Lęk czuję do dziś
Sandra Hüller, gwiazda „Ojczyzny”: Nie wierzę w aktorstwo, które nic nie kosztuje
JANUSZ WRÓBLEWSKI: – Zagrała pani w tym sezonie w kilku europejskich i amerykańskich produkcjach główne role, każda wybitna. Czy przebierając w propozycjach, myśli pani o tym, że znów otrzyma nominację do Oscara?
SANDRA HÜLLER: – Nie, to ostatnia rzecz, jaką biorę pod uwagę. Wybieram intuicyjnie, nigdy pod kątem nagród czy festiwali. Lubię inteligentne scenariusze. Szybko się nudzę, jeśli rozpoznam coś, co już czytałam lub widziałam w podobnej formie. Staram się też kierować poczuciem odpowiedzialności politycznej. Interesuje mnie perspektywa, która nie dzieli wyraźnie świata na dobro i zło. Rozglądam się za postaciami niepowielającymi typowo kobiecych, utartych schematów emocjonalnych, takimi jak Eva Stratt w filmie „Projekt Hail Mary”.
Oglądając „Ojczyznę”, zastanawiałem się, jak to możliwe, że po niesamowicie wyciszonej kreacji w filmie „Rose”, gdzie wcieliła się pani w kobietę udającą mężczyznę i walczącą o przetrwanie w XVII-wiecznej, patriarchalnej wiosce, z lekkością uwiarygadnia pani postać Eryki Mann, będącej jej przeciwieństwem.
To było trudne, ale i ożywcze doświadczenie, wymagało ode mnie zupełnej zmiany tonacji – od milczenia i absolutnej kontroli w „Rose” po chłodną, lecz wyraźnie artykułowaną emocjonalność w „Ojczyźnie”. Dla aktorki to wymarzone zadanie.
Obie role bazują na płynnej tożsamości seksualnej bohaterek. Można je potraktować jako ostrzeżenie przed powrotem ograniczeń wolności dla osób, które nie pasują do społecznych schematów.
Widzi pan, polityczny wymiar „Rose” wiąże się z walką o prawo każdego człowieka do posiadania swojego miejsca na świecie, bezpieczeństwa i życia w pokoju.