaczników i durniów, którzy nie przepuszczą żadnej okazji, żeby pokazać reszcie świata, kto tu rządzi. Jest zazdrosnym księdzem i niespełnionym aktorem. Przekomarza się z widzami, a oni to kochają. A to poprosi o podrzucenie kwestii, potrzymanie rekwizytu bądź jego pożyczenie, sprowokuje, wyzłośliwi się, ponarzeka – generalnie: kumpel, kolega, swój chłop.

Sukces debiutanckiego show zaowocował transferem gatunku z undergroundu rozrywki do jej mainstreamu. Kolejna produkcja spółki Walczak-Rutkowski „Ojciec polski” – zbiór bardziej lub mniej zabawnych skeczy na temat ojcostwa i męskości w ogóle – grana jest na dużej scenie Teatru Polonia Krystyny Jandy.

Widzowie pokochali ten typ bezpośredniego kontaktu z aktorem, spodobał się on także aktorom. Do podobnego występu szykuje się Tomasz Karolak, jeden z najpopularniejszych polskich aktorów komediowych ostatnich lat, znany z produkcji duetu Saramonowicz-Konecki i serialu „39 i pół”. W Teatrze Polonia od niedawna grana jest „Hipnoza”, show prowadzone przez Krzysztofa Maternę, w którym aktor – za każdym razem inny, jego nazwisko pozostaje dla widzów tajemnicą aż do odsłonięcia kurtyny – improwizuje na zadane przez prowadzącego tematy.

Wciąż popularne są także komediowe monodramy w wykonaniu znanych artystów. Jerzy Stuhr z monodramem według „Kontrabasisty” Patricka Süskinda kilkakrotnie objechał Polskę i Włochy. Kiedy został rektorem, reżyserem i autorytetem moralnym, pałeczkę w sztafecie rozśmieszania narodu przejął jego syn Maciej. Najpierw występując w założonym przez siebie kabarecie Po Żarcie (w wielu skeczach kpił z polskiego kina i aktorów), a potem, wcielając się w głównego bohatera komedii Olafa Lubaszenki: „Chłopaki nie płaczą” i „Dzień kojota” – niezdarnego inteligenta, którego prześladuje pech, domorosła mafia i dziekan Zajączek. Odkąd jednak został aktorem Nowego Teatru Krzysztofa Warlikowskiego, na bawienie widzów nie ma już czasu.

Wciąż za to w różnych miejscach Polski można usłyszeć Jana Peszka wygłaszającego wykład o wyobcowaniu współczesnej sztuki w „Scenariuszu dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego” Bogusława Schäffera. Od premiery w 1976 r. aktor zagrał ponad półtora tysiąca razy. Peszka goni Bronisław Wrocławski, na co dzień aktor łódzkiego Teatru Jaracza, który trylogię Erica Bogosiana w reż. Jacka Orłowskiego: „Seks, prochy i rock and roll”, „Czołem wbijając gwoździe w podłogę” i „Obudź się i poczuj smak kawy” – z całą galerią ironicznie i dowcipnie sportretowanych żałosnych, sfrustrowanych typów w wiecznej pogoni za seksem i narkotykami – zagrał już prawie tysiąc razy.

Królową kobiecego monodramu jest bez wątpienia Krystyna Janda. Na jej popisową rolę w „Shirley Valentine” Willy’ego Russella w reż. Macieja Wojtyszki od czasu premiery w 1990 r. walą kompletami kolejne pokolenia widzów. Podobnie jest z kiczowatą „Boską!” Petera Quiltera (reż. Andrzej Domalik), gdzie Janda gra niezdolną, ale kompletnie tego faktu nieprzyjmującą do wiadomości, bogatą i zdeterminowaną, by występować, śpiewaczkę operową; bilety na grany w Teatrze Polonia spektakl trzeba rezerwować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.

To Janda zresztą pierwsza zaryzykowała włączenie do akcji widzów. W „Skoku z wysokości” Leslie Ayvasian bohaterka Jandy na pięćdziesiąte urodziny funduje sobie skok do wody, który ma zmienić jej życie: uwolnić od irracjonalnych lęków, ale też życiowego pecha. Staje więc na trampolinie i, żeby odwlec chwilę prawdy, opowiada historię swojego życia, zaś ci z widzów, którzy na fotelu znaleźli karteczkę z kwestią, mają za zadanie dopingować kobietę do skoku.

Przez całe lata Krystyna Janda była poza konkurencją, chociaż Polskę objeżdżały z występami także m.in. Dorota Stalińska i Joanna Szczepkowska. Prawdziwa konkurencja w walce o serca (i portfele) widzów wyrosła jej dopiero niedawno – to świetna aktorka komediowa Hanna Śleszyńska. Znana widzom z fars wystawianych w Teatrze Komedia, z występów w Kabarecie Olgi Lipińskiej, podczas gal piosenki biesiadnej, w serialu „Rodzina zastępcza” czy sitcomie „Daleko od noszy” – wciela się w sympatyczne pyskate kobiety.

Obecnie Śleszyńska furorę robi w granym w prywatnym warszawskim Teatrze Bajka monodramie „Kobieta pierwotna” Sigitasa Parulskisa w reż. Arkadiusza Jakubika. Jej bohaterka przypomina masowo lubiane bohaterki książek Katarzyny Grocholi czy filmu „Lejdis” Saramonowicza i Koneckiego: inteligentna, niezależna, po przejściach, złośliwie i zabawnie punktująca wady swoich byłych, rzucająca sprośnymi dowcipami. Jak twierdzi sama aktorka: „Jest w tej sztuce coś z doświadczenia kobiet współczesnych. Mówię: Znaleźć normalnego faceta w średnim wieku to prawie to samo, co spotkać pingwina w bikini”.

Stara gwardia – komik inteligent

Coraz trudniej zobaczyć w akcji nestorów inteligenckiego humoru – aktorów, którzy współtworzyli najlepsze kabarety, od STS, przez Kabaret Starszych Panów, Kabaret Dudek czy Kabaret Olgi Lipińskiej w jego najlepszych latach. Genialna Irena Kwiatkowska z rzadka, z okazji kolejnego jubileuszu, zaśpiewa jeszcze „Sierotkę” Gałczyńskiego.

Częściej pokazuje się ze swoją legendarną vis comica Jan Kobuszewski. W Teatrze Kwadrat gra między innymi Pantalona (ubrany w pończochy i kryzę) w „Słudze dwóch panów” Goldoniego, w reżyserii Waldemara Matuszewskiego. Oraz swoje komiczne opus magnum ostatnich lat, czyli rolę Mariana Koseli, upartego rolnika, broniącego pola w centrum miasta przed zakusami inwestorów w „Dwóch morgach utrapienia” Marka Rębacza. W świetnej formie – co widać w „Alicji” Lewisa Carrolla w warszawskim Teatrze Dramatycznym – jest także Barbara Krafftówna.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną