Kultura

Wypożyczalnia rewolucji

Jak się żyło w epoce magnetowidów?

W odróżnieniu od kaset magnetofonowych i płyt winylowych, kasety VHS nie doczekały się dziś triumfalnego powrotu w roli kolekcjonerskiego rarytasu. W odróżnieniu od kaset magnetofonowych i płyt winylowych, kasety VHS nie doczekały się dziś triumfalnego powrotu w roli kolekcjonerskiego rarytasu. Andrew Barker / PantherMedia
O magnetowidy Polacy walczyli, nawet umieścili je na sztandarze partii politycznej. Ich historia to nie tylko folklor okresu transformacji, ale też początek nowego ładu medialnego.
Magnetowidy, podobnie jak dziś Internet, wywołały wstrząs w przemyśle filmowym.Jerzy Michalski/Forum Magnetowidy, podobnie jak dziś Internet, wywołały wstrząs w przemyśle filmowym.
Właściciele wypożyczalni, po wykupieniu koncesji w Komitecie Kinematografii i uiszczeniu opłaty dla ZAiKS, zaopatrywali się w filmy u pierwszych legalnych dystrybutorów.Krzysztof Jarczewski/Forum Właściciele wypożyczalni, po wykupieniu koncesji w Komitecie Kinematografii i uiszczeniu opłaty dla ZAiKS, zaopatrywali się w filmy u pierwszych legalnych dystrybutorów.

Magnetowidy od początku lat 80. były dla mieszkańców PRL częścią zbiorowej fantazji o Zachodzie. Możliwość oglądania filmów zza żelaznej kurtyny miała pomóc choć na chwilę uciec od rodzimej szarzyzny, a sam sprzęt był częścią aspiracji rodzącej się klasy średniej. W 1986 r. Kapitan Nemo w piosence „Wideonarkomania” śpiewał: „Oto nowy szał, nowy hasz dla mas dziś wiedzie prym”, a gdy rok później do kiosków Ruchu trafił magazyn poradniczo-hobbystyczny „Pan”, podsuwający nowe wzorce konsumpcji (pisano o grillowaniu, drinkach, ale i elektronicznych gadżetach), nie mogło w nim zabraknąć rubryki poświęconej magnetowidom.

„Coraz częściej spotykam ludzi, którzy cierpią straszliwie, ponieważ nie mają jeszcze aparatury wideo” – relacjonował na łamach Michał Radgowski. Frustracja była udziałem znacznej części społeczeństwa – koszt nabycia magnetowidu przekraczał średnie roczne zarobki. Szczęśliwi posiadacze mogli jednak już korzystać z wypożyczalni, które zaczęły wyrastać w polskich miastach jak grzyby po deszczu.

Właściciele wypożyczalni, po wykupieniu koncesji w Komitecie Kinematografii i uiszczeniu opłaty dla ZAiKS, zaopatrywali się w filmy u pierwszych legalnych dystrybutorów. Rynek nie był jednak łatwy, bo nawyki konsumentów w dużej mierze ukształtowały działające w większych miastach giełdy – w porównaniu z oferowanymi tam kasetami te legalne były bardzo drogie. Drżący o nie właściciele wypożyczalni często wyjmowali z pudełka oryginalną kasetę, zastępując ją „kopią zapasową”.

Nie podobało się to dystrybutorom postrzegającym tę praktykę jako okazję do nadużyć. Dlatego budująca dopiero swoją przyszłą potęgę właśnie na sprzedaży kaset firma ITI, wraz z kilkunastoma innymi dystrybutorami, powołała stowarzyszenie RAPID Asekuracja, prowadzące „antypirackie” kontrole w wypożyczalniach kaset. Ich działalność budziła ogromne emocje – gdy w sierpniu 1991 r. w warszawskiej siedzibie agencji wybuchł pożar, sugerowano podpalenie. Wątpliwości budziły uprawnienia kontrolerów i wpływ, jaki ich decyzje mogły wywierać na rozwijający się rynek. Adam Halber w rubryce „Wideomaniak” w magazynie „Pan” w 1989 r. groził: „Jeśli (…) okaże się, że dbają wyłącznie o interesy własne, pójdę na róg do wideomeliny i zapełnię kasę tego, kto dba także o mnie”. Poszukiwanie równowagi pomiędzy oficjalnym i nieoficjalnym obiegiem kaset nie było łatwe.

Właściciele wypożyczalni upierali się, że kupują licencję na wypożyczanie filmu, nie konkretnego nośnika. Interpretacja RAPID była inna – na półce miał stać oryginalny nośnik. To właśnie w odpowiedzi na działalność stowarzyszenia powstała Partia V, czyli Polska Partia Posiadaczy Magnetowidów, zarejestrowana 31 maja 1991 r. – W tym stanie rzeczy 150 wypożyczalni spółdzielni Vega, które wypożyczały legalnie nabyte filmy, musiało zostać zamknięte – wspomina dziś jej założyciel Antoni Gabański. – Przekształciłem więc wypożyczalnie w kluby Partii V. Klienci akceptujący statut jej członków, zgodnie z art. 4 ustawy o kinematografii, byli m.in. uprawnieni do dokonywania pomiędzy sobą wymiany filmów w ramach użytku osobistego.

Wypożyczalnie stały się wygodną strukturą dla wymiany filmów, ale jak miało się okazać, także zapleczem umożliwiającym uruchomienie prawdziwego projektu politycznego. Wobec stabilizującego się rynku wideo i mniejszego zapotrzebowania na prawne wybiegi, Partia V miała powalczyć o głosy w wyborach 1993 r., włączając się do Ruchu dla Rzeczypospolitej Jana Olszewskiego. Gabański wszedł jednak w konflikt z politykami i wycofał się z koalicji. Pamiątką z tamtych czasów została reaktywowana na jedno wydanie „Trybuna Ludu”, którą sprzedawano jako cegiełkę wyborczą Partii V za 10 tys. zł (przed denominacją). Można było w niej przeczytać m.in. oświadczenie władz partii opatrzone nagłówkiem „Dobra kultury to nie towar”.

Profesor Janion jedzie na Pragę

Magnetowidy, podobnie jak dziś Internet, wywołały wstrząs w przemyśle filmowym. W Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej grzmiano o piractwie, ale też o zagrożeniu ze strony azjatyckiej „kultury kopiowania”. Charlton Heston, od lat 80. zagorzały republikanin, wysyłał do amerykańskich wyborców jawnie rasistowskie listy, atakujące japońskich producentów, a prezes Motion Picture Association of America Jack Valenti przekonywał Izbę Reprezentantów, że magnetowidy powinny być zdelegalizowane. Dlaczego? Bo „są dla amerykańskich producentów i widzów tym, czym dusiciel z Bostonu jest dla mieszkającej samotnie kobiety”.

Aby uniknąć strat, pierwsze kasety VHS do użytku domowego wyceniano więc w Stanach Zjednoczonych nawet na 100 dol. (siła nabywcza dolara na początku lat 80. była ok. czterokrotnie wyższa niż dzisiaj). Dekadę później było już jasne, że strach okazał się nieuzasadniony – sprzedaż i wypożyczanie kaset wideo przyniosły Hollywood więcej pieniędzy niż dystrybucja kinowa i telewizyjna łącznie.

 

Sam sukces magnetowidów wiązany jest często ze zmianą stylu życia, ale przecież stały się one także narzędziem wojen kulturowych, jakie ze starymi elitami toczyła nowa klasa średnia. Dzięki nowoczesnej elektronice dobrze opłacani korporacyjni menedżerowie mogli w domowym zaciszu zachwycać się rozrywką, która zgodnie ze starymi standardami nie licowała z ich statusem ekonomicznym.

W Polsce, gdzie korporacyjni biurokraci mieli dopiero się pojawić, chodziło nie tylko o wyrwanie się spod kontroli aparatu politycznego, ale i spod władzy krytyka filmowego, stojącego na straży poziomu produkcji trafiających do dystrybucji kinowej i telewizyjnej. Przedsiębiorczy rodacy z okazji skwapliwie skorzystali.

Za symboliczną dla tej zmiany można uznać historię, o której „Gazecie Wyborczej” opowiadał Marek Bieńczyk. To wyprawa Marii Janion, która w 1982 r. (stan wojenny) chciała obejrzeć najsłynniejszego „półkownika” PRL, film „Przesłuchanie”. Magnetowidu oczywiście nie posiadała, więc pojechała do domu Bieńczyka na Pradze, by skorzystać z gościnności jego sąsiada. W kamienicy mieściła się słynna melina, warunki nawet dla sympatyzującej z proletariatem badaczki były szokujące. Mieli jednak magnetowid, który z perspektywy czasu okazał się bronią obosieczną. Umożliwił Janion dostęp do „zakazanego” filmu Bugajskiego – ale zarazem rozsadzał porządek symboliczny, w którym elity musiały znać kanon literacki i w którym sama Janion miała rodzaj władzy, a przynajmniej: wysokie kompetencje.

Za sprawą magnetowidów jednak nowe grupy uprzywilejowane – mniej zasobne w kapitał kulturowy, za to zamożne – mogły wyrwać się z inteligenckiego gorsetu i pielęgnować własny, indywidualny gust. Lekturę Prousta zastąpiła znajomość filmów z Sylvestrem Stallone czy Arnoldem Schwarzeneggerem, a zachodnie pochodzenie samej technologii, jak i wprawianych za jej sprawą w ruch treści, sprawiało, że atak na stare hierarchie okazał się wyjątkowo skuteczny. Doskonale widać to w prasie tego okresu – redaktorzy działów kultury są zaszokowani tym, że zamiast o Bergmanie wszędzie rozmawia się o „Commando”.

Władze próbowały stworzyć konkurencję dla wideobiznesu, otwierając sieć wypożyczalni z legalnymi filmami. Traktowano to jako bitwę o dusze Polaków, w której wrogiem było Hollywood. Jerzy Majka – redaktor naczelny „Trybuny Ludu” – podczas dyskusji plenarnej na X Zjeździe PZPR grzmiał: „Musimy jednocześnie wydać walkę przeciwnikowi w sferze techniki informowania. W produkcji wideofonów (tj. magnetowidów) i wideokaset. W organizowaniu klubów wideo. W pełniejszym wykorzystaniu programów telewizji”.

Bardziej racjonalnie sytuację oceniał prezes Radiokomitetu Janusz Roszkowski, który stwierdził, że Polacy są zafascynowani „cywilizacją Disneylandu, wideodysku i muzyki rockowej”. Konkurencja dla tej cywilizacji była dość mizerna, ponieważ dostępne filmy i programy z krajów socjalistycznych w porównaniu z zachodnimi „sprawiają wrażenie prymitywnych, bezbarwnych i beznadziejnie przestarzałych”.

Powstało kilkanaście państwowych wypożyczalni, gdzie królowały polskie filmy, m.in. „Trędowata”, „Znachor”, „Seksmisja” i „Vabank”. W kinach cieszyły się one ogromną popularnością, ale Polacy już je znali i na wideo chcieli nowości z zagranicy. Niestety, Przedsiębiorstwo Dystrybucji Filmów w 1985 r. dysponowało raptem 10 zagranicznymi tytułami na kasetach. Luki w katalogach były ogromne, a szczególnie w jednym obszarze – erotyki.

Wszystkie klasy chcą seksu

Trudno w to uwierzyć, ale to partyjni dygnitarze już pod koniec lat 70. byli pionierami rozrywki wideo w Polsce. Kulturę wideo zaszczepił w tych kręgach słynny dyrektor Telewizji Polskiej – Maciej Szczepański. Opowiadał o tym Stefan Szlachtycz, reżyser telewizyjny: „Z myślą o ważnych osobach i ich żonach Szczepański, chcąc wkupić się w ich łaski, zaopatrzył KC, plus rodziny ministrów i szefów komitetów wojewódzkich, w magnetowidy. Na kasetach dla sekretarzy były wszystkie nowości filmowe ze świata. Telewizja ściągała je na tydzień, żeby decydować o ewentualnym zakupie, i wtedy były nielegalnie kopiowane. Robiono pakiety dla sekretarzy – rozwożone samochodami raz na tydzień. Był w nich jeden film zakazany przez cenzurę, np. »Łowca jeleni«, jedna nowość amerykańska, za droga, by ją kupić, film romantyczny dla pani domu, soft pornos dla pana domu i film dla dzieci. Wybuchła afera, bo się pomylili: dziecko jednego z VIP-ów włożyło do magnetowidu swoją kasetę, a to był pornos. Szczepański natychmiast zwolnił przez telefon pięć osób”.

 

Klasa pracująca także była spragniona seksu. „Tygodnik Polski” w 1986 r. pisał, że 60 proc. kaset zatrzymywanych przez celników konfiskowanych jest za „niezgodność z polskimi normami moralnymi”.

W czasach Internetu trudno zrozumieć wagę problemu, jednak w PRL dostęp do treści erotycznych był ogromnie utrudniony, a każdy „odważniejszy” program w TVP budził sensację. Ilustruje to tekst Wojciecha Markiewicza, który na łamach POLITYKI referował listy, jakie trafiły do TVP w styczniu 1985 r., po emisji programu „Sekscesy” Tadeusza Drozdy, gdzie oprócz żartów zaprezentowano również fragment filmu erotycznego.

Widzowie prosili o to, by „nie wstydzić się pokazywać całości zagadnienia”, a 27-letni górnik z Katowic oferował nawet w zamian za kasetę z całością filmu zamrażarkę. Anatol W. z Rzeszowa deklarował: „Jeżeli będą takie programy, to zgadzam się na wszystkie warianty podwyżek cen żywności”. Aż trzy listy wysłał Tadeusz P. z Puław, piszący z emfazą: „szczęśliwy jestem, że doczekałem zaszczytu obejrzenia takiej audycji”. Inni przedstawiciele proletariatu podchodzili do sprawy bardziej roszczeniowo: „Należy się nam to, po przepracowanym tygodniu, pracy przy maszynie w dymie, kurzu, brudzie”.

Społeczne sieci wymiany treści

W odróżnieniu od kaset magnetofonowych i płyt winylowych, kasety VHS nie doczekały się dziś triumfalnego powrotu w roli kolekcjonerskiego rarytasu. Co nie znaczy, że w przesyconej nostalgią popkulturze nie ma dla nich miejsca. W końcu w wypożyczalni kaset pracował nie tylko Quentin Tarantino, ale i bohaterowie filmu „Sprzedawcy”, od którego w 1994 r. zaczęła się kariera Kevina Smitha. Wypożyczalnia kaset ochlapana syntetyczną krwią trafiła też do warszawskiego Centrum Sztuki Współczesnej jako instalacja „VHS Hell” Maurycego Gomulickiego, pokazywana podczas wystawy „Schizma. Polska sztuka lat dziewięćdziesiątych”.

Za to w samej historii magnetowidów w Polsce nietrudno zauważyć analogie do obecnej dyskusji toczącej się wokół wymiany treści w Internecie – i niekoniecznie chodzi o popularność serwisów porno. Partia V, chroniąca wymianę treści przez swoich członków, działała trochę jak szwedzka Partia Piratów, występująca w obronie serwisu PirateBay. Część spośród składek członkowskich miała być odprowadzana do twórców, w czym też można dostrzec analogie do idei stałej opłaty legalizującej nieautoryzowaną wymianę treści. Funkcjonowanie analogowych sieci wymiany filmów było jednak o tyle barwniejsze niż dzisiaj, że na wstrząs technologiczny nałożyła się transformacja ustrojowa. A na nieco mniej oczywistym poziomie – także wielka zmiana kulturowa.

W rocznicę protestów przeciwko ACTA, na stronie internetowej „Kultury Liberalnej” Piotr Wciślik przypominał o historycznych korzeniach dzisiejszych sieci wymiany plików, porównując je m.in. do opozycyjnego drugiego obiegu: „Otwartościowcy mają dziś trudniej o tyle, że skądinąd uważają państwo za prawowite, a co za tym idzie, mają więcej skrupułów, nawet jeśli widzą, że na kształt instytucjonalno-prawnych ram kultury często większy wpływ mają lobby koncernów przemysłu rozrywkowego niż obywatele. Natomiast kiedy ktoś im mówi, że to, co robią, jest nielegalne, mogą się pokrzepić myślą, że – w perspektywie długiego trwania – są w całkiem doborowym towarzystwie”.

W przypadku drugiego obiegu to zestawienie ma sens. Przecież nawet na spotkaniach opozycji po filmach patriotycznych włączano nieautoryzowaną kopię „Bonda”.

W październiku 1980 r. Bogdan Słowikowski, specjalny wysłannik „Życia Warszawy” na targach Vidcom 80 w Cannes, pytał w tytule swojego tekstu „Kto się boi domowego wideo?”. Utrzymany w konwencji branżowych plotek z wielkiego świata artykuł informował, że na targach wskazywano na lęk tradycjonalistów przed modelami biznesowymi, a narzędziem do ich powstrzymania będzie prawo autorskie.

Mirosław Filiciak i Patryk Wasiak – kulturoznawcy, pracują nad książką „Weź pan Rambo. Społeczna historia magnetowidów w Polsce”.

Od autorów: Chcielibyśmy wzbogacić planowaną książkę poświęconą polskiej kulturze wideo początku lat 90. o relacje osób, które prowadziły wypożyczalnie kaset i firmy dystrybuujące filmy lub pracowały w nich, albo po prostu były zapalonymi wideofanami. Wszystkich gotowych podzielić się informacjami i wspomnieniami prosimy o kontakt: magnetowidy@gmail.com

Polityka 22.2013 (2909) z dnia 27.05.2013; Ludzie i style; s. 88
Oryginalny tytuł tekstu: "Wypożyczalnia rewolucji"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Adoptujemy zwierzęta, bo pełnią w naszych domach rolę wiecznych i wiernych dzieci

Gdy ruszamy na ratunek, aby ulżyć cierpiącemu stworzeniu, przede wszystkim chcemy pomóc samym sobie.

Elżbieta Turlej
26.11.2013
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną