Kultura

Przyszłość już była

Kawiarnia literacka

Lata 80. to scena generalna, na której łatwo było, jak pisze z przekąsem Sobolewski, zostać artystą.

Książka „Dziennik. Jeszcze jedno zdanie” Tadeusza Sobolewskiego dalece wykracza poza diarystyczny sztafaż. Spod pióra wybitnego krytyka filmowego wyszło dzieło diagnozujące coś znacznie więcej niż tylko egzystencjalną sytuację autora. Po dziennikach oczekujemy zazwyczaj odsłonięcia pisarskiej alkowy i towarzyskiej pikanterii. Tymczasem Sobolewski dał diagnozę naszej przyszłości, tej indywidualnej i społecznej, sięgając po materiał pamięci tyleż prywatnej, co zbiorowej. Intymność zapisków okazała się w przypadku książki Sobolewskiego rodzajem bezinteresownego daru lekturowego, dzięki któremu możemy odzyskać własną przyszłość bez konieczności manipulowania w przeszłości.

Rzecz rozpoczyna się w stanie wojennym, w 1982 r. Po warszawskich ulicach chyżo gania ZOMO, odmalowane z plastyczną wiarygodnością. To chłopcy tyleż przerażeni, co po prostu wypuszczeni na „solidarnościowe” łowy. Rozpędzanie manifestacji, konkurs rzutu racą w przystanek, pałowanie przechodniów, nawet tych niezaangażowanych w społeczny bunt, tylko wracających z pracy – oto główne gry i zabawy uliczne tamtego okresu. Z dzisiejszej perspektywy – poubierani niczym szturmowcy z „Gwiezdnych wojen”, ale bardziej paździerzowo – to, skądinąd znany, suweren. Anonimowy głos ludu pracującego miast i wsi, wyposażony w armatki wodne, rozlega się syrenami godziny policyjnej, podczas gdy Sobolewski słucha na małym tranzystorku arii Haendla, a przez jego mieszkanie w zabłoconym obuwiu, niczym w „Kartotece” Różewicza, przechodzą wszelkiej maści mentalni opozycjoniści.

Nie ma w „Dzienniku” fałszywych nut martyrologicznych. Jest natomiast ciągle ostrzenie spojrzenia, humor i przenikliwość. Jak w obiektywie kamery filmowej autor przybliża i oddala perspektywę opisu rzeczywistości. Wychodzi zawsze od portretów poszczególnych bliskich i dalszych mu osób, by po chwili „rzucić je” na tło społecznych wydarzeń. To nieustanne lokowanie biografii indywidualnej w zbiorowej biografii Polski daje wspaniały, złożony obraz historii najnowszej. Historia ta przestaje być, tak modną dzisiaj, narracją, a staje się idiomatycznym zwierzeniem. Symbolem idiomatyczności i życiowej niepodległości jest oczywiście w „Dzienniku” Miron Białoszewski – centralna dla duchowej drogi Sobolewskiego postać tamtych czasów. Odnajdujemy go pod koniec życia, schorowanego, ale wciąż walczącego o swoją „jedyność”, mistrza udanej egzystencji. Poznali się w 1970 r., a o tej niezwykłej znajomości wiemy dużo z książki „Człowiek Miron”, którą Sobolewski opublikował parę lat temu. W „Dzienniku” spotykamy jeszcze raz, na prawach gatunkowego palimpsestu, tę jedną z bardziej barwnych postaci polskiej literatury.

Lata 80. to scena generalna, na której łatwo było, jak pisze z przekąsem Sobolewski, zostać artystą. Wielcy polskiej kultury, jak Kutz, Wajda, Zanussi, przenikają do tych zapisków jak dobre sny w koszmarnej jawie. Nomen omen śni się Sobolewskiemu Wajda wespół z Karolem Wojtyłą, napomykając o etycznych obligacjach człowieka i artysty. Flauta społeczna po karnawale Solidarności sprzyja nawiązywaniu silnych relacji przyjaźni. Chyba ostatni raz w Polsce ludzie mniej więcej wiedzą, co jest białe, a co czarne, ale czekają na nowe otwarcie, na generalną zmianę ustrojowej dekoracji. Jakże symptomatyczne jest stwierdzenie Krzysztofa Kieślowskiego, czynione już po przemianach 1989 r., że Polacy, zamiast po prostu żyć, z uporem maniaka czekają na tego życia zmianę. Rzeczywistość wydaje im się permanentnym niedogonem, stanem pośrednim, formą niedokończoną.

Wchodząc w dekadę lat 90., Sobolewski czujnie przypatruje się tym zmianom. Staje się obieżyświatem, jako krytyk zjeżdża wszystkie najważniejsze festiwale filmowe, a jednocześnie kultywuje „kulturę domową”. Dawno nie spotkałem się z tak czułym, a zarazem wielokątnym opisem najbliższego kręgu rodzinnego, rządzącego się prawem szczególnych emocji i intensywnych napięć, a co za tym idzie traum. Kultura domówki i krąg rodzinny to dla Sobolewskiego pojęcia niezmiernie szerokie. On sam z latami stał się centrum pewnego kręgu. Obejmuje on ludzi metrykalnie pokrewnych, ale światoodczuciem promieniuje też na młodszych. Sporo miejsca w „Dzienniku” zajmują opisy duchowych enklaw, które, wzorem Białoszewskiego, sobie tworzył. Razem z żoną Anną otwierał się na doświadczenia innych religii. Z dziesiątkami starych i nowych przyjaciół współtworzył inicjatywy samorządowe. Zjawiał się wszędzie tam, gdzie kultura budowana była w sposób oddolny.

Tak było w przypadku Instytutu Mikołowskiego, gdzie do dzisiaj pracuję. Sobolewski był u początków jego powstania. Od połowy lat 90. widywaliśmy się w prowincjonalnym miasteczku. Bez kompleksów uczył nas, jak mieć zupełnie nieprowincjonalne ambicje i jak się ich nie wstydzić. Jego polityczność była i jest obywatelstwem ojczyzn małych i dużych. W głębokim sensie Tadeusz Sobolewski zapisał w swojej eseistyce i diarystyce maksymalnie udaną egzystencję międzyludzką. Jakże mocno dziś brzmią zapiski o polskim Kościele, o naturze polskiej, wykluczającej religijności. Łatwość, z jaką manifestowano zbiorowo wiarę w czasach politycznej opresji, przepoczwarzyła się w instrument społecznej represji, narzędzie stygmatyzacji i bat na ponowoczesne czarownice. Swój dziennik kończy Sobolewski w 2000 r. Nowe milenium jest starym czekaniem na zmianę. Przyszłość okazuje się jeszcze jednym zdaniem dorzuconym do przeszłości. Glosą, którą jest nasze, przeżyte bez resentymentu, życie.

***

Krzysztof Siwczyk, jedyny w Polsce poeta, który jest jednocześnie krytykiem literackim, felietonistą oraz aktorem (zagrał świetnie głównego bohatera filmu Lecha Majewskiego „Wojaczek”). W 2016 r. wydał tom wierszy „Jasnopis”. Pracuje w Instytucie Mikołowskim znajdującym się w domu, w którym mieszkał Rafał Wojaczek. Ostatnio wydał tom wierszy „Mediany” (2018 r.) i prozę „Bezduch” (2018 r.).

Polityka 14.2019 (3205) z dnia 02.04.2019; Kultura; s. 86
Oryginalny tytuł tekstu: "Przyszłość już była"
Reklama

Czytaj także

Świat

NIEMCY: Berlin ciągnie do Moskwy

Osiem dekad po pakcie Ribbentrop-Mołotow w Niemczech rośnie presja na kolejną odwilż w relacjach z Rosją. Działania polskiego rządu raczej nie studzą tego zapału.

Adam Krzemiński
02.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną