Kultura

„Boże Ciało” Komasy i inne oscarowe niespodzianki

Kadr z filmu „Boże Ciało” Kadr z filmu „Boże Ciało” mat. pr.
Film Jana Komasy pokonał mocną konkurencję. Sukces wydaje się tym większy, że drugi rok z rzędu polskie kino przeżywa dni chwały, zdobywając hollywoodzkie, elitarne nominacje.

Mało kto wierzył, że „Boże Ciało” Jana Komasy znajdzie się w oscarowym raju. I to w tak znakomitym towarzystwie, m.in. obok koreańskiego laureata Złotej Palmy w Cannes „Parasite” i arcydzieła Pedro Almodóvara „Ból i blask”. Ziścił się więc sen młodych, nieznanych szerzej na świecie polskich twórców, którzy zapewne nie cieszyliby się z tego sukcesu, gdyby nie hojne wspomaganie PISF oraz ciężka praca całego sztabu promującego ich film za oceanem. Sukces wydaje się tym większy, że drugi rok z rzędu polskie kino przeżywa swoje dni chwały, zdobywając hollywoodzkie, elitarne nominacje. „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego też nie była komercyjnym hitem, również nie wdzięczyła się do gustów słabiej wyrobionej publiczności. A jednak poszły na nią tłumy.

Kariery przed twórcami „Bożego Ciała”

Film Komasy pokonał mocną konkurencję. Między innymi czeskiego „Malowanego ptaka” Vaclava Marhoula, ekranizację powieści Jerzego Kosińskiego. Czy rosyjską „Wysoką dziewczynę” Kantemira Bałagowa, inspirowaną prozą białoruskiej noblistki Swietłany Aleksijewicz.

W drodze na szczyt wcale nie miał łatwo. Wcześniej „Boże Ciało” odrzucili selekcjonerzy canneńscy, film nie dostał się do głównego konkursu w Wenecji. Nie zdobył nawet głównej nagrody w Gdyni. Niesiony był przede wszystkim silnymi emocjami widzów, którzy jako pierwsi zwykle doceniali ogromny potencjał historii o fałszywym księdzu. Dramat chłopaka z poprawczaka, który kłamiąc i przekraczając kościelne reguły gry, czyni dobro, uzdrawia chore na nienawiść dusze – przemawia pod każdą szerokością geograficzną. Niezależnie od tego, czy oglądają go skłóceni polscy katolicy, czy amerykańscy ewangelicy. Uniwersalna w wymowie opowieść została tak skonstruowana, że chwyta za serce każdego.

Nominacja do Oscara w kategorii „najlepszy film międzynarodowy” (dawniej nieanglojęzyczny) dla „Bożego Ciała” otworzy zapewne świetlane perspektywy jego autorom, tak jak uczyniła to „Zimna wojna”, po której eksplodowała międzynarodowa kariera Tomasza Kota czy Joanny Kulig. Bartosz Bielenia, wybrany parę dni temu przez European Film Promotion jednym z dziesięciu najbardziej obiecujących młodych talentów aktorskich naszego kontynentu, może liczyć na więcej. Przed Janem Komasą rysuje się zawrotna kariera reżyserska, nie wiadomo tylko, na jaką propozycję się teraz skusi. W planach jest amerykański serial na podstawie „Bożego Ciała” – to z kolei szansa dla Mateusza Pacewicza, scenarzysty. Ale nie popadajmy w euforię.

Jan Komasa: W „Bożym Ciele” kłamca wydobywa z ludzi prawdę

„Parasite” faworytem do Oscarów

Faworytem w tej kategorii nie jest obraz Polaka, tylko Koreańczyka Bong Joon-ho, nominowany zresztą jeszcze w kilku innych kategoriach, m.in. za reżyserię i najlepszy film roku. W sumie ma sześć nominacji, co należy uznać za wyjątkowy wyczyn. Przed Bong Joon-ho niewielu obcokrajowcom udawało się zdobyć podwójną nominację: za reżyserię i film nieanglojęzyczny. Na krótkiej liście figurują jedynie największe sławy: Bergman, Haneke, Cuarón czy Pawlikowski.

Bong jest również drugim dopiero azjatyckim twórcą – po Angu Lee – który otrzymał nominację za najlepszy film roku. Branżowy „The Hollywood Reporter” ocenił, że to mocno zawstydzająca statystyka, biorąc pod uwagę, że w Azji mieszka ponad połowa światowej populacji, nie wspominając o zasługach takich geniuszy jak Akira Kurosawa, Satyajit Ray, Wong Kar-Wai czy Hayao Miyazaki.

Kadr z filmu „Parasite”Gutek FilmKadr z filmu „Parasite”

Sporym zaskoczeniem są też dwie nominacje dla macedońskiej „Krainy miodu” Tamary Kotevskiej i Ljubomira Stefanova (najlepszy dokument i film międzynarodowy). Mały wielki film ujmuje prostotą i delikatnością metafory opisującej wizję wiszących nad światem globalnych konfliktów, przyczyniających się do powolnej agonii naszej planety.

Bong Joon-ho dla „Polityki”: Moi bohaterowie myślą o sobie jak o kosmitach

Kogo Akademia docenia, kogo przeocza

Akademicy słusznie docenili też artystyczną wagę (sześć nominacji) nietypowej, autorskiej groteski „Jojo Rabbit” Taika Waititi o bujnej wyobraźni kilkuletniego chłopca poddawanego faszystowskiej indoktrynacji. W tajemnicy przed wszystkimi uznaje on Adolfa Hitlera za swego najlepszego przyjaciela. Film, nieuchronnie kojarzący się z komedią „Życie jest piękne” Roberto Benigniego, wywołuje szok i niedowierzanie, że z tak mało zabawnego tematu można wycisnąć aż tyle łez wzruszenia. Cieszy również niespodziewane wyróżnienie za zdjęcia dla „The Lighthouse” (szkoda, że nie dostrzeżono świetnych kreacji Willema Dafoe i Roberta Pattinsona). Oraz pierwsza w długiej karierze nominacja aktorska Antonio Banderasa.

Czytaj także: Jak się gra u Almodóvara

Wśród tegorocznych szczęśliwców ubiegających się o cenne statuetki po raz kolejny rzuca się w oczy mocna dominacja mężczyzn oraz pominięcie czarnoskórych artystów. Na nominację reżyserską nie zasłużyła żadna kobieta, chociaż Greta Gerwig („Lady Bird”) śmiało mogłaby konkurować z najlepszymi. Jej ekranizacja powieści „Małe kobietki” Louisy May Alcott, jednej z pionierek feminizmu, należącej do światowego kanonu literatury o dorastaniu, buncie przeciw społecznym oczekiwaniom i balansowaniu między potrzebą niezależności a miłością, może nie jest opowiedziana nowoczesnym językiem. Ale zbiera celnie doświadczenia wielu pokoleń kobiet, ukazując je w lustrze XIX-wiecznego, patriarchalnego społeczeństwa. „Małe kobietki” mają sześć nominacji, w tym sensacyjną, bo czwartą dla Saoirse Ronan, zaledwie 25-letniej aktorki, która niewykluczone, że pokona mocno w tym roku faworyzowaną Renée Zellweger („Judy”).

Dla kogo Oscary w najważniejszych kategoriach

W czołówce najgorętszych tytułów, między którymi ma się rozegrać pojedynek w najważniejszych kategoriach, faworytów było do tej pory czterech, a ogłoszone nominacje to tylko potwierdziły. Jeśli utrzyma się antysentyment do Netflixa, który w sumie zebrał 24 nominacje, bijąc po raz pierwszy tradycyjne studia hollywoodzkie pod względem liczby nominowanych tytułów, to „Irlandczyk” Martina Scorsesego może się okazać największym przegranym. „Joker”, chociaż ma o jedną nominację więcej niż „Irlandczyk”, „Pewnego razu w... Hollywood” i „1917” (wszystkie po 10), nie stał się przez to lepszym widowiskiem. Niewykluczone więc, że 9 lutego czeka nas wieczór zupełnie nieoczekiwanych rozstrzygnięć.

Na planie filmu „Irlandczyk”Niko Tavernise/NetflixNa planie filmu „Irlandczyk”

Stosunkowo najmniej znany, za to coraz głośniejszy staje się z tej czwórki wojenny dramat Sama Mendesa. Ale to rezultat doskonałego PR i celowo opóźnionej dystrybucji. „1917” wszedł do kin zaledwie kilka dni temu, podbudowany dwoma Złotymi Globami, co rozbudziło tylko ciekawość. To wyjątkowo piękny spektakl rozegrany w okopach I wojny światowej, operatorski majstersztyk zaprojektowany tak, aby składał się z dwóch ujęć kamery (podobnie jak „Birdman”).

Osiągnięcia wizualne są niezaprzeczalne, lecz pozbawiona głębszej psychologii fabuła przypomina niestety grę komputerową i pewnie dlatego szczególnie młodym widzom będzie się podobać. W wędrówce dwóch brytyjskich żołnierzy przez ziemię niczyją w północnej Francji, którzy mają ostrzec kompanów przed pułapką zastawioną przez Niemców, trudno się doszukać dramatyzmu porównywalnego choćby do epopei Kubricka czy Coppoli. Za to czasy mamy bardziej skomplikowane, więc może dlatego takie uproszczenia wydają się odkryciem.

Martin Scorsese: Entuzjazm mieszał się ze strachem

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Dawni medycy i lekarscy kaci

Balwierze, wyrwizęby i kaci, czyli dawni medycy i ich terapie.

Dariusz Łukasiewicz
17.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną