Rozmowa z Arturem Domosławskim
Imperium cesarza
Daniel Passent: – Skąd tytuł „Kapuściński non-fiction”?
Artur Domosławski: – Kapuściński stworzył w swoim życiu dwa dzieła. Jedno to twórczość reporterska, która stała się wielką literaturą o mechanizmach władzy, rewolucji i ludziach wykluczonych. Drugie to opowieść o sobie samym, którą budował z faktów i częściowo z legend. Rozumiał, że nie ma świata literatury bez legend o pisarzach i, jak wielu, współtworzył własną. Żywot reportera obsługującego rewolucje, wojny, zamachy stanu w Trzecim Świecie był dla niej wspaniałym tworzywem.
Tytuł książki jest sygnałem, że unikam opowieści w kolorach czarno-białych, bo świat non-fiction nigdy nie jest czarno-biały, istnieje w nim wiele prawd, tu: wiele prawd o moim bohaterze. Po drugie, jest sygnałem, że staram się oddzielić fakty od fikcji. Wielu reporterów na świecie uważało Kapuścińskiego za mistrza, zawsze jednak mieli podejrzenia, że w jego opowieściach były elementy – powiedzmy – licentia poetica. Absolwenci warsztatów prosili, bym koniecznie to wyjaśnił.
Co to za warsztaty?
Organizuje je kolumbijska fundacja Garcí Márqueza, zajmująca się podnoszeniem standardów dziennikarstwa w Ameryce Łacińskiej. Ich uczestnicy mówią o Kapuścińskim: człowiek-tajemnica, zagadka; znamy dzieło, ale nic o nim nie wiemy. Kim był człowiek, którego tak podziwiamy?
Starałem się ustalić jak najwięcej z tego, o czym Kapuściński milczał. Towarzyszyło mi memento wybitnego reportera Marka Dannera, który powiedział, że chciałby się z mojej książki dowiedzieć, jakie doświadczenia sprawiły, że Kapuściński tak świetnie rozumiał mechanizmy władzy i rewolucji.
Gdzie pan poszukiwał odpowiedzi?
Przede wszystkim w Polsce, w przeszłości epoki stalinizmu, Października 1956 r., opowieściach o korytarzach władzy w KC. Także w waszej „Polityce”. Zjechałem kawałek świata: Meksyk, Kolumbia, Boliwia, Angola, Etiopia, Kenia, Tanzania, Uganda, USA... Spotykałem bohaterów jego reportaży, zobaczyłem miejsca, w których żył, i które opisywał.
Na ile są to opisy wierne?
Kapuściński napisał trzy rodzaje książek. Wczesne, mało pamiętane, zaliczyłbym do publicystyki, szczególnie „Gdyby cała Afryka...”. To analizy dekolonizacji Afryki. Potem rodzi się Kapuściński reporter, który uprawia reportaż literacki: „Kirgiz schodzi z konia”, „Chrystus z karabinem na ramieniu”, „Wojna futbolowa”... Wreszcie – największe dzieła „Cesarz” i „Szachinszach”, w których przekracza granice dzielące reportaż i literaturę; dzięki nim wchodzi do historii i reportażu, i literatury. Obie książki spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem na świecie, ale wywołały też wątpliwości co do akuratności faktograficznej. Pytano: czy to jeszcze reportaż, czy już literatura?
A czy to jest ważne?
Niezależnie od tego, na której półce książki te ustawimy, nadal będą wybitne. Różnica gatunkowa jest jednak istotna, gdy zadajemy pytanie: na ile mogą być wzorem do naśladowania – nie tyle dla pisarzy, ile dla dziennikarzy, których obowiązuje wierność faktom? Czy i na ile wolno reporterowi poprawiać rzeczywistość?
Jeśli literatura fiction posługuje się technikami reporterskimi, nie płaci żadnej ceny. Jeśli dziennikarstwo wkracza na terytorium fikcji, to czyni opis reporterski bardziej atrakcyjnym, nieraz głębszym, ale płaci też wysoką cenę – wiarygodności. Takie dzieło można podważyć i nieraz to czyniono.
Kapuściński był reporterem i pisarzem uczciwym i obdarzonym genialnym talentem. Ale wyobraźmy sobie dziennikarza mniej utalentowanego i mniej uczciwego, który uważa, że wolno mu swobodnie przekraczać granice rzeczywistości i fikcji: jakie dzieło otrzymamy? Właśnie ta obawa towarzyszy mi, gdy ustawiam niektóre jego książki na półce z literaturą.
Mój kolega z redakcji „Gazety Wyborczej” Wojciech Jagielski, który opublikował „Nocnych wędrowców” o dzieciach-żołnierzach w Ugandzie, postąpił uczciwie, gdy zastrzegł, że niektórzy bohaterowie są fikcyjni, choć ulepieni z autentycznych postaci. Nazwał książkę opowiadaniem. Podzielam jego zdanie, gdy mówi, że nie jest dobrze dla wiarygodności dziennikarstwa, jeśli reporter pozwala sobie na zbyt wiele.
W dobie Internetu wszystko da się szybko sprawdzić i pisarstwo, jakie uprawiał Kapuściński, byłoby niemożliwe. Na czym polegał jego „twórczy stosunek do faktów”?
Kiedyś przyjaciołom, którzy byli z nim w Afryce, pokazał jakąś depeszę. Zaczęli prostować: Rysiek, to nie było tu, tylko tam, kolejność zdarzeń była inna. Nic nie rozumiecie, odpowiadał zirytowany, nie chodzi o szczegóły, lecz o istotę rzeczy. Zapytany kiedyś przez Wojciecha Giełżyńskiego, czy dopuszcza lekkie deformowanie biegu faktów, np. poprawienie chronologii dla uzyskania lepszego efektu, odpowiedział, że tak; że można „rozbudować rzeczywistość”, posługując się wszakże autentycznymi elementami.
Pańscy rozmówcy w Addis Abebie, których Kapuściński odwiedzał, kwestionują nie tylko szczegóły, ale podważają też ocenę Hajle Sellasje zawartą w „Cesarzu”.
W „Cesarzu” Kapuściński wkracza zdecydowanie na teren literatury. Dworzanie mówią tam językiem barokowym, ich wypowiedzi mają wyszukaną konstrukcję literacką. Żeby napisać tę opowieść – i w taki sposób – czytał literaturę baroku. Jeden z jego przyjaciół literatów mówi, że „Cesarz” to najwybitniejsza polska powieść XX w.! Coś w tym jest.
Dlatego sceptycznie odnoszę się do krytyki wąskich specjalistów. Czytanie „Cesarza” czy „Szachinszacha” jako podręczników historii Etiopii i Iranu to nieporozumienie. Kapuściński przedstawia pewne konstrukcje intelektualne, uniwersalizuje zachowania ludzi i mechanizmy wstrząsów społecznych. Po inscenizacji „Cesarza” w Londynie jeden z widzów gratulował mu, że doskonale przedstawił mechanizmy w wielkiej korporacji. Wolę czytać tę książkę jako traktat o władzy, a nie opowieść o feudalnym władcy Etiopii.
Był niedoinformowany? A może naginał fakty dla potrzeb ideologicznych?
Czytając jego korespondencje dla PAP łatwo się przekonać, jak wiele wiedział i jak bardzo był kompetentny w materii, o której pisał. Jeśli była w jego tekstach ideologia, to płynęła z przekonań: długo był wierzącym komunistą. Nie był cynikiem ani jakimś Wallenrodem, który pisał jedno, a myślał drugie. Wierzył w ład PRL do późnych lat 70. Jeszcze w okresie Solidarności 1980–81, choć zafascynował go nowy ruch, interesowała go przede wszystkim reforma partii, sympatyzował z tzw. poziomkami. Legitymację rzucił w stanie wojennym.
Pisze pan też, że będąc lojalnym członkiem partii zachowywał niezależność spojrzenia.
I to nieraz. Gdy był korespondentem PAP w Ameryce Łacińskiej, toczył się spór między Moskwą a Hawaną w sprawie strategii rewolucyjnej w regionie. Moskwa sprzeciwiała się partyzantkom w stylu Che Guevary. Che był w oczach Moskwy trefny, bo wzniecał rewolucje, gdzie i jak chciał, nie pytając Radzieckich, psując im stosunki z Waszyngtonem w czasach tzw. pokojowego współistnienia. Tymczasem Kapuściński sympatyzował właśnie z takimi „Chrystusami z karabinem na ramieniu”, którzy – wbrew nakazom Kremla – szli walczyć z bronią w ręku. Przetłumaczył dziennik z Boliwii Guevary, który ukazał się dzięki dobrym znajomościom w KC, a potem nigdy w PRL nie został wznowiony.
Sympatyzował z partyzantami, a potem jego książki zostały
...[pełna treść dostępna dla abonentów]

