„Polityka”. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

SUBSKRYBUJ
Kultura

Cannes 2021. Święta lesbijka w głośnym filmie Paula Verhoevena

Kadr z filmu „Benedetta” Kadr z filmu „Benedetta” mat. pr.
Przemoc i erotyzm w perwersyjnej otoczce zawsze kusiły Holendra Paula Verhoevena. W „Benedetcie”, chyba najbardziej skandalizującym filmie konkursowym, zakazany seks uprawia stygmatyczka uznana przez otoczenie za świętą.

Już w „Nagim instynkcie”, „Showgirls” czy ostatnio w „Elle” Verhoeven epatował wyzwolonym z poczucia grzechu podejściem do cielesności. Jednak w „Benedetcie” upodobanie do przedstawiania rozwiązłej kobiecej seksualności reżyser łączy z autentycznym żywotem mistyczki, wyjątkowo silnej i ambitnej zakonnicy żyjącej w XVII w. w Toskanii. Oddana przez zamożną rodzinę w wieku dziewięciu lat do żeńskiego zakonu teatynów w Pescia, Benedetta Carlini była początkowo wzorem posłuszeństwa i wybrania, odkrywając zarazem w sobie homoseksualność. Miała wizje, ukazywał się jej Jezus ukrzyżowany, scałowywała krew i rany syna bożego, mówiła jego głosem, by potem zostać wyklęta, stać się symbolem upadku i hańby Kościoła. Film to wszystko skrupulatnie odnotowuje, tyle że w konwencji wpół żartobliwej, łącząc ekstazy z dążeniem do władzy, odkrywaniem seksualności, zaspokajaniem pożądania, które były dla bohaterki najważniejsze.

Paul Verhoeven o „Elle”, perwersji, przemocy i Jezusie

Emancypacja kobiet, hipokryzja kleru

Judith C. Brown, specjalistka od włoskiego renesansu i dziekan College of Arts and Humanities w Minerva Schools w San Francisco, w głośnej (niestety nie u nas) książce „Akty nieskromne – życie zakonnic lesbijek w renesansowych Włoszech”, na podstawie której powstał scenariusz, nie rozstrzyga prawdziwości tych wizji. Podobnie czyni Verhoeven, bawiąc się niepewnością co do ich pochodzenia. Większość filmu poświęca jednak uważnemu śledzeniu rozwoju romansu między skomplikowaną, nieprzejrzystą wewnętrznie Benedettą a niewinną, niepiśmienną wieśniaczką szukającą za murami ratunku przed molestującym ojcem i gwałcącymi ją braćmi. Wyłania się z tego fascynujący portret nie tylko sfrustrowanych kobiet zmagających się z opresyjnym światem urządzonym przez mężczyzn. Ale i wyjątkowo zakłamanej epoki trawionej przez zarazę, potępiającej wszelką nieheteronormatywność jako diaboliczną.

Film ukazuje drogę oraz cenę, jaką trzeba zapłacić za emancypację. Jest lustrem ujawniającym hipokryzję kleru. Groteskowe, świadomie kiczowate obrazy męczeństwa, modlitw, szpiegowania ośmieszają kościelną maskaradę i religijny teatr. Wielkiego wstrząsu nie ma. Orgazm jako samopoznanie, nieszczerość przekonań, puste sacrum – wszystko ze sobą splecione może oczywiście drażnić Watykan i budzić wściekłość konserwatywnie nastawionych widzów, lecz dla kinomanów pamiętających choćby bluźnierstwa Kena Russella („Diabły”, „Dziki Mesjasz”) czy eksperymenty Pasoliniego („Dekameron”, „Salo”) nie będzie to żadnym zaskoczeniem.

Czytaj też: Intymność na dużym ekranie

Paul Verhoeven od Nowego Testamentu

Zajmując się biografią młodej, inteligentnej, pochodzącej z bogatego rodu zakonnicy, Verhoeven nie udaje, że chodzi tu o jakieś przekraczanie granic czy łamanie tabu. Reakcje przeorów, mniszek oraz zachowania nuncjuszów są na wskroś współczesne i przerysowane trochę tylko bardziej niż w serialu „Nowy papież” Sorrentino. I tak jak tam obnażają raczej cynizm, wolę przetrwania oraz strach przed śmiercią niż walkę o zbawienie. Za kulisami obyczajowych intryg i oskarżeń o niemoralne prowadzenie się toczy się bezwzględna gra o władzę i przywileje. Wygrywają najsprytniejsi, ci, co potrafią lepiej manipulować innymi.

Dla tych, co w Verhoevenie, autorze „Pamięci absolutnej”, „RoboCopa” i „Żołnierzy z kosmosu”, widzą mało wyrazistego rzemieślnika czerpiącego natchnienie z komiksowych widowisk klasy B, jakby na usprawiedliwienie jego poważniejszych ambicji w niektórych canneńskich recenzjach zostało przypomniane, że jest on również współautorem powieści historycznej „Jezus z Nazaretu”, wydanej i przełożonej na wiele języków w 2007 r. A także uczestnikiem elitarnego seminarium prowadzonego przez uczonych biblistów, m.in. Raymonda Browna, Jane Schaberg i Roberta Funka, poświęconego m.in. ustaleniu prawdziwości wydarzeń opisywanych w Nowym Testamencie. Kompetencji nie sposób mu więc odmówić.

Czytaj też: Uciekające zakonnice milczą o tym, co za murami

„Benedetta” arcydziełem nie jest

Niemniej „Benedetta” arcydziełem na pewno nie jest. Imponuje godnym podziwu dystansem i ostrą, ubraną w historyczny kostium satyrą. Verhoeven rzuca wyzwanie nie tyle wierze, ile chrześcijańskiej ortodoksji. Głębsze pytanie postawione przez Holendra – słusznie zauważa „The Hollywood Reporter”, chwaląc przenikliwość i luz reżysera – dotyczy tego, co tak naprawdę oznacza szczerość w czasach, w których kobiety mają mocno ograniczoną sprawczość. Bycie zakonnicą to rezygnacja z cielesnych pragnień i ograniczenie swobód społecznych. A zarazem jedyny sposób na osiągnięcie jakiejkolwiek wolności, nawet jeśli oznacza to przebywanie w więzieniu.

Czytaj też: Jak „to” się robi na ekranie

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Wymarsz z religii

W szkołach średnich, w dużych miastach, uczestniczący w lekcjach religii to już mniejszość. Topniejąca z roku na rok.

Joanna Podgórska
01.12.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną