Twoja „Polityka”. Jest nam po drodze. Każdego dnia.

Pierwszy miesiąc tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kultura

Ron DeSantis kontra Disney. Śledźmy ten spór, bo dużo mówi o wyborach w USA

Disney World, Floryda Disney World, Floryda Octavio Jones / Forum
Przyglądając się sprawom na Florydzie, można się spodziewać, że kolejne lata upłyną w amerykańskiej polityce na podsycaniu tego, co konserwatywne media nazywają „wojnami kulturowymi”.

Ron DeSantis, republikański gubernator Florydy, podpisał kilka dni temu ustawę, która ukróci olbrzymią niezależność największego w stanie parku rozrywki – Disney World. Komentatorzy nie mają wątpliwości, że te zmiany to wynik ideologicznego sporu pomiędzy republikańskimi politykami a korporacją. To też sygnał, że w nachodzących wyborach prezydenckich kwestie związane z tzw. wojną kulturową będą uznawane za kluczowe.

Disney i DeSantis: szło gładko

Disney World cieszyło się na Florydzie niezwykłą niezależnością. Powołany w latach 60. obszar miał rozwiązać problemy, na które Disney napotkał chociażby w Kalifornii. Dzięki olbrzymiej autonomii na terenie należącym i przylegającym do parku firma mogła bez specjalnego rządowego nadzoru budować drogi, doprowadzać prąd i kanalizację, zarządzać strażą pożarną czy finansować policję. Park działał też według specjalnych zasad podatkowych – co nie znaczy, że podatków w ogóle unikał. Powołanie tej ponadstukilometrowej strefy było pomysłem samego Walta Disneya – nie chciał, by rozwój parku rozrywki ograniczał ciągły nadzór władz stanowych. Między innymi zgoda na powstanie tego specjalnego regionu zdecydowała o tym, że Disney wybrał Florydę na siedzibę swojego największego parku rozrywki.

Przez kilka dekad stosunki pomiędzy Disney World a władzami Florydy układały się bardzo poprawnie. Przede wszystkim dlatego, że popularny park rozrywki to największy w stanie pracodawca – zatrudnia ponad 80 tys. ludzi. Jeszcze w 2020 r. Disney przekazał na kampanię wyborczą DeSantisa ok. 50 tys. dol., wspierał też wielu republikańskich polityków. Wcześniej gubernator wyłączył Disneya z firm, które miały podpadać pod nowe stanowe prawo, zabraniające wykluczania i banowania na swoich platformach polityków i mediów. Była to bezpośrednia odpowiedź na wyproszenie z Twittera i Facebooka Donalda Trumpa po wydarzeniach z 6 stycznia 2021 r.

Don′t Say Gay!

Pierwsze tarcia pomiędzy republikańskimi władzami a parkiem rozrywki pojawiły się w kontekście obostrzeń pandemicznych. DeSantis negatywnie wypowiadał się o polityce Disneya, który nakazywał swoim pracownikom poddać się szczepieniom i nosić maseczki. Już wtedy określał tę politykę jako „woke”, co we współczesnym języku republikanów jest chyba największą obelgą. Ktokolwiek jest „woke”, sprzeciwia się tradycyjnym amerykańskim wartościom i sprzyja przemianom kulturowym i obyczajowym. Te zaś są postrzegane przez wielu republikańskich wyborców jako niedemokratyczne czy wręcz totalitarne.

Tym, co ostatecznie skłoniło DeSantisa do próby likwidacji specjalnych przywilejów Disney World, jest spór o prawo dotyczące szkolnictwa. Ustawa (nazywana potocznie „Don’t Say Gay”) zakazuje uczenia dzieci do dziewiątego roku życia zarówno o seksie, jak i o płci kulturowej. To kolejne z działań republikańskich polityków mających doprowadzić do wyrugowania ze szkolnictwa wszystkich treści, które uważają za zbyt postępowe. Ustawa o edukacji seksualnej to tylko część większego ruchu, który prowadzi m.in. do przeglądania podręczników, programów szkolnych i książek w bibliotekach. Działania te oczywiście spotkały się z krytyką działaczy występujących w imieniu grup mniejszościowych, ale i części rodziców.

Początkowo władze Disneya nie zdecydowały się na żaden komentarz do sprawy. Nawet jeśli sama firma w ostatnich latach stawała się coraz bardziej inkluzywna zarówno w swoich produkcjach, jak i przekazie, to było dość jasne, że nie będzie ryzykować swojej pozycji na Florydzie. Dopiero po licznych głosach oburzenia wyrazonych przez pracowników parku rozrywki i samego Disneya ówczesny dyrektor generalny firmy Bob Chapek zdecydował się odnieść do sprawy. Zapewniał, że firma zdawała sobie sprawę z negatywnych konsekwencji ustawy, ale chciała działać za kulisami. Chapek w końcu potępił ustawę, co ostatecznie poróżniło firmę z władzami stanu.

Czytaj też: Dlaczego „Bambi” nie podobał się Hitlerowi

Wyborcze wojny kulturowe

Już w zeszłym roku pojawiły się informacje, że w odpowiedzi na krytykę ze strony korporacji DeSantis zlikwiduje specjalną strefę, w której działa Disney World. Szybko się okazało, że nie jest to takie proste. Gdyby strefę zlikwidowano, jej zadłużenie przejęłyby gminy, na terenie których się znajduje. Co z kolei doprowadziłoby do podniesienia lokalnych podatków. Stan miałby jeszcze jeden problem: co zrobić z akcjonariuszami, którzy mają w firmie udziały.

Ostatecznie w lutym 2023 r. DeSantis powołał pięcioosobową radę mającą nadzorować funkcjonowanie strefy. Składa się z konserwatywnych republikańskich polityków, w tym tych związanych z nowym, ograniczającym prawa szkół ustawodawstwem. Nadzór rady ma dotyczyć jedynie kwestii komunalnych, ale pojawia się obawa, że niedługo władze będą chciały interweniować w treści, które pojawiają się na terenie parku.

Czytaj też: Disneyowskie miasto przyszłości

Cała sprawa nie pozostawia wątpliwości, gdzie obecnie republikańscy politycy szukają poparcia. Ograniczenia nałożone na największego pracodawcę w stanie niekoniecznie są spójne z ich gospodarczymi postulatami. Przez lata jednym z głównych haseł GOP było ograniczanie federalnego i stanowego nadzoru nad biznesem. Dziś republikanie stawiają bardziej na kwestie kulturowe i ideologiczne. Działania wymierzone w mniejszości seksualne, edukację dotyczącą kwestii rasowych czy dyskusja o aborcji – to wszystko stało się w ostatnich latach ważnym elementem republikańskiej polityki. Sam Ron DeSantis, który szykuje się do startu w wyborach prezydenckich 2024, pokazuje, że dla wielu republikańskich wyborców dziś są to kwestie kluczowe. O jego popularności zdecydowały m.in. właśnie konserwatywne ustawy, w tym ta znacznie ograniczająca prawo kobiet do aborcji.

Przyglądając się sprawom na Florydzie, można się spodziewać, że kolejne lata upłyną w amerykańskiej polityce na coraz większym podsycaniu tego, co konserwatywne media nazywają „wojnami kulturowymi”. I nie ma pewności, kto tę konfrontację wygra.

Czytaj też: Ultrasi w Kongresie. To zapowiada polityczną burzę w USA

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

O Polityce

Zapraszamy do Krakowa, Poznania i Lublina

Zapraszamy na spotkania z Je­rzym Baczyńskim, redaktorem naczelnym „Polityki”, autorem książki „Przy­PiSy, czyli krótka historia 8 długich lat”, oraz z redaktorami Mariuszem Janickim i Wiesławem Władyką, autorami książki „Symetryści. Jak się pomaga autokratycznej władzy”.  

Redakcja
19.09.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną