„Anihilacja”. (Dobre) science fiction, którego Hollywood nie lubi
Jeff VanderMeer napisał ciekawą powieść o kontakcie z niepojętą dla ludzi siłą. Alex Garland przeniósł ją na duży ekran. A potem studio filmowe nie zrozumiało, o co chodzi, i ukarało reżysera.
„Anihilacja”
mat. pr.

„Anihilacja”

„Anihilacja” na półce z filmami SF stanie obok „Nowego początku” i „Blade Runnera 2049”, „Moon”, „Dystryktu 9” czy „W stronę słońca”, do którego scenariusz napisał zresztą właśnie Alex Garland. Nie jest to półka z tzw. blockbusterami, które mają olśnić wizualnie i niewiele ponad to, ale ten rodzaj fantastycznej fabuły, która element nadprzyrodzony wykorzystuje jako punkt wyjścia dla jak najbardziej realistycznych rozważań o człowieku jako jednostce czy o społeczeństwie. W literaturze takie pytania zadawali Stanisław Lem i Ursula K. Le Guin.

Sęk w tym, że w kinie, zwłaszcza w Hollywood, takie podejście nie jest mile widziane, bo zazwyczaj, nawet jeśli mówimy o wspaniałej stronie wizualnej, wybuchów czy akcji jest nieco mniej. Studia nie lubią też historii, które nie są oczywiste, mają wiele wątków i które w jakikolwiek sposób wychodzą poza schemat „ci biją tamtych”. W skrócie: Fabryka Snów woli „Transformers” i „Gwiezdne wojny” niż „Ex Machinę”, a zwłaszcza rzeczy tak kameralne jak „Moon”.

„Anihilacja” w fotel nie wbije. Ma inne walory

„Anihilacja” popełnia wszystkie te „grzechy”. To opowieść o odkrywaniu, nie konfrontacji, to film zadający pytania, prawie nieudzielający odpowiedzi, i choć momentami może zachwycać, nie wbije nas w fotel feerią eksplozji i orgią zniszczenia. Garland ekranizuje powieść pisarza nietuzinkowego, Jeffa VanderMeera, kojarzonego z nurtem new weird, czyli literacką szufladką, do której wrzuca się wszystko, co nie mieści się nigdzie indziej. (Na przykład najnowsza powieść VanderMeera, „Borne”, to opowieść o stworzonym w laboratorium latającym niedźwiedziu, który krąży nad światem niczym najdziwniejszy statek powietrzny).

Dlatego, choć z pozoru „Anihilacja” to historia dość głęboko osadzona w schemacie klasycznego SF, często skręca w nieoczekiwanym kierunku. Zwłaszcza w kontynuacjach, „Ujarzmieniu” i „Ukojeniu”, zaskakuje obranymi przez autora ścieżkami. („Ujarzmienie” to spojrzenie na Strefę X z perspektywy badającej ją komórki rządowej, pokazujące jednak... biurokratyczną stronę tego fenomenu).

Nam fabuła VanderMeera może kojarzyć się z Lemem, dokładniej zaś z najsłynniejszym jego dziełem, powieścią „Solaris”. W „Anihilacji” ludzkość też styka się z czymś tak obcym, że niepojętym. Na froncie poznania są nie żołnierze, a naukowcy, bo – poza okazjonalnymi spotkaniami z przemienionymi zwierzętami – walka nie toczy się w wymiarze fizycznym. Chodzi raczej o trud zrozumienia. Z każdym krokiem cztery zagłębiające się w Strefę X kobiety dowiadują się więcej, co jednak nie znaczy, że w istocie wiedzą więcej. Kelvin też próbował zrozumieć żywy ocean Solaris.

Zła passa studia Paramount

VanderMeer w swojej powieści jest jeszcze bardziej enigmatyczny niż Garland w ekranizacji, który stara się pokazać więcej i nakierowywać nas na jedną ścieżkę interpretacji. Po prawdzie, porównując z powieścią, film to niemalże gra w otwarte karty.

A jednak dla hollywoodzkiego studia tych odpowiedzi było zbyt mało. Paramount, który w ostatnim czasie nie miał zbyt dobrej passy i poza serią „Mission Impossible” raczej tracił, niż zarabiał, ewidentnie przestraszył się nieefektowności i skomplikowania obrazu Garlanda.

I czy można ich do końca winić? W końcu jedną z większych porażek minionego roku był wyśmienity „Blade Runner 2049”, który dodatkowo miał „plecy” w postaci kultowego statusu oryginału w reżyserii Ridleya Scotta. Nie pomogło. Film Villeneuve’a, mimo wyśmienitych recenzji, poległ w box office. Choć z drugiej strony „Nowy początek” od Paramountu był sukcesem, zarówno kasowym, jak i krytycznym.

Wedle doniesień „The Hollywood Reporter” strach Paramountu był tak duży, że studio chciało wymóc na reżyserze „Anihiliacji” zmianę zakończenia na bardziej jednoznaczne. Ten się nie ugiął, a ponieważ miał po swojej stronie producenta, do którego należało tzw. prawo final cut (czyli decydowania o ostatecznym kształcie filmu), film pozostał zgodny z wizją Alexa Garlanda.

„Anihilacja” w Netfliksie, nie w kinach?

Film trafi do kin, ale wyłącznie w Stanach, Kanadzie i Chinach, prawa do dystrybucji międzynarodowej sprzedano zaś Netfliksowi – ruch ten odbierany jest jako kara dla nieposłusznego Garlanda. Sam reżyser przyznał, że kręcił z myślą o wielkim ekranie, i chciał widzieć swój film w takiej formie. Choć zdaje sobie sprawę, że dzięki popularnej platformie streamingowej dotrze do większej rzeszy widzów.

Całe to zamieszanie to efekt naszych codziennych wyborów przy kinowych kasach. Bo czy Paramount nie miało powodów, by bać się o popularność „Anihilacji”? Sądząc po wynikach kasowych, publika ceni wyżej wybuchy niż treść. Rzecz w tym, że Hollywood nie dba o równowagę. Wybiera kino efekciarskie, wszystko inne starając się siłą wbić w ten schemat. Nowi gracze, czyli Netflix, Amazon czy Hulu, faktycznie mogą przyjść na ratunek, bo ewidentnie bardziej stawiają na różnorodność. Wracając jednak do słów Garlanda: niektóre filmy powstają z myślą o oglądaniu ich na wielkim ekranie.

Oglądana w kinie „Anihilacja” z pewnością robiłaby jeszcze większe wrażenie – Garland wspaniale kreuje tu wizję Strefy X, a jako uczeń Danny’ego Boyle’a doskonale operuje też światłem. Ostatecznie jednak to kino, w którym liczy się treść, może więc Netflix to nie „wygnanie”, a okazja dotarcia do mas... Może się jeszcze okaże, że Paramount nie miał racji, a widzowie są gotowi na kino fantastyczne, które będzie dla nich wyzwaniem.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj