Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Kultura

Piotr Bratkowski (1955–2021). Żegnaj, przyjacielu

Piotr Bratkowski (1955–2021) Piotr Bratkowski (1955–2021) Marek Szczepański / Newsweek Polska
Nie żyje Piotr Bratkowski, poeta, pisarz, dziennikarz. Mój przyjaciel.

Piotra poznałem tuż przed maturą, w uniwersyteckim klubie Sigma, wiosną 1975 r. Studiował polonistykę i pisał wiersze. Do Sigmy, mieszczącej się w suterenie przy małym dziedzińcu na centralnym kampusie UW, zaglądałem już wcześniej, głównie na koncerty jazzowe, ale wtedy okazja była inna: wieczór poetycki nowo utworzonej grupy Moloch, której Piotrek był nieformalnym liderem.

Piotr Bratkowski. Poezja z rysem osobistym

W tamtym czasie chyba każdy licealista chciał być poetą. Mody literackie przenikały młode umysły równie mocno co muzyka rockowa i świeżo wykreowana legenda kontrkultury. Piotrek lokował się w centrum tych fascynacji. Nosił brodę i długie włosy, kolekcjonował płyty i taśmy najważniejszych artystów anglosaskiego rocka i folku, a jego wiersze przypominały czasem potoczyste frazy poematów Ginsberga.

Potem do jego prywatnej listy poetyckich lektur dołączyli Blaise Cendrars, Josif Brodski, a wreszcie Frank O’Hara, który w późnych latach 80. stał się literackim patronem Marcina Świetlickiego i innych poetów publikujących w podziemnym piśmie „bruLion”. Mimo tych wszystkich inspiracji poezja Piotrka zawsze miała rys osobisty, a wiersze o wiele częściej były efektem bardzo konkretnych, realnie doświadczonych zdarzeń i doznań niż lektur. Pamiętam choćby taką sytuację. Wczesna jesień 1978 r., stara kamienica na Ochocie, spotkanie towarzyskie w małym gronie. Wyszliśmy na balkon na papierosa: Piotrek, Antoni Pawlak i ja. W domu naprzeciwko zobaczyliśmy majaczące w przygaszonym świetle klatki schodowej sylwetki całującej się pary. Powstał z tego znakomity wiersz Piotra „Scena balkonowa”, trochę erotyk, trochę poetycki obrazek obyczajowy.

Autor odkrywa wszystko

Tak naprawdę Piotrek jako autor zawsze trzymał się blisko tej arcysubiektywnej, prywatnej, niekiedy intymnej perspektywy. Nie tylko w wierszach. Także w dwóch wydanych przez niego powieściach: „W stanie wolnym”, którą skończył pisać w 1980 r., i „Mieszkam w domu, w którym wszyscy umarli”, opublikowanej niemal cztery dekady po tamtej.

Pierwsza osnuta jest na historii pierwszego małżeństwa i rozwodu. O drugiej napisałem w recenzji dla „Polityki”, że „podobnie jak tamta ma charakter wybitnie osobisty, tyle że w swojej autobiograficzności posuwa się jeszcze dalej, aż do formuły wyznania, chyba najlepszej w konstruowaniu i rekonstruowaniu prywatnej, indywidualnej tożsamości. W tej opowieści z własnego życia autor odkrywa wszystko, co najważniejsze, także to, o czym kto inny wolałby nie mówić, jak choćby chore relacje z ojcem, traumy, obsesje, psychiczne załamania, nałogi, zawiedzione uczucia”.

Czytaj też: Nowa Fala. Poezja zbuntowana

Prywatna taśmoteka i publicystyka

Nawet w publicystyce dużo jest tego osobistego tonu. Nie przypadkiem swoje felietony o muzyce popularnej, które w latach 80. publikował w miesięczniku „Literatura”, sygnował nagłówkiem „Moja prywatna taśmoteka”. Później powstała z tego książka „Prywatna taśmoteka, czyli Słodkie lata 80.”. Jeśli lata 70. były dla niego dekadą poezji, to 80. pozostały niewątpliwie dekadą polskiego boomu rockowego.

Sekundowaliśmy temu zjawisku większą grupą. Piotrek pisał felietony, ja wespół z socjologiem Jurkiem Wertensteinem-Żuławskim organizowaliśmy półoficjalne seminarium poświęcone kulturze alternatywnej, gdzie polski rock przewijał się jako temat. Piotrek bywał na tych spotkaniach, a ze dwa razy gościł seminarium w swoim domu na Żoliborzu. Dlatego trochę mnie zaskoczyło, kiedy w pewnym momencie (już w czasach III RP) oświadczył, że nie będzie się już publicystycznie zajmował nową muzyką popularną, bo byłoby to udawanie kogoś dużo młodszego, niż się jest. Ale teraz widzę, że ta decyzja pozostaje w całkowitej zgodzie z opisaną wcześniej perspektywą autobiograficzną. Bo nawet kiedy wydał wywiad rzekę ze swoim rówieśnikiem Tomkiem Lipińskim („Dziwny, dziwny, dziwny”), to była to książka w dużej mierze wspomnieniowa, społeczno-obyczajowa, konfrontująca ze sobą dwie biografie (bohatera i autora), a do tego bardzo daleka od formuły dziennikarstwa muzycznego.

Jakim fajnym był kolesiem...

Szczególnym doświadczeniem lekturowym jest czytanie tekstów, których wątki tematyczne, opisane zdarzenia, niekiedy genezę i sytuację powstawania zna się „pozatekstowo”. Teraz, kiedy przypominam sobie wyobrażony przez Piotra w jego powieści sprzed roku jego pogrzeb („Paweł przypomni, jakim fajnym kiedyś byłem kolesiem. A Filip weźmie gitarę i zaśpiewa »Knockin’ On Heaven’s Door«, piosenkę Dylana, która kończyła moją pierwszą książkę. Oczywiście jeśli żaden z nich nie umrze przede mną”), przeżywam to jeszcze bardziej dojmująco… Żegnaj, Piotruś...

Czytaj też: Przewodnik po polskiej poezji współczesnej

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Diagnoza: borelioza. Ale czy na pewno?

W Polsce mnożą się fałszywe rozpoznania boreliozy. Oraz medycy, rzekomi specjaliści od tej choroby. A także rzekomi chorzy, spanikowani, że padli ofiarą kleszcza.

Paweł Walewski
07.11.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną