Kulturalnie polecamy i ostrzegamy. „Pianista” wraca na ekrany. I wciąż robi kolosalne wrażenie
Latem 2002 r. w szerokiej dystrybucji pojawił się film, którego nikt się nie spodziewał. Roman Polański, reżyser skandalista, człowiek, który od dekad unikał tematu Zagłady jak ognia, nagle zmierzył się z nim w sposób tak bezpośredni, że niemal jednogłośnie został okrzyknięty najważniejszym dziełem w jego dorobku. „Pianista” nie miał epickiego rozmachu „Listy Schindlera”, nie stosował hollywoodzkiej stylizacji. Mimo to zdobył Złotą Palmę i trzy Oscary, w tym za reżyserię. I choć łatwo było zasugerować, że to efekt mody na kino holokaustowe wywołane sukcesem Spielberga, podziw dla „Pianisty” nie okazał się zjawiskiem jednosezonowym.
Filmowy falstart
Jako pierwsi próbę adaptacji autobiograficznych wspomnień Szpilmana, wydanych w 1946 r. w wersji ocenzurowanej pt. „Śmierć miasta. Pamiętniki Władysława Szpilmana”, podjęli Jerzy Andrzejewski i Czesław Miłosz. Wspólnie napisali scenariusz „Robinson Warszawski”, który tak bardzo nie przypadł do gustu komunistycznej władzy, że wbrew woli autorów wielokrotnie poddawany był przeróbkom, aż przybrał formę propagandowego dramatu „Miasto nieujarzmione”, niemającego nic wspólnego z relacją Szpilmana.
Polański miał świadomość, że tematem manipulowano politycznie, lecz do bliższego przyjrzenia się mu namówił go przyjaciel i były producent Gene Gutowski. Do książki Szpilmana przekonał go jej szczególny charakter. Wspomnienia człowieka ocalałego z okupacyjnego koszmaru dzięki pasji i miłości do muzyki. Opisane z precyzją, dystansem, pod wpływem szoku. „Książka Szpilmana nie jest kolejnym obrazkiem martyrologii, którą wszyscy znamy” – podkreślał reżyser. Obala wiele stereotypów, jest wolna od pragnienia zemsty. Ukazuje tragiczne wydarzenia z punktu widzenia ich uczestnika i obserwatora.