Kulturalnie polecamy i ostrzegamy. „Mandalorian i Grogu” nie ma mocy. Nawet Baby Yoda nie pomoże
Po trzech dość entuzjastycznie przyjętych sezonach „Mandaloriana” wytwórnia Disneya postanowiła przenieść przygody Dina Djarina i jego podopiecznego na wielki ekran. Na papierze to sensowny ruch. Można pozwolić sobie na większy rozmach, dać publiczności pierwszy od siedmiu lat kinowy film z uniwersum „Gwiezdnych wojen”, a przy okazji podkręcić sprzedaż maskotek z Grogu. W zamian widzowie mogliby oczekiwać, powiedzmy, jakiejś sensownej, emocjonującej konkluzji przygód Mando. Nic z tego.
„Mandalorian i Grogu” nie mówi nic nowego ani o bohaterach (choć przecież po raz pierwszy, choćby samym tytułem, stawia między nimi znak równości), ani o galaktyce pod rządami Nowej Republiki. Pełny metraż okazuje się nie tyle uzupełnieniem serialu, ile zapychaczem luki we franczyzie. Bezpiecznym, bo pozwalającym na kontynuacje, choć ich los zapewne będzie uzależniony od wyników finansowych filmu.
Łowca nagród kontra klan Huttów
Din Djarin – który pod koniec trzeciego sezonu serialu formalnie adoptował Grogu – pracuje teraz dla Nowej Republiki. Jako doświadczony łowca nagród tropi zbiegłych dygnitarzy imperialnych. Kolejne zlecenie wymaga od niego sporego ustępstwa wobec własnych zasad: żeby zdobyć informacje o tajemniczym dowódcy Coinie, musi najpierw odbić z niewoli Rotto Hutta (syna Jabby) i oddać go Bliźniakom rządzącym obecnie przestępczym klanem Huttów. Problemy zaczynają się piętrzyć, gdy Rotto, który w niewoli wyrósł na profesjonalnego gladiatora, oznajmia, że nie jest zainteresowany ucieczką.
Po pierwsze dlatego, że została mu jedna walka, by spłacić mafijne długi (za które w ogóle trafił do niewoli), a po drugie – wierzy, że Bliźniaki skażą go na śmierć, żeby nie próbował przejąć schedy po Jabbie.