Kulturalnie polecamy i ostrzegamy. Diabeł wraca do Prady. Więcej mówi o mediach niż o modzie
Po dwóch dekadach od premiery na ekrany powróciły bohaterki i bohaterowie komedii „Diabeł ubiera się u Prady”. Akcja promocyjna trwała od miesięcy. Grający główne role Meryl Streep, Anne Hathaway, Emily Blunt i Stanley Tucci prezentowali na kolejnych ściankach kolejne stroje od kolejnych projektantów (nie tylko Prady). Hathaway i Anna Wintour, która jako wieloletnia szefowa amerykańskiego „Vogue’a”, ikona i dyktatorka stylu, była luźną inspiracją dla postaci granej przez Streep, wspólnie wręczały w tym roku Oscara za najlepsze kostiumy. Walczące o kliki media recenzowały… trailer filmu i cytowały komentarze umieszczane w mediach społecznościowych przez oburzonych tym, że postać asystentki o azjatyckich korzeniach została w nim pokazana stereotypowo.
Młodsze pokolenia punktowały w internecie wszystkie grzechy oryginalnego filmu z 2006 r.: fat shaming, mobbing, promowanie niezdrowych zachowań, brak różnorodności na ekranie itd. Starsze głośniej lub ciszej przypominały, że jednak była to komedia, a może wręcz satyra na branżę modową, i zastanawiały się, jak bardzo zły będzie sequel. Okazał się mniej zły, niż mógłby być. A przy tym smutniejszy, bo dobrze obrazuje obecny stan mediów, nie tylko modowych.
Czytaj też: Meryl Streep: królowa ekranu i codzienności. Jej się udało złamać zasady Hollywood
Cięcia i kryzysy
Pierwszy „Diabeł” był historią pełnej ideałów absolwentki dziennikarstwa Andy Sachs (Hathaway), której nie udaje się znaleźć pracy w żadnej z poważnych redakcji, postanawia więc spędzić rok w roli asystentki szefowej magazynu modowego „Runway” Mirandy Priestly (Streep) i z tym doświadczeniem w CV ponowić szturm na jakościowe media.