Czwarta władza idzie pod młotek
Spadek nakładów najbardziej renomowanych gazet opiniotwórczych oraz przejmowanie ich przez międzynarodowe koncerny nastawione wyłącznie na zysk jest zjawiskiem coraz bardziej niepokojącym. Kryzys prasy zagraża demokracji - twierdzi filozof Jürgen Habermas.

Habermas wie, o czym mówi. W swej wydanej niemal pół wieku temu pracy „Strukturalna zmiana opinii publicznej” wykazał, że w XVIII w. rozwój wolnego rynku stworzył nowoczesną opinię publiczną i demokrację parlamentarną. Dziś jednak przestrzega przed nieograniczonym wolnym rynkiem medialnym. „Żadna demokracja nie może sobie na to pozwolić” – przestrzega na łamach monachijskiej „Süddeutsche Zeitung”.

Nie bez powodu wybrał właśnie tę lewicowo-liberalną gazetę. „SZ” jest w Niemczech największym i najlepiej redagowanym dziennikiem ponadregionalnym. Sprzedaje się lepiej niż konserwatywno-liberalna „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (365 tys. sprzedanych egzemplarzy dziennie). Pięć lat temu oba te okręty flagowe niemieckiego „dziennikarstwa najwyższej jakości” poważnie uszkodził orkan na rynku ogłoszeń. Obie gazety musiały wprowadzić radykalne oszczędności („FAZ” zwolniła ponad stu dziennikarzy i zlikwidowała prestiżowe dodatki). Dziś „Süddeutsche” ma stabilny nakład 450 tys. egzemplarzy i przynosi zyski. A jednak zawisł nad nią miecz Damoklesa. Właśnie dlatego, że jest w doskonałej kondycji, właściciele chcą ją sprzedać z jak największym zyskiem.

Nie jest to przypadek odosobniony. W USA podobny los (po „New York Times”, „Los Angeles Times” czy „Washington Post”), grozi renomowanemu „The Wall Street Journal”, a we Francji – „Le Monde”. Czwarta władza idzie pod młotek, stwierdza sucho „Die Zeit”. Hamburski tygodnik ma szczęście. Przez niemal pół wieku wydawał go Gerd Bucerius, liberał, który pilnie uczestniczył w kolegium redakcyjnym, był niezłym publicystą i swych redaktorów naczelnych traktował jako partnerów, a nawet jako rodzinę.

Po jego śmierci „Die Zeit” próbowała utrzymać się sama. Potem jednak została przejęta przez koncern Holtzbrinka. Przeszła pewne zawirowania graficzne (na pierwszej stronie pojawiły się najpierw rozluźniające wielkie białe plamy, a potem kolor); personalne – najpierw jedna zmiana naczelnego, potem druga; i programowe – wraz ze stopniową zmianą pokoleniową w redakcji pojawił się styl magazynowy. Ale nakład wrócił do pół miliona sprzedanych egzemplarzy tygodniowo i „Die Zeit” – wciąż mając format naszego „Tygodnika Powszechnego”, tyle że pięć razy grubszego – pozostała fabryką myśli, bez której nie może się obejść żadna demokracja.

Takich fabryk myśli Niemcy mają kilka: „SZ”, „FAZ”, springerowska „Die Welt” i kulejąca bliska SPD i Zielonym „Frankfurter Rundschau”. Cóż w tym złego, że jeden czy drugi tytuł przejmie medialny gigant? Przecież współwłaściciel ma prawo z zyskiem sprzedać swe udziały. Business as usual. Nieprawda – odpowiada Habermas. Jeśli Wall Street przejmuje tytuły najważniejsze dla jakości amerykańskiej opinii publicznej, to znaczy, że dzisiejszy rynek nie pozwala się utrzymać tytułom gwarantującym najwyższą jakość dziennikarskiej informacji i kształtowania opinii publicznej. A tym samym przestaje być kołem zamachowym oświeconej opinii publicznej.

Ciężki zarzut. Ale może to tylko samoobrona starointeligenckich elit, od Los Angeles po Berlin i jeszcze dalej na Wschód? W końcu wyższe zyski zdrowo wyszczuplonych gazet jedynie potwierdzają, że potrzeby przeciętnego konsumenta są prostsze i bardziej trywialne. Zaś to, co wykształciuchy uważają za dziennikarstwo ambitne i wysokiej jakości, to tylko mędrkowanie i pouczanie. Wcale nie trzeba im wciskać obszernych analiz i skomplikowanej argumentacji, skoro chcą informacyjnej rozrywki. W końcu konsument prasy sam wybiera odpowiadające mu treści...

To także nieprawda, upiera się 77-letni filozof „demokracji deliberatywnej”, opartej na dialogu i racjonalnej wymianie opinii. „Ta zasuszona szkolna mądrość nie odnosi się do szczególnego charakteru tego towaru, jakim jest komunikacja kulturowa i polityczna. Ponieważ akurat ten towar sprawdza i zmienia preferencje tych, którzy go nabywają“. Czytelnicy gazet, radiosłuchacze i telewidzowie rzeczywiście chcą rozrywki, którą sobie wybierają z medialnej oferty. Gdy jednak sięgają po programy kulturalne czy polityczne, to – z własnej woli – poddają się procesowi uczenia, który może zmienić ich zapatrywania, a nawet system wartości. Nikt im tego nie narzuca, ale wysoka jakość argumentacji niezależnego dziennikarza i uznanie dla danego tytułu uruchamia w odbiorcy proces krytycznego myślenia.

Właśnie dlatego, że oświata i informacja nie są jedynie towarem, a konsument mediów jest również obywatelem, przypomina Habermas, obowiązuje w Niemczech system podwójny. Telewizja prywatna – zależna od reklam – działa według zasad rynkowych, ale publiczna ma dbać nie tylko o komercję. Inaczej jest z prasą najwyższej jakości. Jej nie chroni żaden rezerwat publicznoprawny. Niemniej w ciągu czterdziestu lat starej Republiki Federalnej wytworzył się solidny system kilkunastu dzienników, tygodników i miesięczników narzucających tematy. Gdyby – twierdzi Habermas – inwestor nastawiony na szybki zysk zaczął przebudowywać redakcje i wprowadzać radykalne oszczędności ograniczające rzemiosło dziennikarskie, opinia publiczna w Niemczech przestałaby działać prawidłowo. Skarlałaby bez dopływu nowych informacji, które wymagają kosztownych zabiegów, bez subtelnych argumentów, opartych na kosztownych ekspertyzach i wykształceniu i wiedzy komentatorów. „Demokratyczna opinia publiczna ma wymiar poznawczy – przypomina – ponieważ chodzi w niej także o krytykę błędnych twierdzeń i ocen”. Bez wnikliwej opiniotwórczej prasy społeczeństwo traci demokratyczną energię – konkluduje Habermas.

Skoro państwo jest odpowiedzialne za zaopatrzenie ludności w elektryczność i wodę, to czy nie powinno być odpowiedzialne za zaopatrywanie w energię duchową, bez której demokracja przestaje działać? Pytanie, jak to ma robić? W Niemczech rząd Hesji jednorazowo dał zastrzyk podupadającej „Frankfurter Rundschau” bez większego skutku. Kto trzyma na kroplówce, ten uzależnia od siebie. Dlatego lepszym modelem byłyby fundacje z publicznym udziałem i ulgi podatkowe dla rodzinnych przedsiębiorstw w branży medialnej. Ale idea państwowej interwencji w rynek prasowy źle się kojarzy, przyznaje Habermas. Niemniej wolny rynek mediów może spełniać ożywczą rolę tylko dopóty, dopóki prawa ekonomii nie przenikną do treści kulturowych i politycznych.

Patrząc znad Wisły można powiedzieć: diagnoza słuszna, ale czy terapia dobra? W naszej części Europy, która tak niedawno uwolniła się od przypieczętowanej cenzurą nadopiekuńczości państwa nad mediami, wołanie o państwową kroplówkę dla mediów kojarzy się źle, bo z tworzeniem nowej prasy „reżimowej” i „odzyskiwaniem” telewizji przez kolejne ekipy rządowe.

W Europie Zachodniej i Ameryce perspektywa jest nieco inna. Co na przykład robić, gdy Rupert Murdoch, ten australijski nuworysz, który zajmuje mózgi Amerykanów (i Europejczyków) widowiskami w rodzaju „Idola”, a londyńskiego „Timesa” zamienił w popularny tabloid, sięga teraz po „The Wall Street Journal”, klejnot koronny amerykańskiego dziennikarstwa? Przede wszystkim nie wpadać w apokaliptyczny nastrój. Nakłady prasy amerykańskiej od lat dramatycznie spadają, stwierdza cierpko komentarz „The New Republic”. Wcale nie jest powiedziane, że Murdoch połykając „The Wall Street Journal” pogłębi kryzys. Nie wygląda na to, by chciał upstrzyć notowania giełdowe zdjęciami nagich dziewczyn, a strony redakcyjne wypełnić komentarzami swych bulwarówek „Fox News” i „The Weekly Standard”, które stanowią jego główną broń ideologiczną. Kryzys gazet to raczej sprawa percepcji niż konkretnych wskaźników – twierdzi „The New Republic”.

Spadek czytelnictwa powoduje co prawda umieranie gazet wieczornych, ale nakłady gazet porannych wzrosły od 1980 r. o 60 proc. Natomiast w takich dziennikach jak „The Washington Post”, które mają kłopoty, wzrosła liczba wejść internetowych. W Ameryce podobnie jak w Niemczech rosną też zyski wydawców. „New York Times”, „The Washington Post” i „The Wall Street Journal” nadal są w rękach rodzin założycieli tych gazet, ale wartość tych gazet już określa giełda. Kiedyś Sulzbergerowie, Grahamowie i Bancroftowie służąc swym gazetom byli zdolni do reform i niezależni. Skoro jednak giełda nie docenia wysokiej jakości ich produktów, to dzisiejsi właściciele tych gazet powinni znaleźć takich inwestorów, którzy pomogą im utrzymać swe prywatne spółki – i to z dala od długich rąk Ruperta Murdocha.

Również w dziennikarstwie zdaje się obowiązywać zasada Kopernika, że lichy towar wypiera dobry. Bulwarówki osaczają stare, czcigodne tytuły. Nawet w Szwajcarii. Podczas gdy klasyczne okręty flagowe jak „Neuen Zürcher Zeitung” czy „Tages-Anzeiger” zaczynają tracić czytelnika, to rozdawana bezpłatnie bulwarówka „20 Minuten” bije wszelkie rekordy.

Debata wszczęta przez Jürgena Habermasa nie jest nowa, ale wciąż żywa. Dlaczego najlepsze tytuły słabną, a najgorsze kwitną? Jeśli ludzie chcą przede wszystkim rozrywki i potwierdzenia własnych uprzedzeń, to gdzie mają być dyskutowane i przygotowywane konieczne, ale niepopularne decyzje, które w demokracji też muszą uzyskać akceptację większości? Filozof jest przeciwny skrajnemu urynkowieniu mediów. Nawet jeśli czytelnik nie podziela wszystkich jego argumentów, to jednak trudno nie przyjąć konkluzji Habermasa, że przemysł medialny trzeba traktować bardzo nieufnie. A już na pewno tezę, że rynek ma błogosławiony wpływ na media.

W poglądach Habermasa jest pewien paternalizm. Niektórzy komentatorzy zarzucają profesorowi nawet klasyczny lewicowy elitaryzm. A także to, że pomija Internet. Niestety, najnowsze analizy roli Internetu – przygotowane przez Steffena Range i Rolanda Schweina na zlecenie Fundacji im. Friedricha Eberta – nastrajają raczej minorowo. Również dziennikarstwo internetowe jest coraz bardziej zależne od mechanizmów rynkowych i najtrywialniejszego populizmu. Niemal wszystkie redakcje internetowe kierują się nie tyle jakością tekstów, ile liczbą wejść. Rezultatem jest wychodząca naprzeciw modom selekcja tematów.

Konsument Internetu wygląda na dość bezradnego i zdekoncentrowanego, co utrudnia mu głębsze korzystanie z dziennikarskiej oferty. Urynkowieniu mediów towarzyszy coraz bardziej niecierpliwa publiczność, która łatwo traci zainteresowanie i dość obojętnie surfuje po programach. Dramat dziennikarstwa internetowego polega na tym, że informacje wysokiej jakości można dostać tylko za opłatą, natomiast klasyczny internauta to freerider: niech płacą inni, ale nie ja.

Internet z całą pewnością zliberalizował przemysł dziennikarski. Złamał tradycyjne oligarchie medialne, ale zarazem wprowadził inteligentny konformizm rynkowy, uważa filozof Robin Meyer-Lucht, omawiając tezy Habermasa na stronach najlepszego niemieckiego portalu – www.perlentaucher.de. Habermas ma rację, gdy broni równowagi między rynkiem a normatywnymi wymogami dziennikarstwa. Ale nie tyle państwo, ile publiczność powinna wymuszać kulturę odpowiedzialności, poprzez organizacje w rodzaju Amnesty International, które korygowałyby ekscesy medialnego rynku, a przede wszystkim poprzez własne wybory.

Zamiast interwencjonizmu państwowego – interwencjonizm społeczny? Wracając do Habermasa: okazuje się, że swą filipiką w obronie dziennikarstwa wysokiej jakości przestraszył właścicieli „Süddeutsche Zeitung”. Podobno na razie odstąpili od pomysłu opchnięcia gazety byle komu.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną