Ofiary bangarangi
Ofiary bangarangi. Nie tylko Eurowizja ma kłopot. To już nie cancel culture, ale cancel country
Przy okazji szczęśliwego dla siebie półfinału Alicja Szemplińska, polska reprezentantka na Eurowizji, dostała mniej szczęśliwe pytanie. Dziennikarka zapytała ją, co ma do przekazania fanom w Izraelu. Nasza artystka spojrzała na nią z mieszaniną zdziwienia i paniki, uśmiechnęła się do kamery i zawołała na pomoc swoją ekipę. Ta scena stała się memem imprezy, bo subtelnie podsumowała problem, jaki mieli artyści z atmosferą tegorocznego konkursu, naznaczonego uciszanymi przez organizatorów próbami bojkotu Izraela.
Czytaj też: Eurowizja znów zadziwia. Wygrywa Bułgaria, Izrael drugi. Szemplińską docenili jurorzy
Polityczna burza
W tym samym półfinale można było usłyszeć okrzyki „Stop! Stop genocide!” (Stop ludobójstwu) podczas występu Noama Bettana, reprezentanta Izraela. Wersja przygotowana na YouTube została już wyczyszczona z krzyków, sekcja komentarzy – wymoderowana aż do poziomu jednomyślnego aplauzu. A czwórka fanów Eurowizji, którzy najmocniej upominali się o wolną Palestynę – wyprowadzona przez stanowczą austriacką ochronę.
Podczas sobotniego finału okrzyków już nie było – tylko buczenie, gdy ogłaszano zawrotną liczbę punktów oddanych przez publiczność na Bettana, który był o włos od zwycięstwa (zajął drugie miejsce za Bułgarką Darą i jej piosenką „Bangaranga”). Polskie jury przyznało Izraelowi – jako jedyne – maksymalną notę 12 punktów, w czym trudno nie czytać próby skompensowania naturalnego gestu Szemplińskiej. Ta ostatnia zajęła 12. miejsce, ale w stylu, który pozostanie jednym z nielicznych pozytywów całej imprezy.