Kultura

Roald Dahl i jego niegrzeczne książki. Poprawiać czy wyrzucić?

Kadr z filmu „Matylda” Kadr z filmu „Matylda” mat. pr.
Wieści ze świata, w którym nie tylko ogląda się filmy, ale i czyta książki, na podstawie których powstały – otóż spadkobiercy Roalda Dahla wprowadzili nieco zmian w nowych wydaniach autora m.in. „Charliego i fabryki czekolady” czy „Matyldy”.

Powód – są to książki wyjątkowo niemiłe (jak i niezbyt miły – to eufemistyczne określenie „wrednego antysemity” – był sam autor); zawierają sformułowania, które nijak nie mieszczą się we współczesnej liberalnej wrażliwości. Cóż, chociaż żyjemy w świecie pełnym wrednych ludzi, to przynajmniej można budować inkluzywne narracje, tak jak robią to producenci zabawek takich jak Barbie czy Lego Friends. Podczas zabawy pastelowymi klockami odbywa się lekcja odpowiedzialnej architektury – domki dla laleczek mają teraz drzwi na tyle szerokie, że może przez nie przejechać figurka korzystająca z wózka. To pewien konkret, który można wziąć w rękę – ale oczywiście świat zmienia się także przez zmianę używanych słów.

Czytaj też: Dzieła poprawiane. Prawica grzmi o poprawności politycznej

Niegrzeczne słowa

The Roald Dahl Story Company, zarządzająca prawami autorskimi zmarłego w 1990 r. pisarza, zmian dokonała we współpracy z organizacją Inclusive Minds. Jak zauważa, poprawki są niewielkie – dotyczą wagi, zdrowia psychicznego, płci i rasy – np. Augustup Gloop z „Charliego…” nie jest już opisany jako „ogromnie gruby”, tylko „ogromny”. Zaś w „Czarownicach” zamiast normalnej kobiety pracującej jako „kasjerka lub maszynistka” pojawia się „słynna naukowczyni lub bizneswoman”.

Żyjemy w nieciekawych czasach, w których amerykańska fundamentalistyczna prawica usuwa z bibliotek książki oskarżane o propagandę LGBT (nieprzypadkowo z zachwytem patrzą na podobne działania putinowskiej Rosji), do sieci trafiają zdjęcia opustoszałych półek, nękani są nauczyciele. Sytuacja jest napięta, więc każde majstrowanie przy książkach budzi niepokój. Nawet jeśli jest zupełnie nieporównywalne z działalnością prawicowych nienawistników i bierze się ze szlachetnych pobudek. Poprawianie książek nieżyjącego autora kojarzy się z cenzurą – chociaż Dahl sam pozmieniał parę rasistowskich sformułowań w „Charliem…”, to w końcu zrobił to samodzielnie. Pozostaje też pytanie o granice tej grzeczności – czy pokazywanie silnych kobiet (naukowczyni, szefowa) musi oznaczać wymazywanie kasjerek?

Popularność Dahla nie słabnie ze względu na jego sławę wzmacnianą przez kinowe adaptacje. Triumfy na Netflixie święci właśnie filmowa wersja musicalu „Matylda” (w Polsce wystawia go Teatr Syrena), opowieści o nadzwyczaj inteligentnej dziewczynce, która miała pecha przyjść na świat w wyjątkowo antyintelektualnej rodzinie. Kulminacją filmu jest piosenka „Revolting Children” z niesamowitym układem choreograficznym, który z miejsca podbił TikToka. Być może to właśnie rozwiązanie zagadki – The Roald Dahl Story Company zostało w 2021 r. przejęte przez Netflixa, który potrzebuje „niegrzecznych książek” – ale w odpowiedniej wersji „niegrzeczności”.

Czytaj też: Poprawność czy empatia? Pożegnanie słowa „Murzyn”

Lepsze rzeczy

Wśród krytyków decyzji o pucowaniu Dahla znalazł się słynny pisarz Salman Rushdie. „Roald Dahl nie był aniołem, ale to absurdalna cenzura. Wydawca powinien się wstydzić” – napisał na Twitterze, przypominając przy okazji, że miał do Dahla osobisty uraz, gdy ten przyłączył się do ataków na Rushdiego po fatwie nałożonej za wydanie „Szatańskich wersetów”.

