Co może kino?
Co może kino? Berlinale znów dzieli i porusza. Ten festiwal nie potrafi uciec od polityki
W cieniu toczącej się wojny w Gazie i narastających napięć geopolitycznych, szczególnie wokół Iranu, staliśmy się świadkami paradoksu: najbardziej polityczny festiwal filmowy świata usiłował udowodnić, że potrafi być apolityczny. Skończyło się wzmożeniem aktywizmu i zaciętą dyskusją o powinnościach kina artystycznego.
Gdy przewodniczący jury Wim Wenders, legendarny współtwórca nowego kina niemieckiego, na konferencji prasowej inaugurującej festiwal uznał, że filmowcy muszą trzymać się z dala od polityki, bo są dla niej przeciwwagą, a nie jej częścią, wywołało to szok. Deklarację odebrano jako kompromitującą dla imprezy o tak silnie zaangażowanym rodowodzie (czego przejawem choćby nieustanne wsparcie udzielane walczącej Ukrainie), a ironia tej sytuacji była miażdżąca.
Filmowiec, który 30 lat temu wierzył, że wszystkie dzieła są polityczne – a najbardziej te udające rozrywkę – nagle zaczął głosić potrzebę artystycznej neutralności. Obserwatorzy szybko doszli do wniosku, że nie chodzi o zmianę poglądów, tylko o kapitulację wobec niemieckiej racji stanu i paraliżującego strachu przed oskarżeniami o antysemityzm w kontekście krytyki agresywnych działań Izraela. Po 10 dniach medialnej wrzawy Wenders złagodził swoje stanowisko, oświadczając, że kino nie posiada mocy zmieniania ustaw, ma za to unikatową zdolność zmieniania wyobrażenia o tym, jak powinniśmy żyć. I stało się to nieoficjalnym mottem tej edycji.
Czytaj też: Emancypacja i ekstaza. „Testament Ann Lee” odkrywa roztańczoną wizjonerkę
Berlinale, czyli mleko się rozlało
Niemniej mleko się rozlało.