Jego droga od złotowłosego przystojniaka obdarzonego uśmiechem wartym milion dolarów do szanowanego reżysera, a wreszcie do architekta niezależnego ruchu filmowego w Ameryce to opowieść o niezwykłej ewolucji artystycznej, głębokiej inteligencji i nieustających poszukiwaniach twórczych. Redford nie tylko grał role – kształtował kulturę.
Inaczej niż w przypadku innych gwiazdorów swoich czasów jego wygląd – delikatne rysy, blond włosy, przenikliwe niebieskie oczy, szeroka szczęka – był zarówno znakiem rozpoznawczym, jak i artystycznym wyzwaniem. Publiczność go kochała, lecz krytycy często nie dostrzegali głębi pod budzącą zazdrość i podziw urodą.
Czytaj też: Tomasz Schuchardt: Zdaję sobie sprawę z wrażenia, że zaraz zacznę wyskakiwać z lodówki
Nie tylko twarz
Redford nigdy nie był tylko „ładną twarzą”, przystojnym, epatującym swoim wyglądem, zdystansowanym, małomównym i bardzo zadbanym mężczyzną. Jego największe kreacje z lat 70. – epoki, którą zdefiniował – budowały mit nowego amerykańskiego indywidualisty. W „Butch Cassidy i Sundance Kid” (1969) George’a Roya Hilla był ucieleśnieniem chłodnego, nieco cynicznego uroku, doskonale dopełniając gorący temperament Paula Newmana, prywatnie jego wieloletniego przyjaciela i współpracownika. To właśnie partnerstwo między tymi dwoma aktorami, chemia ich dialogu, objawiły w pełni jego talent. Nie musiał dominować nad każdą sceną; wystarczyło, że uważnie słuchał i inteligentnie odpowiadał. Newman był iskrą, Redford – chłodnym płomieniem. Ta dynamika stworzyła magiczny, partnerski balans.