Philip Pullman, nagradzany autor powieści dla młodych czytelników (ekranizację jego kultowego cyklu „Mroczne materie” pokazuje HBO), wypowiedział się w audycji w BBC Radio 4. Zapytany przez prowadzącego, co zmiana takich słów zmienia w literackim aspekcie, odpowiedział, że niewiele – i że jeśli nas te książki urażają, powinno się je przestać drukować. I podał nazwiska osób, które można by czytać w zamian: Phil Earle, SF Said, Frances Hardinge, Michael Morpurgo, Malorie Blackman, Mini Grey, Helen Cooper, Jaqueline Wilson i Beverley Naidoo. Nazwiska, o których się nie mówi, bo wszystko przesłaniają takie komercyjnie wielkie postacie jak Roald Dahl. Pullman uznał, że zwyczajnie nie warto „naprawiać” tych książek. „To nie »Olivier Twist«, tylko popularne książki dla dzieci. Niech przeminą. Czytajmy lepsze rzeczy”. Postulat, by nie wznawiać Dahla, nie oznacza przecież żadnej cenzury – te książki nadal będą leżały na bibliotecznych półkach.

Wiadomo, że tak się raczej nie stanie – sławni pisarze są sławni, bo są sławni. Komercyjny potencjał Dahla to rozpędzony pociąg, którego się nie da zatrzymać. Podobnie jest z J.K. Rowling, której seria o „małym czarodzieju” przyćmiewa twórczość innych pisarek. Nawet tych, które utorowały jej drogę. Stąd fani, oglądając serial „Fatalna czarownica” na Netflixie, myślą, że to podróbka „Harry’ego Pottera” – nie znają bowiem książkowego oryginału Jill Murphy z 1974 r., który stworzyła na podstawie własnych doświadczeń uczennicy (jej mundurek przypominał strój młodej czarownicy) w szkole prowadzonej przez zakonnice (czarownice!).

Czytaj też: Rowling? Jaka Rowling? Harry Potter i autorka non grata

Data ważności

Książki się starzeją, jedne lepiej, inne gorzej. Od kilku lat trwa spór o polskie lektury, takie jak „W pustyni i w puszczy” Sienkiewicza. To rzecz zupełnie niedzisiejsza, ale przez to pouczająca w sensie historycznym – tak wyglądał polski rasizm, nawet jeśli dziś niektórzy wciąż udają, że „u nas tego nie było”.

Paradoksalnie gorzej jest ze współczesnymi autorami i autorkami; współczesność jest rozpędzona, nowe książki mają coraz krótszą datę ważności. Dobrym przykładem jest „Dynastia Miziołków” Joanny Olech z 1993 r., polska odpowiedź na „Mikołajka” i Barta Simpsona. Rzecz przez wiele lat była lekturą szkolną, a autorka w kolejnych wydaniach wprowadzała kosmetyczne zmiany, które miały „nadążać za czasami”. Z dyskietki zrobił się więc pendrive, a bohater został fanem rapera Magika.

Tyle że problematyczne rzeczy – takie jak żarty ze szkolnej przemocy seksualnej czy niesmaczne zdumienie czarnoskórym uczniem, kompletnie niepojęte dla dzieciaków wychowanych na Netflixie – nie zostały usunięte. Lepiej by było nie poprawiać detali umieszczających fabułę w latach 90. – wtedy mogłyby stanowić świadectwo czasów i wyjście do dyskusji o zmianach, jakie zaszły.

Może warto więc pójść za radą Pullmana i po prostu czytać lepsze książki. Niektórzy nie potrafią dogonić współczesności – kontynuacja „Miziołków” z 2022 r. jest pełna niesmacznych żartów i pogardliwych opisów postaci. Dahl by się uśmiał!

Czytaj też: Rushdie, Rowling i pogróżki z Twittera

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Żyjmy Lepiej

Nie dla psa czekolada. Jak karmić, żeby nasz pupil nie tył i nie chorował

Prof. dr hab. Piotr Ostaszewski o tym, jak powinien jeść pies, żeby nie tył i nie chorował.

Anna Dobrowolska
26.05.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną