Boję się Donalda Trumpa. Jest jak czarny charakter z filmów klasy B

Martwa strefa
Trump to człowiek, przy którym Antoni Macierewicz zaczyna przypominać Vaclava Havla.
Gerry Broome/AP Photo/EAST NEWS

Śledzę kampanię wyborczą w USA codziennie, z zapartym tchem sportowego kibica, a nawet obstawiającego wyniki hazardzisty. Zdarza mi się to co cztery lata z prostego powodu – zawsze uważam, że wynik wyborów w USA jest dla nas, obywateli Polski, sprawą dużo bardziej brzemienną w skutkach niż wybory nad Wisłą. Przynajmniej te, które miały miejsce do tej pory. Tutaj muszę zaznaczyć – nie jestem ekspertem, tylko pisarzem, który ma hobby, chociaż z amerykanistyki udało mi się swego czasu, z wielkim trudem, uzyskać magisterium.

Wybory w USA śledzę więc co cztery lata, trzymając z reguły kciuki za kandydata demokratów. Jednak tegoroczne są sprawą trochę inną niż wszystkie poprzednie. Przynajmniej inne niż wszystkie te, które pamiętam jako człowiek świadomy (czyli, powiedzmy, od 1992 r.). Przeżywam je inaczej. Bardziej. Mówiąc szczerze, boję się, a staram się z reguły nie bać – na trwającą od dwóch lat w Polsce wojenną psychozę staram się patrzeć z przymrużeniem oka. Tutaj nie potrafię.

Jeszcze nigdy w historii USA w wyborach nie startował kandydat, który z wdziękiem chorego na psychozę orangutana zamierza zdemolować politykę międzynarodową (i wewnętrzną) USA ostatnich paru dekad. Facet, który planuje odgrodzić USA murem, wypowiedzieć pakt klimatyczny, zakwestionować ustalenia NATO i de facto oddać Putinowi Europę Środkowo-Wschodnią, tworząc coś na zasadzie amerykańsko-rosyjskiego paktu Ribbentrop-Mołotow. Swoją drogą związki Trumpa z Putinem daleko wykraczają poza jakiekolwiek nieformalne koleżeństwo. I przypomnijmy – jest to wysmarowany pomarańczową farbą gościu, który spędził całe swoje życie, grając w golfa, płodząc dzieci z modelkami z Europy Wschodniej i doprowadzając do bankructwa kolejne hotele i kasyna. Trump to człowiek, przy którym Antoni Macierewicz zaczyna przypominać Vaclava Havla.

À propos Macierewicza – niektórzy z polskich komentatorów błędnie przyrównują możliwość zwycięstwa Trumpa do zwycięstwa PiS. Uważam, że za tym porównaniem idzie bardzo życzeniowe, wręcz różowe z koloru myślenie. Zwycięstwo Donalda Trumpa, kandydata Partii Republikańskiej, byłoby raczej zwycięstwem nad Wisłą kogoś w rodzaju Zbigniewa Stonogi, gdyby go jeszcze wspierała proputinowska partia Zmiana.

Te apokaliptyczne lęki biorą się nie tylko z tego, co widać jak na dłoni – czyli że Trump jest porywczym ignorantem, któremu wystarczy trochę złego samopoczucia, nieumiejętność czytania ze zrozumieniem przy przeglądaniu raportów wywiadu albo po prostu nieświeże skrzydełka z KFC, aby zamienić świat w najlepszym przypadku w tygiel małych wojen i ekonomicznych kryzysów. W najgorszym – być może w atomowe pogorzelisko. Boję się Trumpa, bo jest gościem, którego dobrze znam. Znam go z filmów klasy B. Trump jest typowym szwarccharakterem z takich filmów. Ze swoją aparycją i słownictwem mógłby być kokainowym land­lordem, którego goniłby po bagnach Florydy uzbrojony w karabin maszynowy Tom Selleck. Jest bardziej przerysowany niż popkultura – gdybyśmy zobaczyli dziś takiego gościa w Bondzie, parsknęlibyśmy śmiechem.

Trump przypomina mi zwłaszcza jednego filmowego bohatera. Był taki film Cronenberga z lat 80., „Martwa strefa”, na podstawie powieści Stephena Kinga. Główny bohater, grany przez Christophera Walkena, w wyniku wypadku zyskuje zdolność przewidywania przyszłości. Gdy spotyka kandydata na prezydenta, którego gra Martin Sheen, i dotyka jego ramię, nagle widzi przyszłość, w której ten butny, pyskaty facet, którego hasło w filmie niebezpiecznie przypomina trumpowskie „Make America great again”, rozpętuje, w alkoholowym opętaniu, światową zagładę nuklearną. Co dalej robi Walken, głupio pisać, w każdym razie po 33 latach od premiery świat zamienił się w horror klasy B, co więcej, horror o przewidywaniu przyszłości.

A co z jego odsądzaną od czci i wiary kontrkandydatką? No cóż, lepszym prezydentem od Trumpa byłaby paczka mrożonej kalarepy, ale mam przeczucie, że Clinton, ze swoją intuicją i bezwzględnością, może być najlepszym prezydentem USA od wielu lat, kimś w rodzaju demokratycznego Reagana w spódnicy. Niespecjalnie wierzę w przypisywane jej skandale – tak jak w przypadku Benghazi, jest to wynik niepopularnych decyzji. Wierzę w jej kompetencje i nerwy ze stali.

Hillary Clinton przypomina bezwzględną matematyczkę, która, owszem, bije uczniów po łapach linijką, ale ma w sobie elementarne poczucie sprawiedliwości. To niepopularne postaci, ale idealne na ciężkie czasy – stokroć bardziej ufam Clinton niż Sandersowi, bo tylko ona jest w stanie roznieść Trumpa na strzępy – jego destrukcyjnej, nieprzewidywalnej sile nie oparłby się żaden facet na jej miejscu. Nie widziałem jeszcze przypadku, gdy mężczyzna wygrałby z kobietą na argumenty i na odporność. I to właśnie napawa mnie spokojem, jeśli chodzi o wynik tych wyborów – dużo bardziej niż wszelkie sondaże.

***

Jakub Żulczyk pochodzi z Warmii. Zadebiutował w 2006 r. powieścią młodzieżowo-romantyczną „Zrób mi jakąś krzywdę”. Ma na swoim koncie powieść o młodzieży „Radio Armageddon” i powieść grozy „Instytut”, dwie części fantastyczno-przygodowego cyklu dla młodzieży o Tytusie Grójeckim „Zmorojewo” i „Świątynia” oraz książkę dla dzieci „Zdarzenie nad strumykiem”. Za powieść „Ślepnąc od świateł” (2014 r.) otrzymał nominację do Paszportu POLITYKI. Mieszka w Warszawie.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną