Krystian Lupa o niszczeniu teatru przez władze

Nie chcę do środka
Rozmowa z reżyserem Krystianem Lupą o spektaklu „Miasto snu”, odejściu ze Starego Teatru i niszczeniu nowego teatru przez władze.
Krystian Lupa (ur. w 1943 r.), jeden z najwybitniejszych polskich reżyserów teatralnych, scenograf i wieloletni wykładowca krakowskiej PWST.
Bartlomiej Kudowicz/Forum

Krystian Lupa (ur. w 1943 r.), jeden z najwybitniejszych polskich reżyserów teatralnych, scenograf i wieloletni wykładowca krakowskiej PWST.

Krystian Lupa: Nie chcę pracować w teatrze środka, ponieważ wydaje mi się to stratą czasu, którego teraz jest coraz mniej.
Łukasz Giza/Agencja Gazeta

Krystian Lupa: Nie chcę pracować w teatrze środka, ponieważ wydaje mi się to stratą czasu, którego teraz jest coraz mniej.

Aneta Kyzioł: – Po 30 latach odszedł pan z etatu w Starym Teatrze w Krakowie. To kolejny wyraz sprzeciwu wobec sposobu powołania przez ministra nowego dyrektora?
Krystian Lupa: – Odejście na emeryturę byłoby dużo łagodniejszym krokiem niż odejście z etatu, mniej spektakularnym. Mikołaj Grabowski, który właśnie został emerytem, proponował mi to samo. Ale ja nie wiem, co się robi na emeryturze, umiera się chyba. Jestem puer aeternus i psychicznie nie ogarniam takiej możliwości. Nie wiem też, z czego ta emerytura by się naliczała? Z etatu, który wynosi 1800 zł? Jerzy Jarocki powiedział mi coś, co mnie zdumiało, bo to przecież reżyser wzięty, który tak wiele zrobił: że wciąż pracuje, bo inaczej nie miałby z czego żyć. To jedna ze specyfik zawodu reżysera.

Można reżyserować nie będąc na etacie.
Ale etat to przynależność do pewnej wspólnoty dyskursu. W zeszłym roku okazało się, że dużo lepiej finansowo wyszedłbym na wyjazdach ze Starym Teatrem, gdybym nie był tam na etacie. Ale nie zdecydowałem się na ten krok, bo nie chciałem wypaść z rozmowy, z członkostwa w radzie artystycznej, organu, który wiele wie o tym teatrze, o mechanizmach jego funkcjonowania, o zagrożeniach, które tu są, ma doświadczenie, służy radą.

Teraz jednak pan wypada.
Odchodzę z etatu dlatego, że obecność rady artystycznej okazała się iluzoryczna, zbędna – w momencie przełomowym dla teatru nie została przez ministra kultury, który powoływał nowego dyrektora, zauważona i wysłuchana. Wysłaliśmy do niego list, na który nie dostaliśmy odpowiedzi. To było przykre. Nasze doświadczenie zostało wyrzucone do kosza, co zresztą jest w Polsce nagminne: nie ma ciągłości, kolejne ekipy wyrzucają dorobek poprzedników w całości, bez przeprowadzenia selekcji. To nie znaczy, że trzeba na siłę kontynuować, tylko zobaczyć, czy przypadkiem nie wyrzucam czegoś, czego za chwilę będę szukał. Egotyzm jest do tego stopnia rozpanoszony w naszych strategiach i praktyce, że prowadzi do strasznego marnotrawstwa.

Ale nowy dyrektor Jan Klata zamierza się przyjrzeć dziedzictwu Starego Teatru. Kolejne sezony mają być skonstruowane wokół dzieł i osobowości wielkich reżyserów związanych ze Starym lub Krakowem: od Kantora i Swinarskiego po Jarockiego, Wajdę i Lupę.
Bez pytania o zdanie. Poza tym to trochę dziwaczne, pomysł jest bardzo podejrzany: przez rok zajmować się jednym reżyserem. Mamy teksty, którymi się zajmujemy, sprawy, z którymi się zmagamy. Ale po co się zajmować na scenie życiem, np. Swinarskiego? To zajęcie dla teoretyków i krytyków teatru, w samym teatrze może zwieść na manowce. Co to znaczy wobec Swinarskiego, że Klata zrobi „Dziady”, które ten Swinarski kiedyś też zrobił?... Ale oczywiście zakrzątną się wokół tego krytycy i nadadzą temu sens albo nie. Mam problem z byciem seniorem czy klasykiem.

Ale jednak pan nim jest. Nie czuje się pan odpowiedzialny za swoich uczniów, za teatr, w jakim będą pracować?
W jaki sposób praktykować dziś tę odpowiedzialność? Do tej pory wyrażała się i pracowała w środowiskowym dyskursie, on jednak ulega obecnie raptownej inflacji. Ostatnio rozmawiałem z wieloma moimi byłymi uczniami o aktualnej sytuacji – o niebezpieczeństwie załamania się impetu przemiany polskiego teatru, o konieczności generacyjnej samoświadomości i wspólnych działań. Od dawna również dyskutuję z młodymi reżyserami i aktorami o rozmiarach i specyfice szansy stojącej przed poszukiwaniem nowej teatralnej narracji, a również o manowcach i mieliznach na marginesach naszego rozwoju. Mogę się cieszyć, że przynajmniej ten dyskurs nie ustaje...

Najnowsza pana premiera, „Miasto snu”, według prozy Alfreda Kubina, miała pierwotnie powstawać równolegle w Krakowie, w Starym Teatrze, i w Warszawie, w koprodukcji Teatru Dramatycznego i TR Warszawa. Skąd taki pomysł?
Od dawna jestem zafascynowany społecznościami – grupami, które tworzą wspólny organizm, swoje minihierarchie, miniobyczaje oraz minireligie, i mechanizmami wewnątrz nich funkcjonującymi. Mechanizmy działają w dwie strony: jakaś jednostka nasyca swoją osobowością grupę, ale też podlega impulsom z wewnątrz grupy. W „Mieście snu” mamy grupę, która prowadzi narrację spektaklu, dyskutując o swoim świecie i o jego stwórcy – Paterze, który – jak napisał Kubin – jest ukryty. Pomyślałem, że mogą to być dwie różne grupy. Jedna jest eksperymentująco-awangardowo-duchowa, a druga – taka bardziej marudząco-intrygująca, tworząca mit czegoś umierającego, bezsensownie ranionego i wyrzuconego.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną