Richard Lourie o związkach z Polską

Cieszę się na bigos
Rozmowa z amerykańskim pisarzem i tłumaczem Richardem Lourie o pokoleniu beatników, spotkaniu z Hemingwayem, przyjaźni z Miłoszem, wizycie w Stoczni Gdańskiej i tłumaczeniu polskiej literatury.
Richard Lourie, ur. w 1949 r., amerykański pisarz, publicysta, tłumacz, scenarzysta.
Archiwum prywatne

Richard Lourie, ur. w 1949 r., amerykański pisarz, publicysta, tłumacz, scenarzysta.

„Dyskutowaliśmy często z Miłoszem o tym, czy sztuka i literatura mogą kształtować nasze zachowania. Moje doświadczenia jednoznacznie wskazują, że tak”.
Katharina Bosse/LAIF/CZARNY KOT

„Dyskutowaliśmy często z Miłoszem o tym, czy sztuka i literatura mogą kształtować nasze zachowania. Moje doświadczenia jednoznacznie wskazują, że tak”.

Richard Lourie: Początki mojej kariery były nierozerwalnie związane z Polską, przez co zawsze dobrze mi się kojarzyła.
Archiwum prywatne

Richard Lourie: Początki mojej kariery były nierozerwalnie związane z Polską, przez co zawsze dobrze mi się kojarzyła.

Jerzy Illg: – Twoja młodość przypadła na przełom lat 50. i 60. – czas rewolty, rodzenia się nowych form buntu i kontrkultury.
Richard Lourie: – Dyskutowaliśmy często z Miłoszem o tym, czy sztuka i literatura mogą kształtować nasze zachowania. Moje doświadczenia jednoznacznie wskazują, że tak. Za świetny przykład może posłużyć książka „W drodze” Kerouaca, która stanowiła wzorzec zachowań powielanych przez młodych ludzi. Wystarczyło odłożyć trochę pieniędzy, zatankować do pełna i można było ruszać na podbój nikomu nieznanych miasteczek rozsianych po Ameryce. Tak spędziłem lato 1960 r. Chcieliśmy dojechać z przyjacielem do Kalifornii, ale skończyły nam się pieniądze. Wylądowaliśmy w przepięknym Ketchum w stanie Idaho, gdzie niebo co noc rozświetlały setki gwiazd. W mieście była tylko jedna restauracja. Szef kuchni przeniósł się z Paryża do Los Angeles, ale jako miłośnik polowania i wędkowania nie zagrzał tam długo miejsca. Gotował naprawdę wyśmienicie. W samym środku pustkowia odkryliśmy więc restaurację specjalizującą się w kuchni francuskiej. Zgłosiliśmy się w niej do pracy, żeby podreperować budżet.

Okazało się, że jednym ze stałych bywalców tego przybytku był Ernest Hemingway. Któregoś dnia koledzy namówili mnie, żebym z nim porozmawiał. Najpierw dobrze mu się przyjrzałem. Kiedy siedział, z tyłu przypominał trochę staruszkę. Siwe włosy były pieczołowicie zaczesane w różne strony. Dopiero później uświadomiłem sobie, że próbował w ten sposób zamaskować pierwsze oznaki łysiny. Kiedy zaczął szykować się do wyjścia, uznałem, że nadeszła moja chwila. Problem polegał na tym, że nie wiedziałem, co właściwie chcę powiedzieć. Po głowie krążyła mi tylko myśl, że księgarnia City Lights Bookstore wydała ostatnio tomik jego wczesnych wierszy. Były w nim takie perełki, jak: „Wiem, że kociaki gryzą, a mnisi masturbują się w nocy, lecz by zmienić ten stan rzeczy, jakich mam użyć mocy?”. Potworności.

Dalsza rozmowa wyglądała tak: „Panie Hemingway, czy wie pan, że City Lights opublikowało pana wczesne wiersze?”. Odpowiedział w swoim stylu, niskim głosem typowego Hemingwayowskiego twardziela: „Taa. Paskudny numer”. Wymarzona kwestia dla Humphreya Bogarta. Potem zamieniliśmy jeszcze parę słów. Nie mogłem w to wszystko uwierzyć: miałem 20 lat i usłyszałem, jak Hemingway recytuje swój tekst. Pół roku później odstrzelił sobie głowę. Historyjka z Ketchum ilustruje spotkanie dwóch różnych tradycji literackich. Młody beatnik, identyfikujący się z Beat Generation i naśladujący Kerouaca, wpada na Hemingwaya, mistrza modernizmu. Miasteczko w Idaho było świadkiem zetknięcia pokoleń.

Przejdźmy do twojej debiutanckiej powieści „Sagittarius in Warsaw”, która już ze względu na tytuł zwraca uwagę polskich czytelników.
Pomysł na napisanie tej książki zrodził się w bardzo ciekawych okolicznościach. Latem 1969 r. wybraliśmy się razem z żoną i pięcioletnim synkiem na wycieczkę po Europie Wschodniej. Czechosłowacja obchodziła właśnie pierwszą rocznicę praskiej wiosny, więc atmosfera była dość napięta. Kupiliśmy aparat fotograficzny w Niemczech, po czym ruszyliśmy do Polski. Mieliśmy zatrzymać się u znajomych. Kiedy wysiedliśmy na stacji docelowej, żona zwróciła uwagę, że nie mamy aparatu. Wskoczyłem z powrotem do wagonu z nadzieją, że zostawiliśmy go w przedziale. Nagle pociąg ruszył. Na stacji została moja żona i syn – nie mówili po polsku i nikogo nie znali. Dopadłem do drzwi i zobaczyłem coraz szybciej przesuwający się grunt. Z przodu między torami dostrzegłem betonowy słup. To była moja ostatnia szansa na skok. Po minięciu słupa pociąg byłby już zbyt rozpędzony. Skoczyłem. Zrobiłem fikołka, wszystko zawirowało i nagle znalazłem się na ziemi.

Z aparatem?
Aparatu nigdy nie znaleźliśmy. Po pewnym czasie odwiedziłem w Szwajcarii mojego przyjaciela, który zgłębiał wtedy psychologię Junga. Opowiedziałem mu tę przygodę, a on zasugerował, żebym wyobraził sobie, co by było, gdybym nie wyskoczył wtedy z pociągu. Opisana w powieści Polska jest więc światem zmyślonym, rodem trochę z „Alicji w Krainie Czarów”, trochę z „Króla Ubu”, a trochę z „Nosa” Gogola. Zrobiła wtedy na mnie ogromne wrażenie. Nawet porównując ją do Kalifornii, miałem poczucie, że trafiłem do szalonego kraju. Akcja mojej powieści zaczynała się w świecie rzeczywistym, po czym przenosiła się do świata fantazji. W pewnym sensie była to typowa książka z lat 60.

W późniejszych latach umocniły się moje związki z Polską. Mieszkając w Bostonie, starałem się utrzymać z nauki pisania. Tylko raz w życiu podjąłem się takiej pracy. Wypłata ledwo starczała na pokrycie rachunków, a żona bez przerwy powtarzała, że to za mało, więc starałem się coś wymyślić. Pewnego dnia zadzwoniono do mnie z University of Toronto. Okazało się, że kadra polskiego wydziału wybrała się na wycieczkę do Skandynawii. W trakcie przejażdżki kolejką linową doszło do awarii: lina uległa zerwaniu, a wagonik runął w dół. Nikt nie przeżył. Na całej uczelni nie było ani jednej osoby, która mogłaby wykładać literaturę polską. Wykładałem ją przez rok jako flying profesor, dolatując tam na zajęcia na trzy dni w tygodniu. To była dla mnie wspaniała okazja do sprawdzenia w praktyce, jakie partie materiału udało mi się opanować. Cenne doświadczenie, choć ze względu na okoliczności niepozbawione tragicznego posmaku.

Początki mojej kariery były więc nierozerwalnie związane z Polską, przez co zawsze dobrze mi się kojarzyła. Najpierw debiutancka powieść, potem moja pierwsza posada na uniwersytecie. Po jakimś czasie stwierdziłem jednak, że uczelnia to nie miejsce dla mnie. To mimo wszystko szkoła, choć siedziałem teraz po drugiej stronie biurka. W 1973 r. złożyłem wymówienie i postanowiłem, że spróbuję utrzymywać się z pisania. Od tego czasu nigdy nie miałem „normalnej” pracy, ale byłem bardzo czynny. Jako wolny strzelec dużo tłumaczyłem, pisałem scenariusze, prowadziłem rubrykę poświęconą turystyce i kulinariom (nie umiem odróżnić brokułów od szparagów, ale wiem, które lepiej smakują). Przez wszystkie te lata ani razu nie zatęskniłem za szefem, harmonogramem pracy, wstawaniem z samego rana i wiązaniem krawata. Co nie oznacza, że zawsze miałem z górki.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną