Kultura

Trudno być satyrykiem

Literackie satyry na Polskę

Polska w krzywym zwierciadle jest zazwyczaj państwem wyznaniowym. Polska w krzywym zwierciadle jest zazwyczaj państwem wyznaniowym. Mirosław Gryń / Polityka
Polska w krzywym zwierciadle – czytamy w opisach co drugiej powieści, która ukazuje się tej wiosny. Wszyscy piszą satyry na Polskę, ale cały czas to rzeczywistość dostarcza lepszego materiału satyrycznego niż literatura.
Polska literacka satyra w większości nie znalazła jeszcze sposobu ucieczki przed kopiowaniem rzeczywistości.Mirosław Gryń/Polityka Polska literacka satyra w większości nie znalazła jeszcze sposobu ucieczki przed kopiowaniem rzeczywistości.

Polska odkupuje drogie dzieło sztuki, ale okazuje się, że kupiła sama od siebie. Absurd, ale i prawda. Policja wkracza na konferencję poświęconą Marksowi. Na dole budynku pytają, gdzie tu się szerzy totalitaryzm. Świetna scena literacka – coś jak ze Szczerka. Ale to się też wydarzyło, nie wymyślili jej autorzy wydanych właśnie książek: ani Andrzej Saramonowicz w swoim satyrycznym „Pokraju”, ani Agnieszka Szpila w „Bardo”, ani Patrycja Pustkowiak w „Maszkaronie”, ani Marcin Kołodziejczyk w „Prymitywie”, gdzie odnajdziemy świat opisany bardziej już groteskowo niż satyrycznie. Ba, nawet sam Ziemowit Szczerek w „Siwym Dymie”.

U Szczerka Polska jest tym razem częścią słowiańskiego imperium, którą przyjeżdżają oglądać nowi wyznawcy Słowian z całego świata. Tyle że Szczerek nie musiał niczego wymyślać – to stara idea Bolesława Piaseckiego. Zresztą właśnie ukazała się książka, w której historyk IPN twierdzi, że Imperium Słowiańskie z Polską na czele – czyli to, co może śmieszyć u Szczerka – „to wizjonerska wizja” i powtórzenie idei polskich narodowców, którzy razem z Bolesławem Piaseckim w 1942 r. snuli plany utworzenia po wojnie takiego Katolickiego Imperium Słowiańskiego, od Morza Czarnego po Bałtyk. I tak jest cały czas – polscy pisarze szukający absurdów rzeczywistości nie przeskoczą rzeczywistości, w której żyjemy. Codziennie śmiejemy się więc z memów z „Wiadomości” i pasków TVP Info, z Donalda Trumpa. Taki moment nie jest wcale łatwy dla tych, którzy zajmują się satyrą, wiedzą o tym też twórcy kabaretów. A to dlatego, że Polska jest dziś jednym wielkim memem.

Na ulicy co rusz spotykamy typ napakowanego młodzieńca z tatuażami patriotycznymi. Taka postać jest też w centrum literatury – na przykład Waldi, z zawodu grawer, z zamiłowania kibic, który uprawia seks ze swoją dziewczyną, zagrzewając się okrzykiem „Do boju, do boju Polsko!”, kiedy ona trzyma obraz Matki Boskiej przed sobą. W książce Agnieszki Szpili będzie on jednym z uczestników pielgrzymki do sanktuarium Matki Boskiej Bardzkiej. Inny bohater o ksywie Piłat maluje patriotyczne transparenty, które Rydzykowne Babki wiozą do sanktuarium. W Pokraju, czyli Polsce z książki Saramonowicza, bohaterskie tatuaże prężą się na ciałach mieszkańców – przede wszystkim jest to orzeł pokrajski. U Kołodziejczyka pojawiają się warszawscy sutenerzy, drobne cwaniaczki, klienci tanich barów, często w patriotycznym uniesieniu: „były wielkie marsze uliczne z okrzykami za i pochodniami-żagwiami. Wprowadzono zbuńczucznienie obyczajów i pochwałę zenkowatości. Zmarłych zrównano prestiżem z poległymi”. Kołodziejczyk świetnie tworzy portrety i język swoich postaci z półświatka.

Gotyk wiślno-bałtycki

Polska w krzywym zwierciadle jest zazwyczaj państwem wyznaniowym. W Pokraju u Saramonowicza rządzą rozmaite Święte Oficja, jak ze średniowiecza, choćby Oficjum do spraw Zwalczania Amoralności albo Oficjum Gospodarowania Odpadami, które przejmuje samochody po liberalnych wyrzutkach – nieprawomyślnych artystach. Muzea z nieprawomyślną sztuką przerobiono z kolei na Spichlerze Banku Zbożowego, a wodociągi przejęły teatry. Na banerach w mieście można przeczytać: „Pokrajaku, pamiętaj! Modlitwa pielęgnuje i doskonali!”, a wytatuowani w orły patriotyczne młodzieńcy rozmawiają też o modlitwie. We wpływowym tygodniku pisze się tam, że Pokraj był krajem patokatolickim już przed przyjęciem chrztu, a Swarożyc to słowiańska wersja Świętego Rogera.

U Szczerka Polska przyszłości jest po prostu spadkobierczynią Rzeczpospolitej Rzymskiej – widać to również w architekturze. Kraków został przebudowany w nowym stylu gotyckim bałtycko-wiślnym, który wygląda, jak gdyby Rzym zbudować z dykty, ale z fantazją, i Piłsudskiego umieścić na smoku. Ten styl był sposobem nadania Polsce formy po strasznych czasach, kiedy panował chaos liberalizmu.

Polska u Szczerka jest podzielona między dwoje naczelników: Brodacza w Warszawie i naczelnicę (o twarzy terminatora z jednym okiem) w Krakowie, która jest również zwierzchniczką Kościoła. Kraj z książki Szczerka to po prostu „haj” po zażyciu narkotyków. Zresztą głównym wrogiem w tym świecie jest Siwy Dym – jakaś aura, mgła, która zmienia sposób postrzegania i w której siedzą jacyś „inni”. Brzmi to jak fabuła kiepskiego filmu SF, ale Szczerek pisze dziarsko. Choć trudno powiedzieć, że jest to rzecz zupełnie nowa, bo autor podobną narrację stosował także w poprzednich książkach i tekstach publicystycznych.

Wyznaniowe państwo przyszłości pojawiało się też u Mariusza Sieniewicza w „Planktonie”, powieści z zeszłego roku. U Szpili w „Bardo” rozpoznajemy kontury dzisiejszej Polski odpowiednio wyostrzone, choć jest i czysta groteska – postać Jezusa, który objawia siostrze Małgorzacie, jak wytępić antysemityzm: „Najpierw wyłapać wszystkich malujących na murach gwiazdy Dawida na szubienicy gówniarzy wraz z ich najbliższą rodziną, a potem – tu Jezus zawiesił teatralnie głos, chcąc wzbudzić w Małgorzacie i spotęgować jak największe napięcie – kula w łeb! – dokończył, pękając ze śmiechu na widok eksplozji przerażenia w niewinnych oczach siostrzyczki. Po czym dodał: »Żartowałem!!«”. W tej powieści bardo to też miejsce, gdzie znaleźli się uczestnicy pielgrzymki (i ich kompleksy, nienawiść i manie wielkości) po tym, jak zginęli w wypadku autokaru (już w pierwszej scenie).

Upiór i pokrak

U Szpili, podobnie jak u Saramonowicza i Szczerka, Polacy są karmieni narracją wielkości: bohaterstwa, śmierci i męczeństwa. U Pustkowiak jest nieco inaczej – Polska jest maszkaronem, brzydką dziewczyną, która ma twarz jak skrzyżowanie dyni z lemurem. I nienawidzi wszystkich dookoła, a najbardziej pewnej doskonałej Alicji, intelektualistki, która w ramach walki z ojcem konserwatystą miała poglądy lewicowe, choć całkowicie sztuczne. Sam maszkaron nie miał żadnych poglądów – jej postać służy temu, by skompromitować głupotę ludzką, tę modną, uniwersytecką i rodzinną. Pustkowiak opisuje „kulturę ekscytacji”, z której wyłączona jest jej bohaterka – z powodu swojej nieatrakcyjności.

Ta powieść to dalekie echo „Poszerzenia pola walki” Houellebecqa, w którym pokazywał podobną ekonomię seksu. Bohater francuskiego autora podobnie nienawidził świata. Bohaterkę Pustkowiak najbardziej drażni fałszywe zaangażowanie, które generują media społecznościowe: „Miałam wrażenie, że każda nowa idea, której kiedykolwiek się czepiałam, zawsze okazywała się jedynie niespełnioną obietnicą. Uczciwa była wyłącznie nienawiść”.

Polska jako Rzym z dykty, upiór z piosenek Starszych Panów (to też pomysł Szczerka), jako kosmiczny eksces, jako maszkaron, pokraj (jak pokrak) – wszystko to brzmi zabawnie. Dlaczego więc satyry w większości ani nie śmieszą, ani nie uderzają, jak powinny, w czułe punkty? Dlaczego nie wpływają na dialog między dwoma obozami politycznymi w Polsce, jak chciałaby Agnieszka Szpila? Oprócz tego, że literatura nie jest w stanie dogonić rzeczywistości, autorzy popełniają kilka grzechów – żeby już pozostać przy języku związanym z przyszłościowym Kościołem.

Cień Gombrowicza

Po pierwsze – grzech nadmiaru. Powieść Saramonowicza stara się zabawić czytelnika na każdej stronie, żart goni żart, jak cud, to w Cycach Kościelnych, dwaj bohaterowie – Adaś i Sebastian – dwoją się i troją, żeby pożartować o robieniu laskom „mintaja”. Te fajerwerki inwencji zaczynają męczyć, zamiast śmieszyć, podobnie jak styl wzorujący się – jak niemal każda polska groteska – na Gombrowiczu. Nadmiar może się też przejawiać w podkręcaniu każdej sceny. Jesteśmy zarzucani coraz drastyczniejszymi treściami, które robią coraz mniejsze wrażenie. Autor satyry może mieć wrażenie, że trzeba być na tym tle bardziej wyrazistym, żeby się wyróżnić: jak seks – to absolutnie spektakularny, z efektem biało-czerwonym (nie wyjaśniajmy więcej). Tak skonstruowana jest książka Szpili. Nagromadzenie efektów, które jednak nie są obrazoburczo oczyszczające.

Grzech oczywistości. U Saramonowicza rodzina jest narysowana grubą krechą, jak gdyby każda postać składała się tylko ze swoich najbardziej stereotypowych cech: teściowa i teść są kwintesencją teściowatości. Wiadomo, że trudno budować satyrę bez stereotypów, ale ważne, by chwyty nie spłaszczały całkowicie książki.

Grzech memów. Prawie wszystkie powieści rozpadają się na scenki. Konstrukcja zostaje podporządkowana kolejnym tematom. Bohaterowie się nie zmieniają i nie rozwijają. Na scenki rozpadają się i książka Pustkowiak, i Szpili, i Saramonowicza. Ta pierwsza opisuje kolejne etapy kompromitacji i upokorzeń swojej bohaterki (nie jest to jednak psychologiczny portret osoby skrajnie brzydkiej, tylko raczej narzędzie do kompromitacji otoczenia). Jest więc ślub, szpital, są próby randek. W nowej książce powtarza też chwyty i motywy (narkotyczne) z poprzedniej, czyli ciekawych, debiutanckich „Nocnych zwierząt”. Przede wszystkim wraca kompromitacja bohaterki. Maszkaron zaczyna też chodzić na seminarium o sensie życia, gdzie androny gonią inne androny. Nie robią one jednak specjalnego wrażenia, skoro jeszcze większe idiotyzmy czytamy bez przerwy w internecie. Sam gest ujawnienia, że wszystko jest tak samo głupie, niczego nie zmienia. I Pustkowiak, i Szpila piszą z werwą, ale następujące po sobie przygody są tylko ilustracjami kolejnych przypadków.

Z podobnym do literackiego „efektem rzeczywistości” musi się zderzać również kabaret polityczny, taki jak Pożar w Burdelu czy „Ucho prezesa”. Także stand-uperzy, i nawet stare wygi telewizyjnych show komediowych, tacy jak John Oliver. Jego przypadek jest niesamowity, bo show Olivera właściwie zastępuje poważne dziennikarstwo. I nie robi tego, by pokazać, że wszyscy równo kłamią, a on się z tego śmieje. Oliver to przypadek satyryka zaangażowanego, który stara się edukować, ale i wypełniać misję – na przykład broni jednostkę przez korporacjami, ujawnia kłamstwa polityków, ale i odsłania bardzo niewygodne prawdy o wszystkich. Znalazł wyjście, jak nie zostać pokonanym przez świat memów.

Polska literacka satyra w większości nie znalazła jeszcze sposobu ucieczki przed kopiowaniem rzeczywistości. I co gorsza, na wielu książkach widać cień Gombrowicza, który wyniósł satyrę na poziom niemal metafizyczny. Nic się nie zmieniło od lat – najlepsza satyra na polskość to „Trans-Atlantyk”, tylko trzeba od niego skutecznie uciec: „Rozluźnić to nasze oddanie się Polsce! Oderwać się choć trochę! Powstać z klęczek! Ujawnić, zalegalizować ten biegun odczuwania, który każe jednostce bronić się przed narodem, jak przed każdą zbiorową przemocą. Uzyskać – to najważniejsze – swobodę wobec formy polskiej, będąc Polakiem być jednak kimś obszerniejszym i wyższym od Polaka!”.

Polityka 23.2018 (3163) z dnia 05.06.2018; Kultura; s. 92
Oryginalny tytuł tekstu: "Trudno być satyrykiem"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Jak PGNiG dosala Zatokę Pucką

Dlaczego mieszkańcom nadmorskiego Kosakowa przeszkadza, że morze jest słone?

Ryszarda Socha
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną