Istota rzeczy
Rewolucja Brâncușiego. Namieszał w rzeźbie jak nikt. Wystarczył ptak, kobieta i ludzka głowa
Młodość Constantina Brâncușiego nie wskazywała, by w swym życiu mógł mieć wpływ na cokolwiek poza wyborem łąki do pasania owiec, które to zajęcie uprawiał jako dziecko. Pochodził z prostej chłopskiej rodziny, ale miał – jak to się mówi – smykałkę do strugania i ów dar zauważył lokalny zamożny przedsiębiorca. Wysłał więc młodziana najpierw do szkoły rzemiosła artystycznego do Kraiowej, a następnie do Narodowej Szkoły Sztuk Pięknych w Bukareszcie. Dalsza edukacja wiodła przez Wiedeń i Monachium (krótkie pobyty), z ostatecznym zakotwiczeniem w Paryżu i, począwszy od 1905 r., trzyletnimi studiami w École nationale supérieure des beaux-arts. Podobno większość drogi z Rumunii do Francji przebył pieszo.
Już po trzydziestce Brâncuși rozpoczął własną, dorosłą wędrówkę przez świat sztuki. Tak bardzo wierzył w siebie i we własne pomysły na rzeźbienie, że po miesiącu zrezygnował z asystentury u wielkiego Auguste’a Rodina i wedle historycznych przekazów, odchodząc z pracowni mistrza, miał wygłosić sentencję, która do dziś hula po rozlicznych książkach o sztuce: „W cieniu wielkich drzew nic nie rośnie”.
Czytaj też: Alina Szapocznikow, rzeźbiarka kobiecości
Praca, samotność, medytacja
Brâncuși idealnie odnalazł się w owym estetyczno-towarzyskim tyglu Paryża pierwszych dekad XX w., choć przesiadywanie w kawiarniach nie było jego ulubionym zajęciem. Pracował za to bez taryfy ulgowej nad kolejnymi dziełami, w samotności, oddając się równocześnie – jak twierdził – medytacjom. Ubierał się i wyglądał jak mnich, a ze swej pracowni uczynił miejsce mistycznej kontemplacji.