Kultura

Birdman po europejsku

Czy w kulturze masowej jest jeszcze miejsce dla wielkich talentów aktorskich

Młodość, przywoływana na różne sposoby w „Sils Marii”, jest zwierciadłem, w którym przegląda się tracąca pewność siebie bohaterka. Młodość, przywoływana na różne sposoby w „Sils Marii”, jest zwierciadłem, w którym przegląda się tracąca pewność siebie bohaterka. Carole Bethuel / Gutek Film
Kim jest dziś aktor, ile jest warta jego kariera? Oscarowy „Birdman” i francuski dramat „Sils Maria” pokazują, jak z wyzwaniami kultury masowej radzą sobie hollywoodzkie i europejskie gwiazdy.
Jak większość filmów rozgrywających się w środowisku artystycznym, „Sils Maria” jest opowieścią z kluczem.Carole Bethuel/Gutek Film Jak większość filmów rozgrywających się w środowisku artystycznym, „Sils Maria” jest opowieścią z kluczem.
„Birdman” doskonale ilustruje pokoleniową różnicę w podejściu do popularności.Imperial-Cinepix „Birdman” doskonale ilustruje pokoleniową różnicę w podejściu do popularności.

Cała moja twórczość kręci się wokół pytań, jak życie naśladuje sztukę i na odwrót – deklaruje Olivier Assayas, 60-letni reżyser „Sils Marii”. Na planie jego filmu, swoistej wariacji wokół „Persony” Bergmana i „Wszystko o Ewie” Josepha L. Mankiewicza, spotkały się wybitne aktorki młodego i średniego pokolenia. Francuska gwiazda Juliette Binoche, znana z popularnego cyklu „Zmierzch” Amerykanka Kristen Stewart oraz zbuntowana idolka nastolatków Chloë Grace Moretz, występująca m.in. w „Kick-Ass”. Podobnie jak aktorzy „Birdmana” zagrały w „Sils Marii” częściowo siebie, naruszając granice prywatności i życia zawodowego.

W czasach kultu celebrytów lawinowo rośnie liczba filmów demitologizujących show-biznes i krytykujących patologie nowych mediów. Groteskowa, czarna komedia Alejandro Gonzáleza Ińárritu celnie uderzała w paranoję zepchniętych na margines artystów, marzących o tworzeniu „prawdziwej sztuki” za cenę porzucenia występów w mało inteligentnej komercji, i zgarnęła większość Oscarów w najważniejszych kategoriach. Trudno to uznać za przypadek, mając m.in. w pamięci ambitne plany ekranizacji kolejnych nafaszerowanych efektami specjalnymi komiksów Marvela. Efekciarstwo współczesnego kina, pazerność mediów na zbrodnicze skandale, cynizm przemysłu filmowego i zmiany, jakie w nim zachodzą, stanowią ważny element rynku, a co dopiero stylu życia. Zaskakująco współgrają z ogólnym trendem zajadłej, skutkującej wieloma ofiarami, walki o popularność. Także na Twitterze i Facebooku. Nowe media nieustannie podgrzewają szaleńczą chęć zaistnienia, choćby na ułamek sekundy. Każdy chce się jakoś przebić, mieć słuchacza, coś zagrać. Nie brakuje autentyzmu i pomysłów, tylko cierpliwości i czasu, żeby to wszystko wchłonąć, ogarnąć.

Kto chce oglądać upadłe gwiazdy?

Dlaczego nawet „Birdman” nie wdarł się do czołówki najchętniej oglądanych tytułów sezonu? Autotematyzm – poza nielicznymi wyjątkami, jak w „Graczu” Altmana – nie podnosi ciśnienia, nie budzi wielkich kontrowersji. Przynajmniej od czasu legendarnego „Bulwaru zachodzącego słońca” Billy’ego Wildera (1950 r.) z pamiętną kreacją Glorii Swanson w roli gasnącej gwiazdy kina niemego, pragnącej odzyskać sławę, oraz „Premiery” Johna Cassavetesa (1977 r.) z genialną Gene Rowlands grającą broadwayowską aktorkę, która nie może się pogodzić z tym, że się starzeje, filmy o znerwicowanych artystach i mechanizmach robienia karier mocno się zbanalizowały. Rzadko zapisują się w historii kina, najczęściej budzą wstrząs tych, których to bezpośrednio dotyczy, i na krótko oczyszczają atmosferę w branży. Doceniając bicie się w piersi, a także samokrytycyzm twórców, niektórzy uznają to nawet za swego rodzaju łatwiznę, zjadanie własnego ogona, dowód utraty poczucia realizmu czy wręcz jeszcze bardziej ostentacyjne zamykanie się hollywoodzkiego środowiska na rzeczywistość.

Mnie to za bardzo nie dotyczy – broni się Assayas, który bywa nazywany dzieckiem kina. Wychowywał się na planie filmowym. Jego ojciec Jacques Rémy był cenionym scenarzystą. W domu dyskutowało się wyłącznie o sztuce. Wychowany na punk rocku, amerykańskich horrorach i hongkońskim kinie akcji zaczynał od pisania recenzji do legendarnego miesięcznika „Cahiers du Cinéma”, z którego narodziła się w latach 60. francuska nowa fala. Jedną z jego pierwszych autorskich prób była komedia „Irma Vep” – żart o tym, jak się kręci niezależne filmy.

Jak większość filmów rozgrywających się w środowisku artystycznym, „Sils Maria” jest opowieścią z kluczem. I tu znajdziemy proste analogie do „Birdmana”, który odnosił się do kariery Michaela Keatona. W „Sils Marii” bohaterką jest Juliette Binoche. – Zrobiliśmy ten film dla niej. To miał być eksperyment, rodzaj ćwiczenia – wyznaje Assayas. Reżyser poznał się z aktorką równo 30 lat temu. Oboje byli debiutantami. – Jednym z moich scenariuszy interesował się André Téchiné. Binoche miała w nim zagrać początkującą aktorkę, która marzy o wielkiej karierze, ale wikła się w romans. Tak powstało „Rendez-vous”, które uczyniło z niej gwiazdę. Bardzo się wtedy zaprzyjaźniliśmy.

W 2008 r. Binoche zagrała córkę przeżywającą śmierć matki w reżyserowanym przez Assayasa dramacie „Pewnego lata”. Małą rolę. Zadzwoniła potem, upominając się o większą. – Nic gotowego nie miałem, ale chodził mi po głowie pomysł, by opowiedzieć historię odwołującą się do naszej znajomości, opartą na jej życiorysie. O aktorce, która po wielu latach wraca do tej samej sztuki. Kiedyś grała młodą kusicielkę doprowadzającą do samobójstwa zakochaną w niej pracodawczynię, teraz miałoby się to odwrócić.

Aktorstwo to empatia

To nie jest opowieść o strachu przed starzeniem się. Binoche jest bardzo świadomą aktorką, która mogłaby zagrać w zasadzie wszystko, i w taką też się wciela. Nie boi się ryzyka, improwizacji. Akceptuje swój wiek. – Nie umie tylko pogodzić się z tym, że pewien etap życia ma już za sobą. O tej ambiwalencji i godzeniu się myślałem – precyzuje reżyser, dodając, że dla niego aktorskie dramaty nie różnią się niczym od innych wyborów. – Aktorstwo to rozumienie bólu, cierpienia i znajdowanie sposobu na ich wyrażanie. Nie technika, tylko bycie człowiekiem. Empatia.

W „Birdmanie” zarówno Michael Keaton, czyli dawny Batman, a więc pionier obecnej rewolucji, człowiek w masce i ze skrzydłami, nazywany w filmie Ińárritu Birdmanem, jak i Emma Stone, kojarząca się młodej widowni głównie z dziewczyną Spider-Mana, mają kłopot wizerunkowy. Rozpaczliwie szukają okazji, by się wyrwać z trywialnej stylizacji i zaprezentować coś innego, bardziej wszechstronne umiejętności. W pewnym sensie „Birdman” im to umożliwił, choć dopiero się okaże, czy było to zwycięstwo jednorazowe.

Pycha, narcyzm to oczywiście grzechy główne aktorów. Ińárritu i Assayas mają tego świadomość. W „Birdmanie” śmieszy i wzrusza naiwna wiara, że uda się te przywary poskromić, uczestnicząc w jeszcze większym targowisku próżności. Bohater wariuje i cierpi nie dlatego, że przechodzi kryzys wieku średniego. Najbardziej doskwiera mu niezaspokojona ambicja występowania w poważnej sztuce na serio oraz to, że wszyscy mu przypominają, że wciąż gra w masce kogoś, kogo on sam uważa za swojego największego wroga. W jego pasji udowadniania sobie i swojemu ego, że jest jeszcze czegoś wart, kryje się donkiszoteria człowieka niedorzecznie wierzącego w staroświecki sens sztuki. Symbolizowany w tym wypadku przez broadwayowski teatr. Birdman próbuje wystawić „O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości” na podstawie prozy Raymonda Carvera dla nowojorskiej publiczności, złośliwie określanej jako nieliczna snobistyczna grupa białych malkontentów, której największym problemem jest wybór menu na kolację po obejrzeniu show. Aby dogodzić jej gustom, musi zdobyć się na ekstrawagancję, niewiele mającą wspólnego z „prawdą” i artystyczną jakością mierzoną metodą Stanisławskiego. To błędne koło, z którego nie ma ucieczki, co Ińárritu fantastycznie sygnalizuje, opowiadając jednym, budzącym zawrót głowy ujęciem.

„Birdman” doskonale też ilustruje pokoleniową różnicę w podejściu do popularności. Dla młodej widowni liczy się klikalność i szybka internetowa sława, zyskana choćby dzięki przejściu w samych majtkach przez Times Square. Żadne ambicje. Kompromitująca wpadka okazuje się atrakcyjniejsza niż cały aktorsko-reżyserski wysiłek nieszczęsnego bohatera, granego przez sfrustrowanego, wściekle zbuntowanego przeciwko wszelkim konwencjom Keatona.

W przeciwieństwie do niego Juliette Binoche, grająca w „Sils Marii” Assayasa swoje alter ego: wybitną aktorkę u szczytu sławy, wydaje się uosobieniem spokoju, stabilności. I wyniosłego dystansu do tego, czym żyją młodzi rozgorączkowani fani popkultury. Jej nieskazitelny gust, wyrafinowane wybory zawodowe mogłyby służyć za wzorzec i kwintesencję niezagrożonych wartości wysokiej europejskiej kultury.

Konfrontacja złudzeń i świadomości

Przemiana w filmie jest odwrotnością drogi Birdmana. Starzejąca się 40-letnia gwiazda, z rozbawieniem wysłuchująca wynurzeń młodziutkiej konkurentki, która zachwyca się kiczowiskiem science fiction, jakby to było objawienie na miarę Dostojewskiego, nagle zdaje sobie sprawę, że aby ocalić młodość i siebie w tym zawodzie, sama musi zacząć akceptować ten arogancki, niski świat.

Podobnie jak w „Personie” Bergmana rzecz polega na konfrontacji czasu, który minął, i dyktatury teraźniejszości. Złudzeń i świadomości – dwóch oddalonych od siebie punktów wrażliwości, światopoglądów, modeli postępowania w życiu i sztuce. Młodość, przywoływana na różne sposoby w „Sils Marii”, jest zwierciadłem, w którym przegląda się tracąca pewność siebie bohaterka. – Kristen Stewart wnosi wraz z postacią asystentki odmienny punkt widzenia. Czuje się, że jest obca, że inaczej patrzy na teatr, kino i całą medialną wrzawę towarzyszącą życiu celebrytów. Z czasem jej postać zmienia zachowanie. Aktorki jakby wymieniają się osobowościami. Stewart mogłaby być fantomem albo duchem, który zostaje „pożarty” przez Binoche. To kwestia interpretacji – podpowiada reżyser.

Assayas tak ustawia te lustra, by gubiąc się w ich odbiciach, zarazem jak najwięcej można było w nich zobaczyć. Nie tylko polemikę z Bergmanem, Nietzschem, Rilkem i Fassbinderem (rola teatralna, której uczy się Binoche, jest fragmentem scenariusza „Gorzkie łzy Petry von Kant”). Także na poziomie psychoanalitycznym. W odosobnionym, położonym wysoko w Alpach letnim domku zostajemy dopuszczeni do tajemniczego misterium. Widzimy, jak na pozór zdecydowane, rzeczowe spojrzenie Binoche na świat zaczyna się rozsypywać. Terapeutyczne rozmowy ze znacznie młodszą asystentką przekształcają się w wyznanie jej własnych ukrytych sekretów i pragnień. Stopniowo zostaje obrana ze swojej osobowości, z maski kłamstw i samooszustw, tworzących jej tożsamość i nadających jej życiu poczucie sensu.

Nie lubię jego filmu, jest staromodny, ale go szanuję – mówi Assayas o Ińárritu. Jednak to bardziej po Meksykaninie, od lat flirtującym z Hollywood, należałoby się spodziewać tak zaskakującej konkluzji. Żeby zachować artystyczną (europejską) tożsamość, trzeba się otworzyć na magiczny terror gatunkowego śmietniska. Być po obu stronach naraz.

Swoją drogą warto wiedzieć, że po „Sils Marii” Assayas planował gangsterską sagę „Idol’s Eye”, zainspirowaną artykułem z „Playboya”, w której zgodzili się zagrać Robert Pattison, Robert De Niro i Rachel Weisz. Producent filmu Banaroya Pictures parę tygodni temu oświadczył, że z powodu różnic zdań na temat finansowania projekt zostaje odwołany. „Idol’s Eye” miał być pierwszą hollywoodzką produkcją francuskiego reżysera. Na bycie po tamtej stronie musi więc jeszcze trochę poczekać.

Polityka 12.2015 (3001) z dnia 17.03.2015; Kultura; s. 92
Oryginalny tytuł tekstu: "Birdman po europejsku"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Wybuchowe wesele. Zostali bez domu i z kredytem na całe życie

W jednej chwili wesele Wawrzyniaków zamieniło się w koszmar. Każdego dnia nurtuje ich pytanie: jak tu obchodzić rocznicę?

Norbert Frątczak
18.07.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną