Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Kultura

Pociąg do cumbii

Cumbia - nowa moda muzyczna

Sesja nagraniowa w San Basilio de Palenque, dawnej wiosce zbiegłych niewolników. Tu można posłuchać starej cumbii. Sesja nagraniowa w San Basilio de Palenque, dawnej wiosce zbiegłych niewolników. Tu można posłuchać starej cumbii. Santiago Posada, Simon Mejia
Historia kolumbijskiej cumbii, poznawanej na nowo dzięki fali wydanych płyt, to zaskakujący przypadek pięknej muzycznej hybrydy. Czyżby nowa Buena Vista Social Club?
W cumbii kobieta ma symbolizować to, co utożsamiane z rdzennymi indiańskimi mieszkańcami tych terenów, czyli powściągliwość. Mężczyzna – to, co utożsamiano z przybyszami z Afryki, czyli energię i witalność.Santiago Posada, Simon Mejia W cumbii kobieta ma symbolizować to, co utożsamiane z rdzennymi indiańskimi mieszkańcami tych terenów, czyli powściągliwość. Mężczyzna – to, co utożsamiano z przybyszami z Afryki, czyli energię i witalność.
Los Corraleros De Majaqual, jeden z najbardziej popularnych bandów, nagrywających dla Discos FuentesWorld Circuit Los Corraleros De Majaqual, jeden z najbardziej popularnych bandów, nagrywających dla Discos Fuentes

Parowóz jechał przez sielski krajobraz Ameryki Południowej. Góry, wysokie wiadukty, sawannę, wioski z lokalnymi targami. Z tyłu dwa wagony pasażerskie i wyładowana workami bagażowa platforma. „Nescafe otwiera szlak wielkiej kawy” – czytał hipnotyzującym głosem lektor, a muzyka w tle idealnie oddawała tempo podróży koleją: silnie akcentowany rytm kontrabasu, liczony na dwa (podobnie jak w polce, ale dużo wolniej), a do tego bogate tło instrumentów perkusyjnych z charakterystycznym dźwiękiem guiro – zasuszonej i odpowiednio żłobionej tykwy, którą pociera się na podobieństwo tarki.

W ten sposób cumbia dotarła na Zachód – razem z kolumbijską kawą, którą takim właśnie filmem, z klasycznym utworem „La Colegiala” w tle, reklamował w latach 80. jeden z wielkich koncernów. Jeszcze w tej samej dekadzie specjalizująca się w muzyce świata firma World Circuit opublikowała składankowy album „Cumbia Cumbia”, cztery lata później drugi.

Przyjęcie było świetne, a muzyka, słyszana przez publiczność w całej Europie po raz pierwszy, brzmiała świeżo – mówi Sebastian Mann z World Circuit. Entuzjazm prasy też był duży. Pisano o cumbii jako „najbardziej uzależniającym produkcie eksportowym Kolumbii”. Ale firma World Circuit nie miała jeszcze wielkiego potencjału promocyjnego, a rynek world music rósł powoli. Wybuch miał nastąpić w 1997 r., kiedy ta sama firma zaprezentowała kubańską muzykę son na płycie „Buena Vista Social Club”. – Pomogła wtedy osoba Ry Coodera jako producenta oraz powstały w tym samym czasie film Wima Wendersa – wspomina Mann. – Różnica polegała także na tym, że członkowie BVSC ciągle żyli, podczas gdy artystów ze składanek prezentujących złote lata cumbii już dawno nie było na świecie.

Po latach klasyczna kompilacja „Cumbia Cumbia” wraca na rynek. Pojawił się cały cykl archiwalnych nagrań ze złotej ery muzyki kolumbijskiej w konkurencyjnej wytwórni Soundway, a londyńska Soul Jazz Records, znana dotąd przede wszystkim z archiwalnych nagrań reggae, opublikowała świetny album dokumentujący korzenie muzyki kolumbijskiej. Muzykę z Kolumbii remiksują teraz didżeje – zarówno ci europejscy, jak i lokalni, tworzący taneczną digital cumbia albo miejscowe odmiany hip-hopu. Słynny zespół Gotan Project, odpowiedzialny za klubowy renesans, na ostatniej płycie wykorzystał rytmy cumbii. Brytyjski DJ i producent William „Quantic” Holland na stałe przeprowadził się do Kolumbii, a na swojej najnowszej płycie „Look Around the Corner” (wyszła pod szyldem Quantic&Alice Russell with the Combo Barbaro) daje upust fascynacji tutejszą muzyką.

Cumbia przeżywa ostatnio boom wszędzie na świecie – potwierdza Santiago Posada, który jeździł po kraju, nagrywając lokalną muzykę afrokolumbijską, i nakręcił przy okazji dokument „Jende Ri Palenge”. – Inspiruje twórców muzyki elektronicznej, sam rytm, tempo, ten powolny ruch jest wszędzie.

Poza tempem w cumbii fascynuje jeszcze jedno. Żaden gatunek tak czytelnie nie ilustruje zderzenia kultur: muzyki miejscowych Indian i kultury niewolników przywiezionych z Afryki Zachodniej.

Królestwo niewolników

Zderzenie zawdzięczamy starej hiszpańskiej inwestycji. Dość pokaźnej, bo rozłożonej na prawie 200 lat budowy. Tyle bowiem trwało wznoszenie fortyfikacji powstałego w XVI w. portu w Cartagenie. Miasto szybko dorobiło się na handlu niewolnikami i natychmiast stało się celem ataków angielskich i francuskich żeglarzy. Należało wznieść mury, a do tego potrzeba było jeszcze więcej siły roboczej, innymi słowy – kolejnych niewolników z terenów dzisiejszej Angoli, Gwinei czy Konga.

Na jednym ze statków znalazł się Benkos Biohó, wódz dużego afrykańskiego plemienia. Gdy trafił do Cartageny, natychmiast wywołał małe powstanie, uciekł z grupą niewolników i założył wioskę, enklawę na południe od miasta. Tam sformował małą armię, która pomagała w ucieczkach kolejnych przybyszów z Afryki. Sam co prawda trafił w końcu na hiszpańską szubienicę, ale pozostawił całą sieć enklaw, z których część przetrwała w całkowitej niemal izolacji do XX w. Kultywując afrykańskie zwyczaje i zapominając o zewnętrznym świecie, dopóki komuś nie przyszło do głowy, by doprowadzić do nich drogę. A kiedy już doprowadzono, pierwsza wioska zbiegów San Basilio de Palenque – zarazem pierwsze tego typu wyzwolone miejsce w Ameryce – została wpisana na listę arcydzieł ustnego i niematerialnego dziedzictwa ludzkości przez UNESCO.

W 2007 r. zatrzymaliśmy się na chwilę w San Basilio, objeżdżając kraj – mówi Santiago Posada. – Rozmawialiśmy z ludźmi i przyszedł nam do głowy pomysł przywiezienia tam studia nagraniowego i nakręcenia filmu.

Opisał swój pomysł, dostał grant z funduszu holenderskiego księcia Clausa i po roku wrócił ze współpracownikami, żeby nagrywać miejscową muzykę. – To źródłowe, stare formy cumbii, a także lokalne style, takie jak bullerengue – mówi. – Wszystkie są mieszanką afrykańskiej i miejscowej kultury. Instrumenty dęte pochodzą stąd, warstwa perkusyjna z Afryki.

Film i płyta „Jende Ri Palenge” potwierdzają to dobitnie – wszelkiego rodzaju flety i piszczałki były na tych terenach popularne jeszcze przed przybyciem Hiszpanów, zaś na bogate perkusyjne tło składają się instrumenty przywiezione z Afryki, które też ewoluowały w wiosce. – Z Angoli pochodzi marimbula, większa wersja popularnej tam kalimby. W tej wersji to instrument, którego nie można znaleźć nigdzie indziej – wyjaśnia Posada. Najbardziej zaskakująca rzecz, którą spotkał na miejscu? Lumbalu, rytuał pogrzebowy przywieziony z Czarnego Lądu. – To pogrzeb, który trwa tradycyjnie dziewięć dni i nocy wypełnionych muzyką, rozpaczliwymi śpiewami gromadzących się wokół trumny kobiet.

Czarny element

Są w cumbii – jak we wszystkich karaibskich stylach muzycznych – także odniesienia do seksu. „Reprezentuje związek seksualny między miejscową kobietą a czarnym mężczyzną, podbój tej pierwszej przez tego drugiego, który doprowadza do powstania rasowej mieszanki tak charakterystycznej dla Kolumbii” – pisze Peter Wade w książce „Music, Race and Nation: Musica Tropical in Colombia”.

Kobieta ma symbolizować to, co utożsamiane z rdzennymi indiańskimi mieszkańcami tych terenów, czyli powściągliwość. Mężczyzna – to, co utożsamiano z przybyszami z Afryki, czyli energię i witalność. Hiszpańskie w tym wszystkim jest co najwyżej tło kulturowe – choćby elementy ubioru. A całość ma odbicie w tańcu (cumbia to również taniec).

Oryginalny układ polegać miał na tym, że para tańczy w kręgu muzyków i śpiewaków. Ona w jednej ręce trzyma zapaloną świecę, partner porusza się dookoła, wymachując kapeluszem lub chusteczką.

Te rasowe wątki są dość mocno osadzone w całej kolumbijskiej kulturze. Z założenia ma ona być otwarta, typowi Kolumbijczycy to mestizos, czyli właśnie mieszanka ras. W praktyce domieszka białej rasy bywała bardziej pożądana niż domieszka krwi afrykańskiej, a afrokolumbijska mniejszość – ta z wybrzeża karaibskiego – z jednej strony czuła się marginalizowana, z drugiej – właśnie ona bywała oskarżana o rasizm i zbyt małą integrację kulturową z resztą kraju. W latach 60. XX w., w odpowiedzi na ruchy emancypacyjne w USA, także afrokolumbijska inteligencja głośno mówiła o własnej tożsamości, używając terminu cimarronismo. Symbolami tożsamości stali się dla tej grupy zbiegli niewolnicy (cimarrón) i wspólnoty zbiegów – takie jak San Basilio.

W tym czasie cumbia przeżywała już swoje złote lata jako przemysł nagraniowy. Trudno się dziwić, że jedno z pierwszych kolumbijskich studiów nagraniowych z prawdziwego zdarzenia powstało na północy, w Cartagenie. Założył je Antonio Lopez Fuentes – muzyk i producent. Też przyjechał tu (w latach 30.) z myślą o nagrywaniu muzyki afrokolumbijskiej. Jego ambicje muzykologiczne szybko zeszły jednak na dalszy plan, gdy pierwsze zespoły, odkryte przez nową firmę Discos Fuentes, zaczęły odnosić duże sukcesy. A oryginalne płyty na 78 obrotów trafiły do szaf grających w całym kraju.

Pomagał fakt, że cumbia – podobnie jak muzyka ska i reggae z Jamajki – świetnie dostosowywała się do prądów i tendencji epoki. Gdy w latach 50. królowały big-bandy, Discos Fuentes stawiała więc na wielkie składy, gdy pojawili się Beatlesi – próbowała nowocześniejszych w formule małych grup, w których brzmieniu dało się wręcz usłyszeć echa rock’n’rolla, potem, w latach 70., Antonio Fuentes reagował na wielką popularność salsy. Składanka „Cumbia Cumbia”, dokumentująca jego dorobek, pokazuje nawet więcej tropów.

Niemiecki łącznik

Tradycyjna cumbia miała na początku jedno europejskie źródło. Prócz wspomnianych już instrumentów stale pojawiała się bowiem w akompaniamencie hiszpańska gitara. Drugie źródło związane jest już z legendą, według której w XIX w. rozbił się u wybrzeży Kolumbii niemiecki statek z pokaźnym ładunkiem akordeonów. Te wypłynęły na brzeg i natychmiast zostały wykorzystane, doprowadzając do kolejnej brzmieniowej rewolucji. To wtedy pojawił się vallentano – ekstatyczny styl oparty właśnie na akompaniamencie akordeonu i kojarzony z rejonem Valledupar.

Statek istotnie musiał pochodzić z Niemiec i najwyraźniej ktoś musiał na nim ocaleć, bo w tym samym czasie w cumbii pojawiły się partie wokalne zapędzające się w wysokie rejony i jako żywo przypominające jodłowanie. Oczywiście, możliwe też, że nowe trendy przywieźli po prostu niemieccy imigranci, którzy mniej więcej w tym czasie pojawili się na terenie Kolumbii razem ze swoją kulturą, ale w legendzie brzmi to wszystko znacznie atrakcyjniej.

Poza tym akordeon spotkał się tu z takim zdziwieniem i świeżym podejściem, że łatwo uwierzyć w sens opowieści. Ze względu na przenośne gabaryty nazywano go „pianinem żeglarza” (el piano del marinero), a po latach także „napiersiowym syntezatorem” (el sintetizador del pecho). „Jeśli pomyśleć o pierwszych kolumbijskich akordeonistach w nowoczesny sposób, dojdziemy do wniosku, że odgrywali wtedy rolę ludowych disc jockeyów” – pisze Will Holland we wstępie do zebranej przez siebie kompilacji „The Original Sound of Cumbia”. Bo podobnie jak dzisiejsi didżeje przenosili popularne melodie z miasta do miasta, tyle że robili to jeszcze przed pojawieniem się na miejscu radia i fonografu. Przyspieszyli kulturowe mieszanie się wpływów i gdy Antonio Fuentes inaugurował działalność własnego studia, gatunek był już rozwinięty i dojrzały.

Santiago Posada wrócił wprawdzie do Londynu, ale przywieziony z Europy sprzęt zostawił w San Basilio de Palenque. Będzie częścią swoistego domu kultury, przestrzeni dostępnej nie tylko dla ludzi z tej wioski. Być może za chwilę przyjedzie tu jakiś wielki promocyjny pociąg producenta kawy i wywinduje lokalnych twórców na listy przebojów, ale na razie miejsce pozostaje przede wszystkim symbolem tego, jak historyczne zbiegi okoliczności potrafią zmienić oblicze kultury. Jak mówi jeden z mieszkańców w filmie Posady: „Jesteśmy w Palenque tylko przez przypadek. Wszyscy powinniśmy teraz siedzieć na Czarnym Lądzie, gdzieś w Angoli”.

Cumbia na płytach

„Cumbia Cumbia” (World Circuit) – wznowiony w tym roku zbiór nagrań ze złotej ery Discos Fuentes, kolumbijskiej wytwórni płytowej dokumentującej przez dekady cumbię. Od hitu „La Colegiala” grupy Rodolfo Y Su Tipica, po klasyczne piosenki z lat 60.

„Original Sound of Cumbia” (Soundway) – potężny zestaw nagrań cumbii i porro ze starych płyt na 78 obrotów wyszukanych przez Willa Hollanda w prowincjonalnych sklepikach i na targach staroci, zawierających utwory z okresu 1948–79.

„Jende Ri Palenge” (Soul Jazz Records) – zebrane na kilkupłytowym wydawnictwie efekty projektu prowadzonego m.in. przez Santiago Posadę – tradycyjne pieśni z Palenque nagrywane na tutejszej ulicy, ich taneczne remiksy autorstwa Matiasa Aguayo, Deadbeat i innych, a także film o wiosce San Basilio.

Polityka 26.2012 (2864) z dnia 27.06.2012; Kultura; s. 74
Oryginalny tytuł tekstu: "Pociąg do cumbii"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Kraj

Duda nie wypełnia obowiązku. Ktoś się łudził?

PiS i Andrzej Duda dostarczyli przekonującego dowodu, że powoływani przez nich ambasadorowie byli, ogólnie rzecz biorąc, marnej jakości. Konflikt prezydenta z rządem Tuska na tym tle właśnie się pogłębił.

Marek Ostrowski
13.06.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną