„451° Fahrenheita” Bahraniego to doskonała ekranizacja
Ramin Bahrani zrealizował dla HBO film na podstawie powieści Raya Bradbury’ego. Nie trzymał się kurczowo fabuły oryginału i dał sobie wiele swobody. Czy to dobrze?
Kadr z filmu „451° Fahrenheita”
mat. pr.

Kadr z filmu „451° Fahrenheita”

Adaptując klasykę, trzeba mieć się na baczności, bo jest się na celowniku fanów oryginału. Peter Jackson zbierał cięgi za to, jak rozbudował rolę Arweny we „Władcy Pierścieni”, później zaś za nadmuchanie „Hobbita” do rozmiaru trzech filmów. Ostatnio Alex Garland oberwał od czytelników Jeffa VanderMeera za odstępstwa od fabuły powieści „Unicestwienie” w filmie „Anihilacja”, mimo że sam autor oryginału stał za nim murem.

Film „451° Fahrenheita” swobodnie obchodzi się z oryginałem

Ciekawie będzie obserwować, jak widzowie zareagują na najnowszy film produkcji HBO, czyli ekranizację klasycznej powieści Raya Bradbury’ego. Za scenariusz i reżyserię „451° Fahrenheita” odpowiadał Ramin Bahrani, który bardzo swobodnie podszedł do treści książki. Podobnie jak u Bradbury’ego głównym bohaterem jest w filmie Guy Montag, strażak, który razem z kolegami po fachu zajmuje się paleniem książek jako rzeczy szkodliwych i zabronionych. Podobnie jego szefem jest Beatty, pozornie popierający oficjalną ideologię, a tak naprawdę wewnętrznie rozdarty.

Na ekranie zobaczymy też szokującą scenę samospalenia kobiety, którą strażacy przyłapali na posiadaniu ogromnej liczby książek. Nie zabraknie i ludzi ocalających książki poprzez zapamiętywanie ich w całości.

Czytaj także: Czy utopia jest jeszcze możliwa? Ponure wizje literatury

Fabuła o rebelii i ratowaniu świata

Bahrani całkowicie wykasował postać żony Montaga, która w książce była przykładem człowieka przyszłości, zapatrzonego tępo w ekran telewizora, apatycznego, nijakiego. Z kolei Clarisse nie jest już nastoletnią sąsiadką Montaga (w tej roli Sofia Boutelle), którą strażak jest zafascynowany. Film też, w porównaniu do książki, znacznie podnosi stawkę. Z opowieści o Montagu i jego przemianie pod wpływem książek „Fahrenheit” staje się fabułą o rebelii i ratowaniu świata.

Najlepszą jakościowo zmianą jest rozbudowanie roli Beatty’ego, który staje się kimś w rodzaju przybranego ojca Montaga. Wątek rozdarcia między nienawiścią a miłością do książek jest u niego pogłębiony. Aktor Michael Shannon błyszczy więc wśród obsady.

Po co palić książki? Bo są niebezpieczne

Największą pracę Ramin Bahrani wykonał na polu uwspółcześniania treści książki, wydanej po raz pierwszy w 1953 roku. Książki, która już się lekko zestarzała i współczesnemu czytelnikowi może się wydawać dziwna – w wizji Bradbury’ego najważniejsze były emocje, a nie akcja czy sam obraz tej mrocznej przyszłości. A w filmie HBO mamy media społecznościowe, odgrywające ważną rolę w kontrolowaniu ludzi. Nie chodzi przy tym o permanentną inwigilację (choć i to tu jest), ale o propagandę, sterowanie nastrojami i generalnie robienie wokół walki z książkami atmosfery spektaklu, podkręcania nienawiści.

Co zaś się tyczy przyczyn palenia książek – Bahrani jeszcze rozbudowuje to, o czym pisał Bradbury, co sprawia, że słowa o niebezpieczeństwach lektur (ludzie i dziś zabijają się z powodu Biblii i Koranu) brzmią nad wyraz współcześnie, jakby skrojone pod temat rosnących wymagań co do poprawności politycznej.

„451° Fahrenheita” to ponadczasowa opowieść

Wszystko to składa się na film zaskakująco dobry. Mimo że historię, którą opowiada, powtarza się już od ponad sześciu dekad. Paradoksalnie choć Ramin Bahrani wprowadził wiele zmian względem oryginału, nowe „451° Fahrenheita” tylko potwierdza ponadczasowość tej kultowej powieści. Trudno o lepszą ekranizację.

Czytaj także: Opowieści o końcu świata

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj