Kapuściński Ryszard

Desakralizacja Kapuścińskiego
Trzy lata po śmierci reportera, za życia otoczonego kultem, wespół w zespół zdejmują go z cokołu: ulubiony uczeń, wdowa i część środowiska zmęczona wielkością zmarłego.
Ryszard Kapuściński w domowych pieleszach
Janusz Sobolewski/Forum

Ryszard Kapuściński w domowych pieleszach

Kontrowersyjna książka czy kontrowersyjny Kapuściński?
Wyd. Świat Książki/materiały prasowe

Kontrowersyjna książka czy kontrowersyjny Kapuściński?

Artur Domosławski, autor biografii: 'Starałem się ustalić jak najwięcej z tego, o czym Kapuściński milczał.'
Leszek Zych/Polityka

Artur Domosławski, autor biografii: "Starałem się ustalić jak najwięcej z tego, o czym Kapuściński milczał."

'Kapuściński był reporterem i pisarzem uczciwym i obdarzonym genialnym talentem. Ale wyobraźmy sobie dziennikarza mniej utalentowanego i mniej uczciwego, który uważa, że wolno mu swobodnie przekraczać granice rzeczywistości i fikcji.'
Krzysztof Wójcik/Forum

"Kapuściński był reporterem i pisarzem uczciwym i obdarzonym genialnym talentem. Ale wyobraźmy sobie dziennikarza mniej utalentowanego i mniej uczciwego, który uważa, że wolno mu swobodnie przekraczać granice rzeczywistości i fikcji."

Myślę o tej części środowiska, która z lubością posiłkuje się lustratorskimi instrumentami. Jak to się skończy, nie wiadomo. Nie można wykluczyć, że nagły przypływ zainteresowania zmarłym zaowocuje nowymi wydaniami dzieł zebranych. Bo cokolwiek by powiedzieć o tej wielowymiarowej awanturze, twórczość Kapuścińskiego wytrzyma próbę czasu i będą po nią zapewne chętnie sięgać także jutro nowi czytelnicy.

CZYTAJ TAKŻE:
Nowa twarz Pana Ryszarda
: czy teraz Kapuścińskiego trzeba czytać inaczej?
Awantura wokół książki o Kapuścińskim: jak to się wszystko zaczęło i do czego doprowadziło.

Można się spierać i zastanawiać, czy Artur Domosławski, autor biografii zmarłego, nie pospieszył się nadmiernie z jej napisaniem i wydaniem i czy żona nie popełniła błędu, wytaczając przeciwko napisanej już książce najcięższe armaty.

WIĘCEJ:
Rozmowa z Arturem Domosławskim, czyli Daniel Passent pyta.

Jakkolwiekby patrzeć, mleko się wylało i klamka zapadła. Teraz już sami czytelnicy i fani pisarza, o ile zechcą, zmierzą się z bezprecedensową książką biograficzną o tak lubianym twórcy.

Problem Kapuścińskiego polega na tym, że urodził się w niewłaściwym kraju i czasie. A przyszedł on na świat siedem lat przed II wojną w dziś białoruskim, a wtedy polskim Pińsku. Pińsk jest niepisaną stolicą Polesia i jego bagien – chyba największych w Europie. Jest miastem, które przed wojną mogło uchodzić za symbol polskiej biedy i polskiego zacofania. Ten fakt musiał na Ryszarda Kapuścińskiego wpłynąć w sposób zasadniczy, bowiem po 1945 r., gdy znalazł się w zburzonej Warszawie, stał się, jak tysiące jemu podobnych, fanem Polski Ludowej i powojennej rzeczywistości. Wyżywał się w działalności w szeregach ZMP, wstąpił do PZPR i wierzył w humanistyczne przesłanie socjalizmu.

Pupil władzy, ale nie propagandzista

W tym okresie podobało mu się prawie wszystko, co robiła partia i ludowy rząd. Ponieważ od dziecka był bardzo zdolny, więc jako kilkunastolatek – jeszcze uczeń – zaczął pisać do „Sztandaru Młodych”, organu ZMP. Tam hołubiono go tak, że w 1956 r. wysłano jako korespondenta do Indii bez znajomości angielskiego. Gdyby Kapuściński nie był sobą, to znaczy człowiekiem mającym misję posłannictwa i chęć zmieniania świata, to w tych Indiach pewnie by utonął, a przynajmniej skompromitował się jako korespondent, a on tymczasem nauczył się angielskiego i złapał bakcyla zagranicznego korespondencyjnego dziennikarstwa. A ponieważ miał talent i poważnie traktował wszystko, co robił, stał się bardzo szybko gwiazdą reportażu. Gwiazdą samoistną.

Wbrew temu, co z okazji książki Domosławskiego już napisano o Ryszardzie, nigdy nie był on założycielem polskiej szkoły reportażu. Ta szkoła, zrodzona dzięki odwilży połowy lat pięćdziesiątych, stała się faktem, ale bez udziału Kapuścińskiego. On nigdy nie pretendował do roli jej założyciela. Od początku pisał po swojemu, na granicy dziennikarstwa i literatury, i gdy wysyłano go w teren, to zawsze bardziej pociągały go klimaty wokół zjawisk, które opisywał, od zwykłego opisu faktów.

Poznałem Ryszarda w lipcu 1960 r., będąc na praktyce wakacyjnej w „Polityce”. Pamiętam, jak przyniósł do redakcji oczekiwany reportaż spod Grunwaldu, a było to w 550 rocznicę bitwy. Redakcja oczekiwała reportażu patetycznego, który wprawi w zadowolenie Władysława Gomułkę. Ta rocznica była bowiem okazją do pogrożenia palcem militarystom zza Łaby. Tymczasem Ryszard, zamiast pokazać naszą krzepę, przyniósł reportaż o chłopie nazwiskiem Piątek, który miał gospodarstwo na skraju domniemanego pola bitwy pod Grunwaldem. I tyle. Z Ryśkiem zawsze tak było, że nie pisał na zamówienie, a pisał o tym, co mu w głowie grało. Nigdy nie miał predylekcji, aby zostać propagandzistą.

Fascynujące w nim było to, że jeszcze jako dwudziestokilkuletni chłopak zaprogramował się na pisarza-reportera, który temu zajęciu poświęci wszystkie siły, a właściwie, jakkolwiekby to brzmiało pompatycznie – zawodowe życie. Świadczyło to w rzeczywistości o jego niezwykłej dojrzałości. Można powiedzieć, że aż do swej śmierci stale świadomie doskonalił swój niezwykły talent. Wiem o tym, bowiem dwukrotnie byłem z nim blisko.

Po raz pierwszy, gdy pracowaliśmy wspólnie w „Polityce” na początku lat sześćdziesiątych, a po raz drugi – w czasie wybuchu Solidarności w „Kulturze”. Przed ostatnim etapem pracy, to znaczy pomiędzy zbieraniem materiału a pisaniem, bardzo wiele i uparcie czytał. A potem już była katorżnicza praca nad tekstem. Pisał wolno, ciężko i z rozmysłem. Szukał puentujących metafor. Gdy mu się nie udawały bądź gdy był z siebie niezadowolony, wyrzucał bez wahania zapisane kartki i poszukiwał lepszych rozwiązań.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną