Kultura

Lepszy Bayer Full niż Kult, czyli spór o rządowy fundusz

Sylwestrowy koncert grupy Bayer Full w Zakopanem, 2017 r. Sylwestrowy koncert grupy Bayer Full w Zakopanem, 2017 r. Łukasz Gagulski / Forum
Gdyby skandal z Funduszem Wsparcia Kultury nie istniał, należałoby go wymyślić. Z pomocą jednej rządowej dotacji udało się poróżnić środowisko twórców i znaleźć nową grupę, do której Polacy mogą czuć niechęć. I to nie wydając złotówki.

Rekonstruując wydarzenia wokół funduszu wsparcia dla związanych z kulturą podmiotów gospodarczych, można prosto prześledzić poziom nieufności do państwa. Zgłoszenia do programu od początku przyjmowano wedle bardzo dyskusyjnych kryteriów. Informacje o tym, że w ostatecznym rozrachunku pieniądze dotrą do najbogatszych, podawała już kilka miesięcy temu strona bezprawnik.pl. Założenie, że rządowa pomoc ma rekompensować utracone zyski, zamiast dać pieniądze na przeżycie, w oczywisty sposób przełożyło się na kosmiczną nierówność dopłat między artystami popularnymi a instytucjami kultury wyższej. W dodatku wybór tylko firm związanych z kulturą, a nie poszczególnych osób, doprowadził do tego, że olbrzymia liczba pracowników sektora ponownie zostanie bez wsparcia.

Czytaj też: Minister Gliński coraz mocniejszy, ale wciąż za słaby

Jak bracia Golec stali się memem

Po ujawnieniu listy beneficjentów programu nie trzeba było długo czekać, aż media wyłowią spośród tysięcy instytucji nazwiska popularnych artystów z najwyższymi przyznanymi kwotami. Nietrudno zrozumieć niezadowolenie – a raczej niezrozumienie – gdy zespoły disco polo dostają dotacje niemal równe tym, które trafiają do teatrów czy filharmonii.

Kryterium rekompensaty dochodów okazało się nieuczciwe, ale też obnażyło smutną prawdę o dysproporcjach finansów w kulturze. Zwłaszcza między dużymi zespołami muzyki popularnej a niewielkimi instytucjami w mniejszych miejscowościach. Setki tysięcy złotych dla grupy Bayer Full zestawione z 40 tys. zł dla Teatru w Łomży doskonale obrazuje rozwarstwienie w całym sektorze.

Czytaj też: A ja sobie się bawię. Disco polo wkracza na salony

Co ciekawe, niezadowolenie scedowano nie tylko na rząd. To, kto i ile dostał środków, stało się sprawą branżową. Niektórzy artyści uznali za stosowne publicznie zapewnić, że oni tych pieniędzy nie zobaczą – jak Taco Hemingway czy Perfect. Niektórym instytucjom wytknięto (m.in. teatrom należącym do Krystyny Jandy), że łączą krytykę władzy z wnioskami o rządowe dofinansowanie. W sieci pojawiło się od razu zdjęcie Kamila Bednarka z Andrzejem Dudą, a bracia Golec stali się memem. Hitem internetu został zaś post Kazika, który stwierdził, że to kasa skradziona obywatelom i powinno się ją przeznaczyć na ochronę zdrowia. Beata Kozidrak – niedawno oklaskiwana za parodię „rapu” Dudy w ramach #16hotchallange – zaczęła budzić podejrzenia. Przyzwoici ludzie powinni mieć oszczędności, a nie sięgać po rządowe wsparcie.

Wspieranie kultury? Niemoralne!

Przekonanie, że za dotację trzeba będzie zapłacić artystyczną pokorą (lub, ewentualnie, że jest ono jej pokłosiem), też pojawiło się dość szybko. Do sieci trafił fragment regulaminu przyznawania środków z funduszu – osoba, która otrzyma dotację, będzie musiała o tym informować przy kolejnych projektach i postach w mediach społecznościowych. Ale już fakt, że takie zapisy dotyczą właściwie każdego rządowego wsparcia i wynikają z potrzeby transparentności, niekoniecznie przebił się w debacie. Wizja władzy, która kupuje artystów i wspiera swoich (jak zauważono, wiele nagrodzonych zespołów występowało w TVP), była prostsza do wyobrażenia.

Nie trzeba też było długo czekać na opinie, że wydatkowanie kilkuset milionów złotych na kulturę w momencie, gdy ochrona zdrowia chyli się ku upadkowi (czy nawet ów upadek już zaliczyła), jest niewłaściwe ze strony państwa. Zadziałał dobrze znany mechanizm oburzenia: dlaczego pieniądze ma dostać zespół Weekend, skoro pielęgniarki nie mogą się doprosić o podwyżki?

Odnosiło się wrażenie, że zdaniem wielu Polaków dofinansowywanie kultury jest samo w sobie niemoralne. Jest w tym wszystkim też poczucie, że pewnym artystom zabrakło po prostu przyzwoitości, by nie sięgać po dofinansowanie, jeśli nie znaleźli się akurat w trudnej sytuacji finansowej.

Czytaj też: Papież z głazem i nie tylko. Resort kultury zalicza hattrick

Fundusz Wsparcia Kultury na papierze

Tymczasem jeśli pominiemy błędnie wybrany algorytm wsparcia, to sam schemat działania Funduszu nie jest szczególnie dyskusyjny. Wsparcie dla podmiotów związanych z kulturą jest wstępnie pomniejszane o przyznaną już pomoc. Kwoty mogą się więc bardzo różnić – jeśli instytucja dostała pieniądze z tarczy pomocowej, to dostanie mniej z funduszu. Pieniądze mają zabezpieczyć zatrudnienie w firmach, a potem zostaną rozliczone na podstawie faktur. W założeniu nie idą do prywatnych kieszeni, ale mają wrócić do firm, gwarantując im przetrwanie.

Na papierze nie brzmi to źle. Choć oczywiście – znając polską słabość do przekrętów – można założyć, że mechanizm nie zawsze zadziała jak należy. Trzeba też pamiętać, że wielu niezależnych twórców, niemających własnej działalności gospodarczej, nigdy tych pieniędzy nie zobaczy.

Czytaj też: Łaska państwa. Joachim Brudziński o twórcach

Dziel i rządź, kultura lepsza i gorsza

Dyskusja o tym, jak dotować kulturę, jest istotna. Ale zastąpił ją środowiskowy spór o to, komu grał Bednarek, co lider Bayer Full myśli o twórczości Kazika, a ile osób chodzi na koncerty Kultu. Rozmowa o tym, kto i jakie dofinansowanie powinien otrzymać, zamieniła się w dyskusję o tym, czyja kultura jest lepsza: utożsamiane z wyborcami PiS disco polo kontra krytykujący prezesa Staszewski czy niezgłaszający się po pieniądze Taco Hemingway.

Mamy więc ostatecznie nie tylko spór w środowisku artystycznym, ale też nieufność do twórców. Znając zasadę, wedle której działa obecna władza, czyli „dziel i rządź” – wyszło idealnie. Polacy czują niechęć do kolejnej grupy zawodowej, tym razem do celebrytów. I tylko nikt nie myśli o Teatrze w Łomży. Czy dotrwa do momentu, gdy minister Gliński ustali, jak te pieniądze rozdać sprawiedliwie.

Czytaj też: Nowy sezon teatralny? Ale jaki sezon?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Prof. Marcin Król: Obyśmy znów nie byli głupi

Prof. Marcin Król, historyk idei, o tym, że czeka nas koniec starego świata i nic dobrego z tego na razie nie wyjdzie.

Jacek Żakowski
01.01.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną