Kultura

Maszyna do pisania

Ignacy Kraszewski - najwybitniejszy dziennikarz wszech czasów

Józef Ignacy Kraszewski, fotografia z 1865 r., wykonana we Lwowie w zakładzie Berharda Branda i Józefa Edera. Józef Ignacy Kraszewski, fotografia z 1865 r., wykonana we Lwowie w zakładzie Berharda Branda i Józefa Edera. Laski Diffusion / EAST NEWS
Dwieście lat temu, 28 lipca 1812 r., urodził się Józef Ignacy Kraszewski, nasz najpłodniejszy pisarz, o czym pamięta pewnie każdy uczeń. Ale już niewielu wie, że był jednocześnie najwybitniejszym polskim dziennikarzem wszech czasów.
Pracownia Józefa Ignacego Kraszewskiego w Dreźnie, gdzie osiadł na 24 lata po powstaniu styczniowym i gdzie napisał m.in. powieści poświęcone dziejom Polski. Rys. Bronisław Puc.LASKI DIFFUSION/EAST NEWS Pracownia Józefa Ignacego Kraszewskiego w Dreźnie, gdzie osiadł na 24 lata po powstaniu styczniowym i gdzie napisał m.in. powieści poświęcone dziejom Polski. Rys. Bronisław Puc.

Artykuł w wersji audio

Prawdopodobnie nigdy nie policzymy, ile naprawdę napisał. W przybliżeniu: ponad 200 powieści, około 150 nowel, opowiadań i obrazków, około 20 sztuk, setki prac historycznych, kilka tomów relacji z podróży, poezje, przekłady, edycje źródeł historycznych. Ale są jeszcze setki, a może tysiące niepublikowanych, a często niepodpisanych szkiców, artykułów, recenzji, notatek, wreszcie niepoliczone dziesiątki tysięcy listów.

To pisarz o gargantuicznym apetycie na tworzenie i lekturę, jego zachłanność nie miała miary: był powieściopisarzem, historykiem, dramaturgiem, poetą, etnografem, krytykiem, bibliofilem, kolekcjonerem, edytorem, grał na fortepianie i komponował, malował i rysował. Albo wyobraźmy go sobie około siedemdziesiątki, kiedy pisze siedem powieści w roku, ma romans z 30-letnią Christine Thaler, utrzymuje cztery domy, organizuje siatki szpiegowskie w Berlinie i Petersburgu, a raporty o nim lądują na biurkach cara Aleksandra i kanclerza Bismarcka. Niepojęte i niepojmowalne! Kiedyż wreszcie kino zainteresuje się życiem naszych pisarzy?!

Kraszewski jest dowodem, że istnieje popęd, którego nie odkryli psychoanalitycy – popęd narracji. Nie mam na myśli prostej skłonności do mówienia ponad miarę – jak powiada Zagłoba – „żeby się para w gębie nie zagrzała”. Chodzi o przymus opowiadania, dręczący nałóg, który w skrajnych przypadkach wyraża się histerycznym przekonaniem, że to, co nieopowiedziane lub nieprzeczytane, zmierza do nicości, a opowiedziane byle jak powiększa tyko zgiełk i chaos pospolitej gadaniny. Kraszewski był nieuleczalnym nałogowcem opowiadania, który rzuca się na każdy temat, bo wszystko jest warte opowiedzenia. „Będzie wszystkiego po trosze: i szlachty, i panów, i świeckich, i duchownych, i literatów, i gospodarzy, i prawników, lekarzy – i ty będziesz, szanowny czytelniku, i ja” – obiecywał w „Latarni czarnoksięskiej.

Literaturę pisał głównie nocami, no bo przecież musiał kiedyś czytać. „W ciągu dnia pochłaniam tak wiele, iż tego pożywienia nastarczyć sobie nie mogę. Prawdziwa bulimia umysłowa” – wyznawał w pamiętnikach.

Oczywiście, że pisał za wiele. A jednak imponuje mi jego rozrzutność, pańska hojność trwonienia talentu, szybkość i skuteczność, z jaką wzbudzał i zaspokajał głód czytelników gazet i książek. Stworzył masowego konsumenta polskiej literatury, któremu trzeba szybko i systematycznie dostarczać nowego towaru za cenę krótkiego trwania literackich produktów. „Cóż obchodzi, że ja i te kartki jutro nie będą?” – stwierdzał ostentacyjnie i buńczucznie.

Młody, niecierpliwy demokrata uświadamia sobie szybko straszliwe zapóźnienie kultury polskiej, brak jej egalitarnego oddziaływania. Postanawia więc sam zastąpić szkołę, uniwersytet, prasę, instytucje badawcze, muzea, biblioteki – „w gorączce przeżyta epoka musi mieć gorączkowego historyka-poetę” – napisze w 1867 r. Ruchliwe rozgorączkowanie jego poglądów sprawiało, że żadne stronnictwo nie mogło być pewne jego lojalności.

Wierny idei jednej różnorodnej etnicznie Polski, był zarazem przekonany o hierarchii regionów. I tak, w kolejności, najlepsi obywatele Rzeczpospolitej to: Litwin, Polak z Kresów, Królewiak, Poznaniak i Galicjanin. Co prawda jego samego miejsce urodzenia (Warszawa) plasuje dopiero na trzecim miejscu, ale stało się tak tylko z powodu marszu Napoleona do Rosji. Obawy ciężarnej matki kazały przenieść się jej na ten czas do stolicy, gdzie przyszedł na świat 28 lipca 1812 r. Do końca życia był niezwykle związany z krainą dzieciństwa, którą było Podlasie, w części należącej niegdyś do Wielkiego Księstwa Litewskiego. Rodzice zamieszkiwali wieś Dołhe, na terenie guberni grodzieńskiej, a więc chcąc jechać np. do Warszawy, Kraszewski musiał mieć paszport rosyjski jako carski poddany.

Gadające kobiety

Józio (nikt nie mówił do niego pierwszym imieniem) dorasta w domu, w którym czyta się dużo, ale przede wszystkim opowiada się, wspomina i gawędzi po polsku. Dla przyszłego pisarza najważniejsze są gadające kobiety, a zwłaszcza babka Anna Malska i prababka Konstancja Nowomiejska, która „chociaż rozumiała po francusku, nigdy językiem tym nie mawiała. Pamięć miała doskonałą, dowcip, wesołość nieprzebraną, dobroć niewyczerpaną” – wspominał, pewnie idealizując nieco, po 70 latach.

Babki wychowawczynie Kraszewskiego wpłynęły na wiele portretów kobiet w jego prozie, w przeciwieństwie bowiem do mizoginicznych: Prusa i Sienkiewicza, autor „Szpiega” nakreślił wiele fascynujących, silnych, samodzielnych postaci kobiecych, jak: Zonia z „Szalonej”, Anna Jagiellonka z „Infantki”, Aza z „Chaty za wsią” czy Julia z „Latarni czarnoksięskiej”.

Koszmar zniewolenia szczęśliwie ominął jego dzieciństwo. Dom rodzinny, a zwłaszcza dom babki Malskiej w Romanowie nad Bugiem, pełne bliskich, oryginalnych ludzi. Charakterystyczna dla rozbiorów prywatyzacja kultury uczyniła centrum jej życia dwór, gdzie czytano, przepisywano, wspominano, recytowano, śpiewano i grano. Kultura funkcjonowała w zamkniętym, endemicznym obiegu, który wkrótce wybuchnie i rozprzestrzeni się m.in. dzięki nowoczesnej prasie.

Taki dom i tryb życia w każdych czasach tworzy szkolnego socjopatę. Przygoda ze szkołą i życiem miejskim najpierw w Białej Podlaskiej, a potem w Lublinie skończyła się brakiem promocji i przeniesieniem do gimnazjum bliżej domu, w spokojnej i nudnej Świsłoczy. Tam narodził się prymus, który w 1829 r. otrzymał patent (maturatis) i dwie nagrody za wyniki w nauce. Trwające tylko rok studia na Wydziale Literackim Uniwersytetu Wileńskiego przerwało aresztowanie za udział w organizacji studenckiej. Śledztwo prowadzili kultowi prześladowcy wileńskiej młodzieży: Nowosilcow, Pelikan i Botwinko. Wyrok zapadł 15 lipca 1831: wcielenie jako szeregowca do pułku kaukaskiego.

Dzięki wpływom rodzinnym skończyło się na nadzorze policyjnym, opinii przestępcy politycznego i „wilczym bilecie” do końca życia. Wyleczy się na długo z aktywnej polityki, nie porzucając nigdy powstańczych sentymentów. Połączy za to idealizm z pragmatyzmem i zanim skończy 30 lat, będzie już sławny i znany, kipiący sprzecznymi uczuciami: raz piewca sarmackiej staroświecczyzny, za chwilę okrutny krytyk zidiocenia wiejskiej szlachty, pogrążonej w stanie „zatrzymania umysłowego”, która „wegetuje na zagonie między chlewem i stodołą”.

Okres wołyński (1838–59) uznaje się powszechnie za najlepszy dla twórczości Kraszewskiego. Tam znalazł żonę, bogatą córkę Woroniczów, Zofię. Zawód literata nie pomógłby mu, gdyby nie fakt, że w 1838 r. był gwiazdą znaną w całej Polsce. Miał już na koncie 41 realistycznych powieści o współczesnym życiu szlachty, chłopstwa i Żydów. Wyposaża swoich bohaterów we własne cechy i przeżycia, jak choćby Gustaw Werner z „Poety i świata, który cierpi na kryzys religijny i ogólny pesymizm, czy Juliusz z „Pamiętników nieznajomego”, który żeni się z rozsądku i bierze się do roboty, posyłając do diabła przebóstwioną kochankę.

Udało mu się wskrzesić idyllę dzieciństwa, kiedy po ślubie osiedlił się z żoną w Gródku niedaleko Łucka. Nie nadawał się jednak na zarządcę rolnego, nie pędził też typowego życia osiadłego ziemianina. Uciekając z domu, jeździł po okolicy i dalej aż do Odessy. W tych wycieczkach i podróżach używał łodzi, furmanek, poczty, koni i nóg. Efekt: kapitalne tomy reportaży podróżniczych, zwłaszcza: „Wspomnienia Polesia, Wołynia i Litwy” oraz „Obrazy z życia i podróży”. Idylla skończyła się przeprowadzką do Żytomierza, a potem półroczną podróżą po Europie.

Prócz wielu wrażeń, ważna była audiencja u Piusa IX, podczas której papież go skarcił za niemoralność jego książek. Nie, papież nie czytał jego powieści. Polscy księża zmartwychwstańcy dokonali sugestywnych streszczeń. Kraszewski utwierdził się jeszcze bardziej w niechęci do Kościoła instytucjonalnego bez względu na wyznanie. Aprobując dziejową rolę chrześcijaństwa, nie ukrywał swej wiedzy o jego początkach, pisząc, że „Polska krwią, a potem i przykładem raczej niż słowem z kazalnicy i rozprawianiem nawróconą została”.

Przerwijmy na chwilę tę beznadziejną próbę sprostania w szkicu TAKIEMU życiu i dziełu.

Pisał chyba wszędzie

Co robił najlepiej? Myślę, że był najwybitniejszym polskim dziennikarzem wszech czasów. Znał świetnie europejskie dziennikarstwo, systematycznie czytał najważniejsze pisma francuskie, szybko orientując się, jaką potęgą jest proza drukowana w odcinkach w gazecie. Jego artykuły: „Literatura periodyczna” i „Dziennikarstwo” to przykłady nadzwyczajnej kompetencji i samoświadomości w tym fachu.

Znakomity jest pamflet na zmorę plagiatów: „Jak się robią książki nowe z starych książek. Rzecz o kradzieży literackiej. Za największe zagrożenie dla profesjonalnego dziennikarstwa uważał wpływ reklamodawców. „Otóż przyszło do tego, że reklamy najczystszą część dochodu i największą część dziennika stanowią; ale w nim od pierwszej do ostatniej karty panuje tylko reklama pod rozmaitymi postaciami: polityczną, handlową, przemysłową, bursową i literacką”.

Bywał ideowo nieprzejednany, niesprawiedliwy, doktrynerski, ale umiał się też podlizać, pójść na kompromis, chytrze udać zgodę, aby za chwilę uderzyć pamfletem, satyrą czy merytoryczną polemiką. Wykorzystywał różne tytuły i różne media, aby być „za, a nawet przeciw”. Np. w dwumiesięczniku „Athenaeum” (1842 r.) ogłasza walkę „z niewiarą, materializmem, sceptycyzmem i nowszym panteizmem”, a równocześnie wydaje „Ostatniego z książąt Słuckich” – ostry atak na jezuitów.

Pisał chyba wszędzie, rozmieniając się – jednak wcale nie za drobne pieniądze. Oto jego niektóre stałe zobowiązania prasowe: „Listy z zakątka” dla „Biesiady Literackiej”, „Listy z zagranicy” dla „Bluszczu” i „Kłosów”, dział recenzji w „Dzienniku Poznańskim”, „Listy z Niemiec” dla „Gazety Polskiej”, „Listy drezdeńskie” dla „Hasła”, „Kronika” dla „Strzechy”, „Kronika zagraniczna” dla „Tygodnika Ilustrowanego”. Rzecz jasna, nieregularnie, lecz stale pisał do innych czasopism.

Poznał się na jego talencie milioner Leopold Kronenberg, powierzając mu w 1859 r. redakcję „Gazety Codziennej” (zmienioną na „Gazetę Polską”), upadającego pisma, z którego Kraszewski zrobił nowoczesny dziennik, zwiększając liczbę prenumeratorów z 500 do 7800 w 1861 r. Była to rzecz bez precedensu, bo oto rekordowy nakład osiągnął liberalny dziennik skierowany do miejskiego inteligenta.

Kraszewski używał gazety maksymalistycznie: jako pojemnego i potężnego medium oraz jako instrumentu ekonomicznego, który zapewniał mu wysokie dochody i wygodne życie. Kryzys nastąpił po powstaniu styczniowym.

Osiadłszy w Dreźnie, pozostanie na emigracji przez 24 lata. Wybierając to miasto, wstępował w koleiny romantyczne: Mickiewicza i Słowackiego, ale styl życia wiedzie inny. Choć skończyły mu się dochody z „Gazety Polskiej”, a powieści rozchodziły się słabiej, Kraszewski utrzymuje cztery domy (swój, dwóch synów i żony), kosztowną kochankę Marię Benks, a potem Florę Heinitz wraz z matką, podróżuje po Europie, powiększa kolekcję malarstwa, grafiki i starodruków. 10 lat zabrało mu odzyskanie względnej płynności finansowej i znów znalazł się na szczycie, skutecznie rywalizując z młodymi wilkami polskiej prozy. Wpadł na najgenialniejszy, do czasów „Śpiewów historycznychNiemcewicza, pomysł: przedstawić historię Polski w formie powieściowej. I napisał 29 powieści o dziejach Polski: od „Starej baśni” po „Saskie ostatki”, co dało mu razem, z tymi z spoza cyklu, 99 powieści historycznych czytanych przez resztę XIX i niemal cały wiek XX.

Człowiek zygzak

Wiedział, że będziemy mieli kłopoty z napisaniem mu spójnej biografii. Na starość sarkastycznie prorokował, że z resztek po życiu, z kości, zwłok i popiołów następcy ulepią, co im się spodoba. Jeszcze za życia nie pomagał w tym lepieniu, mnożąc swoje sprzeczne wcielenia: religijny antyklerykał, radykalny demokrata wiodący pański styl życia, emocjonalny rebeliant o przekonaniach antyrewolucyjnych, idealista i literacki biznesmen, ideolog pracy i szlachcic-ziemianin trzymający konie, służbę i guwernerów, szpieg przeciwny spiskom politycznym. Mówiono o nim, że ma falujące poglądy, nazywano: „człowiek-zygzak”.

W jego publicystce, prozie literackiej i listach napotykamy często tak skrajnie różne sądy, że nie sposób ich uzgodnić w światopoglądzie jednego człowieka. W cyklu publicystycznym „Asmodeusz” bohater w towarzystwie diabła podróżuje po Paryżu, zaglądając ludziom do domów. To, co widzą, jest dla obu podstawą całkowicie różnych ocen. Don Kleofas głosi pochwałę techniki, nauki i postępu, a diabeł atakuje zachodnią kulturę i cywilizację. Obaj są awatarami Kraszewskiego.

W życiu miotał się, jakby grał jednoosobową partię tenisa. Szczególnie ostro ilustruje to jego stosunek do powstania, które rozłamało mu życie na pół, podobnie jak życie całej formacji pokoleniowej, a nawet więcej: podzieliło Polskę na nowoczesną i przednowoczesną. Ten trzeźwy entuzjasta nie miał złudzeń już w 1861 r., że ktokolwiek ruszy powstałej Polsce z pomocą militarną, zatem „nie mamy najmniejszej możliwości powstania”.

Mitograf chłopskiej duszy nie widział w chłopie polskiego obywatela: „lud nie jest jeszcze narodem” – twierdził. Nie mógł pojąć, dlaczego nikt nie dostrzegał prowokacji rosyjskiej w pozornej neutralności Moskwy wobec przygotowań do powstania. Zarazem pisał słowa wówczas horrendalne: „Polska nie jest nieprzyjacielem Rosji”. Ściśle rozdzielał despotyzm rosyjski od zbiorowej odpowiedzialności Rosjan za zbrodnie caratu.

Wydaje się to dość spójne. Dopóki nie zaczniemy czytać „Dziecięcia Starego Miasta” czyPary czerwonej”, bo to są powieści naładowane entuzjazmem dla idei powstańczej. Sam angażuje się w pomoc dla uchodźców i ofiar w kraju. „Można nienawiedzieć rewolucyę, mieć do niej żal największy, ale gdy komu w rewolucyi urwą nogę, strzaskają rękę, trzeba być chrześcijaninem i bratem, albo się Chrystusa wyprzeć”.

Szukając trzeciej drogi, poza miotaniem się między lojalizmem a samobójczym spiskowaniem, Kraszewski wymyśla (przed Havlem) „siłę bezsilnych”. „Słabość nasza jest naszą siłą. Naród stanął bezbronny, obnażył piersi, zmusił barbarzyńców do strzelania w nie, do pastwienia się nad sobą”. Mimo patetyczno-mesjanistycznego tonu strategia Kraszewskiego nie ma nic wspólnego z romantyczną martyrologią. Chodzi o demistyfikację polityki, zawstydzające urzeczywistnienie się jej zaborczości i okrucieństwa, zwłaszcza w oczach samych Rosjan. Jako emigrant nie zadowalał się pasywną agresją ofiary.

Szpieg, który Francję kochał

19 maja 1884 r. Kraszewski został skazany wyrokiem sądu w Berlinie na trzy i pół roku twierdzy za: 1) przekazanie rządowi francuskiemu tajnej instrukcji marszowej wojsk niemieckich ku granicy zachodniej; 2) usiłowanie zbrodni stanu, przez namawianie Arnima Adlera do wydania mu tajemnic wojskowych.

Wpadł podczas rewizji mieszkania, w którym znaleziono 30 listów stanowiących dla prokuratury dowód, że Kraszewski zajmował się zbieraniem informacji o „organizacji militarnej pruskiej”. Naprawdę był winien o wiele bardziej, bo zorganizowania dwóch siatek szpiegowskich: pruskiej, do czego użył austriackiego literata Arnima Adlera i emerytowanego oficera pruskiego Frantza Hentscha, oraz rosyjskiej, o której prokuratura w ogóle nie wspomniała w oskarżeniu. Zadenuncjował go Adler, kiedy Kraszewski chciał zrezygnować z jego usług. Zaczął więc szantażować pisarza, który początkowo mu płacił, a kiedy przestał, ten wydał go Niemcom.

O winie zadecydowały jednak dwa inne argumenty przedstawione przez prokuratora. Pierwszym był osobisty list Bismarcka do sędziów, w którym kanclerz oskarżył Kraszewskiego, że był agentem Towarzystwa Żołnierzy Polskich w Paryżu, które wspiera wszystkie działania rewolucyjne w Europie. Tym jednak, co – moim zdaniem – przeważyło ostatecznie wyrok na niekorzyść pisarza, były opisy kobiet francuskich i niemieckich przytaczane z jego powieści w trakcie procesu. Francuzki są tam urocze i zgrabne, Niemki mają duże ręce i nogi, są brzydkie.

Wyrok nie był bardzo surowy. Pobyt w twierdzy to jednak nie więzienie. W Magdeburgu czekał na niego dwunastopokojowy dom z pruskiego muru, otoczony palisadą, strzeżony. W pokoju piec, żelazne łóżko, umywalnia, komoda, szafka, dwa krzesła, lusterko. Dom otwierano o 6, zamykano o 19, izby były niezamykane. Przechadzka dozwolona między 9 a 11 i 15 a 18. O 13 obiad. Nie najgorzej, ale nadzwyczajna witalność Giganta zaczyna słabnąć, nerwy wyczerpane procesem odmówiłyby posłuszeństwa, gdyby nie opium, dzięki któremu „cudownego, zwłaszcza w początkach, doświadczał uspokojenia, po użyciu niewielu nawet kropel”. Ogarniał go wtedy „najcudowniejszy, błogi pokój i rezygnacja”.

Przyjaciele i sympatycy pisarza utrzymywali przez pewien czas, że Kraszewski nie był świadom prawdziwego celu wywiadowczych korespondencji. Nie obrażajmy jego inteligencji. Nie tylko wiedział, ale sam tworzył siatkę politycznych informatorów. Pisze np. Zaleskiemu 17 lutego 1873 r.: „Z Berlina będzie, a i z Petersburga musi być, ale muszę być ostrożnym”. Nie czynił też tego wyłącznie z sympatii dla Francji, choć anonimowy agent francuskiej bezpieki twierdził w raporcie z 18 maja 1884, co następuje: „To jasne, że Kraszewski jest na usługach francuskiego Ministerstwa Wojny od 7 lub 8 lat. Nie jest opłacany i czyni to z miłości do Francji. Zarabia dużo pieniędzy jako pisarz”.

W listopadzie 1885 r. Kraszewski wychodzi za kaucją na kilkumiesięczny urlop, z którego wrócić nie ma zamiaru. Umiera 19 marca 1887 r. w Genewie.

Mój Kraszewski

Kraszewskiego człowieka, jaki wyłania się z jego pism, łatwo polubić na każdym etapie życia. Bardzo lubię go jako „starego dziada”, a najcenniejsze z tego czasu zdają mi się „Noce bezsenne – przejmujący pamiętnik mądrego człowieka, który przeżył równie wiele, jak wiele przeczytał książek.

Co do powieści wczesnych, ze wstydem wyznaję, że śmiałem się z jego fantazji o zrównoważonym kapitalizmie z ludzką twarzą pracowitego szlachcica reformatora, który negocjuje z ludem nowe zasady społeczne i gospodarcze. Moje dawne kpiny z Kraszewskiego utopisty ustępują dziś podziwowi dla jego przenikliwych antycypacji polskiej odmiany konfliktów ekonomicznych, a zwłaszcza cenię jego przekonanie, że najbardziej niebezpieczni są ci, którzy troszczą się wyłącznie „o swoją piwa szklankę i kartofel”.

Szanuję jego użycie wiedzy historycznej jako antidotum na etniczny nacjonalizm. W perspektywie długiego trwania okazuje się, że niejeden z nas to „cudzoziemiec, który stał się Polakiem, będąc ze krwi Niemcem, Żydem, Tatarem, Moskalem”.

W czasie jubileuszu śnił mu się własny pogrzeb, na którym nie chciał wchodzić do trumny, twierdząc, że jeszcze nie jest gotowy. Potem w listach do przyjaciół często porównywał jubileusz do pogrzebu. Nie celebrujmy więc nadmiernie roku Kraszewskiego, po prostu coś przeczytajmy.

Autor jest profesorem, pracuje w Zakładzie Historii Literatury Poromantycznej Uniwersytetu Śląskiego. Jest laureatem Nagrody Literackiej Gdynia w dziedzinie eseistyki. Korzystał z książek: Tadeusz Budrewicz, „Kraszewski – przy biurku i wśród ludzi”, Wincenty Danek, „Józef Ignacy Kraszewski”, Stanisław Kirkor, „»Korespondencje« petersburskie J.I. Kraszewskiego”, Magdalena Rudkowska, „Kraszewski wobec Rosji”.

Polityka 30.2012 (2868) z dnia 25.07.2012; Kultura; s. 68
Oryginalny tytuł tekstu: "Maszyna do pisania"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Jak PGNiG dosala Zatokę Pucką

Dlaczego mieszkańcom nadmorskiego Kosakowa przeszkadza, że morze jest słone?

Ryszarda Socha
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną