Kultura

Przewijając do początku. Kaseta VHS kończy 45 lat!

Kaseta VHS kończy 45 lat. Kaseta VHS kończy 45 lat. JC Gellidon / Unsplash
Kasety VHS na zawsze zmieniły sposób, w jaki oglądamy filmy i seriale. Stały się też jednym z symboli lat 80. i 90. A zmarły niedawno Tomasz Knapik, jeden z najsłynniejszych lektorów w historii polskiego przemysłu rozrywkowego, czytał prawie wszystko.

Gdy 45 lat temu w jednym z tokijskich hoteli prezentowano JVC HR-3300, pierwszy odtwarzacz kaset VHS, mało kto się chyba spodziewał, jak wielka rewolucja w branży rozrywkowej właśnie się zaczyna.

Dzisiaj, w świecie streamingu, telewizorów z funkcją nagrywania, a nawet płyt Blu-ray, oglądanie tego, co chcemy i kiedy chcemy, wydaje się naturalne. Przez dekady ludzie, którzy nie byli milionerami mogącymi wypożyczyć lub kupić taśmę z filmem i odtworzyć ją w prywatnym kinie – Howard Hughes słynął z tego, że prawie codziennie puszczał sobie w prywatnym kinie „Stację Arktyczną Zebra” (zanim zbudował własną salę projekcyjną, film ten regularnie leciał w należącej do niego stacji telewizyjnej; jak przegapił któryś z ulubionych fragmentów, to dzwonił, żeby cofnięto transmisję) – jeśli chcieli obejrzeć coś, co nie jest najnowszym hitem akurat wyświetlanym na srebrnym ekranie, zdani byli na osoby układające kinowe retrospektywy albo telewizyjne ramówki. I oczywiście musieli swoje życie dopasować do tego, w jakich godzinach dany film, serial lub inna produkcja jest emitowana.

Czytaj też: Winyle, kasety, polaroidy. Stare wraca do łask

Trudy nagrywania

Nagrywanie, archiwizowanie i odtwarzanie przez dekady było na tyle trudne logistycznie i kosztowne, że nie tyle nie było dostępne dla konsumentów – nie robili tego nawet sami twórcy. Z tego powodu znaczna część twórczości z pierwszych dekad telewizji przepadła bezpowrotnie, chociażby prawie 100 odcinków „Doktora Who”. Ówcześni fani seriali, nie mając możliwości nagrywania ich obrazu, nagrywali sam dźwięk na magnetofony szpulowe. Tak John McPhee, słynny reporter magazynu „New Yorker”, wspominał próby uzyskania zapisu meczu tenisowego na potrzeby artykułu, który pisał w latach 60.: „W tamtych czasach były rzeczy nazywane kineskopami, monitor telewizyjny nakręcony kamerą filmową, bardzo złej jakości. Gdy zadzwoniłem do telewizji o taką kopię, za którą magazyn miał zapłacić, powiedzieli, że mam szczęście, bo tego popołudnia, to było kilka tygodni po meczu, taśma miała być wymazana”.

Czytaj też: Teraz świat oglądamy w 8K

Wojny formatów

Pierwsze nagrywarki wideo wykorzystujące taśmę zaczęły powstawać w latach 50. i 60., ale ich cena była tak wysoka, że nie były dostępne dla zwyczajnych użytkowników. W połowie lat 70. zaczęło się to zmieniać, chociaż wcale nie było powiedziane, że to VHS okaże się zwycięzcą. Rok wcześniej Sony wypuściło swoją wersję kasety – Betamax. I podobnie jak w wielu innych przypadkach (pamiętacie jeszcze o HD DVD?) rozpoczęła się tzw. wojna formatów.

Betamax miał swoje zalety – wszedł na rynek szybciej, a kasety były mniejsze i oferowały lepszą jakość obrazu, ale VHS wygrał wojnę z dwóch powodów. Po pierwsze, JVC poparli inni japońscy producenci sprzętu elektronicznego (z ówcześnie największym, Panasonic, na czele), którzy obawiali się zbyt dużego wzrostu Sony, jeśli to ich format wygra wojnę. Drugi powód był dużo ważniejszy – kaseta VHS w swojej podstawowej wersji pozwalała na nagranie dwóch godzin materiału, a więc mógł się na niej zmieścić cały pełnometrażowy film. Betamax początkowo miał pojemność 60 minut. Zanim Sony wprowadziło kasety o większej pojemności, wojna była już przegrana.

Na Zachodzie VHS pojawiły się w 1977 r. W latach 80. stały się już podstawowym elementem branży rozrywkowej, zaczął też docierać nawet do tak peryferyjnych rynków jak kraje komunistyczne, w tym Polska. Na ich plecach powstały ogromne fortuny, a ludzie zdobyli sławę.

Czytaj też: Lata 90. Zapomniana dekada wraca w popkulturze

Fortuna i sława z taśmy

ITI, lepiej znane jako firma, która stworzyła TVN, zaczynała od dystrybucji kaset wideo, a konkretnie, w 1984 r., od nagranych na nie kabaretów... Jana Pietrzaka (życie potrafi być przewrotne). W 1992 r. „Gazeta Wyborcza” nazywa ITI już „największym dystrybutorem kaset”. Tak wielkim, że na targach podszywają się pod nich piraci.

Zmarły w poniedziałek Tomasz Knapik, jeden z najsłynniejszych lektorów w historii polskiego przemysłu rozrywkowego, czytał prawie wszystko – od nazw przystanków autobusowych w stołecznej komunikacji po podrzędne niemieckie filmy erotyczne. Dla wielu osób będzie jednak synonimem kaset z amerykańskimi filmami akcji z lat 80. W internecie w serwisach ogłoszeniowych bez problemu można znaleźć kasety, które sprzedawane są z dopiskiem „UNIKAT KNAPIK”. W 2019 r. jedna z nich, zachowana w znakomitej kondycji, z filmem „Terminator”, została wylicytowana za 450 zł.

Sposób, w jaki początkowo dystrybuowano kasety, wymusił powstanie jeszcze jednego, dziś już nieistniejącego elementu kultury – wypożyczalni. Początkowo cena kaset w USA była tak wysoka – z reguły od 80 do nawet powyżej 100 dol. – że kupowali je tylko najwięksi fani. Reszta zmierzała do wypożyczalni, gdzie w dużo niższej cenie mogła wejść w jej posiadanie na kilkadziesiąt godzin. Podobne przybytki rozlały się po całym świecie. W 1992 r. w Polsce wypożyczenie kasety z nowym filmem kosztowało 8–9 tys. zł, czyli tyle co dziewięć jaj lub 3 kg ziemniaków. W niektórych wypożyczalniach dało się dostać też o jedną trzecią tańsze pirackie wersje. Powstała w 1985 r. amerykańska sieć wypożyczalni Blockbuster u szczytu świetności miała ponad 9 tys. punktów i 84 tys. pracowników. Najsłynniejszą wypożyczalnią w historii jest chyba kalifornijskie Video Archives, w którym przez pięć lat za kasą stał młody Quentin Tarantino.

VHS w piwnicy. Nostalgiczny powrót

W 1996 r. pojawia się format DVD, który przesądza o końcu VHS. W 2003 r. po raz pierwszy w USA prześciga on kasety w swojej popularności. Ostatni hollywoodzki film w tym formacie pojawił się 15 lat temu, w 2006 r. To „Historia przemocy” Davida Cronenberga. Był jednak świat, gdzie VHS zagościł na dłużej – prywatne, amatorskie nagrania wideo. Ostatnie odtwarzacze z taśm produkcyjnych zeszły zaledwie pięć lat temu – do 2016 r. miała je w swojej ofercie firma Funai.

Jednocześnie VHS zaczął się coraz częściej pojawiać nie jako rząd kaset, jakie mamy na półce, i kawałek elektroniki, jaki stoi pod telewizorem, tylko jako element popkultury. Dziś jest powszechny, szczególnie w przypadku dzieł stylistyką odwołujących się do lat 80. lub 90. Mamy nawiązujące do nich okładki książek (np. „Miasto noży” Wojciecha Muchy) i teledyski utrzymane w stylistyce nagrań VHS (np. projekt „ArtBrut” Pro8l3mu). Mamy akcje promocyjne filmów, które wychodzą w małych nakładach na kasetach (np. horrory „V/H/S/2” i „Dom Diabła” odwołujące się do klasyki gatunku z lat 80.).

Wreszcie mamy szalenie popularne (przynajmniej przed pandemią) pokazy „najgorszych filmów świata” w stylu „VHS Hell”, na których tłumy bawiły się do rozpuku przy mniej wybitnych dziełach dystrybuowanych w tym formacie. Dziś pewnie wielu z nas gdzieś w piwnicy jest w stanie znaleźć jakąś zakurzoną kasetę, z odtwarzaczem pewnie będzie gorzej. Ale jako symbol minionych lat jest wszechobecna.

Czytaj też: (Nie)dyskretny urok lat 90.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Polska ma ludzi na sumieniu. A ja? Co z moim sumieniem?

Taktyka stanu wyjątkowego i bezwzględnych pushbacków nie przyniosła spodziewanych rezultatów. Łukaszenka nadal prowadzi swój sabotaż, a nawet go nasila. Polska ma ludzi na sumieniu. A ja? Co z moim sumieniem?

Renata Lis
23.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną