Naprzód, ale wstecz
Trzecia młodość beatlesa. Paul McCartney wraca do przeszłości. Widownia tego potrzebuje
Dinozaury rocka nie tylko ciągle grają i mają się dobrze, ale jeszcze wzajemnie się wspierają, niczym w angielskim klubie towarzyskim. I tak sir Paul McCartney wystąpił przed trzema laty jako basista na płycie „Hackney Diamonds” The Rolling Stones, a na ich nowym albumie „Foreign Tongues”, zapowiadanym na początek lipca, znów dostał podobne zadanie.
Z kolei 29 maja ukazała się kolejna płyta samego McCartneya „The Boys of Dungeon Lane”. I łączy te tytuły ktoś jeszcze poza osobą basisty, wokalisty i współtwórcy The Beatles: 35-letni amerykański producent Andrew Watt. To on ośmielił się poprosić sir Paula o gościnny występ u dawnej konkurencji (wahanie trwało ponoć tylko 10 sekund). Wcześniej to jego polecił Stonesom McCartney, który w końcu, po kilku latach, sam zdecydował się na współpracę z Wattem.
„Znają się na strukturze piosenki, miksie, dźwięku perkusji, nagrywają od wieków. Żaden z nich tak naprawdę nie potrzebuje producenta” – mówi z podziwem i zdziwieniem Andrew Watt pismu „Guitar World”. „A jednak mnie zatrudniają”.
Czytaj też: Stonesi i Beatlesi: sławni będą sławniejsi. Dlaczego znowu jest o nich głośno?
W rękach natręta
Pytanie brzmi: co takiego jest w tym młodym producencie? Zaletą Watta jest z pewnością to, że potrafi grać na różnych instrumentach, ale z tym radzi sobie sam McCartney. Dodatkowym atutem – fakt, że pracował z bardzo popularnymi i bardzo różnymi artystami, jak Lady Gaga, Justin Bieber, Iggy Pop czy Ozzy Osbourne. Niewątpliwie jeszcze cenniejszą cechą młodego Amerykanina jest determinacja.