Swój przebój
Żegnamy przeboje lata? Gatunek niknie, dziś każdy nuci swoją Kalifornię
Kiedy zaczynają się wakacje? Dla obserwatora sceny muzycznej ich początek przychodził wtedy, gdy szczyt listy bestsellerów zaczynały okupować letnie przeboje. W tym sensie wakacje mamy od połowy czerwca, gdy jedynkę Oficjalnej Listy Sprzedaży zdobył utwór „California Love”. White 2115, VVSimon, Palar i PMBTZ rapują „Niebo w Kalifornii przypomina twych oczu błękit”, wypełniają tekst opowieściami o imprezach z lejącym się alkoholem, dziewczynami i „robieniem głupot” – z sikaniem do basenu na czele – czyli beztroską w stylu eksportowym. Tam, gdzie zawsze świeci słońce.
Nie ma w tym nic przypadkowego. Od kilku sezonów zza uchylonych szyb samochodów (niestety, często poruszających się z nadmierną prędkością, jak w tekście utworu) latem słychać „Californię”, poprzedni przebój White’a 2115, który przekonuje, że w całej tej Kalifornii chodzi bardziej o stan umysłu niż amerykański stan: „I weź tę pracę odstaw/ Zapalmy papieroska/ Niech butelka nie ma końca/ Ze mną będzie zachód słońca”. Choć inaczej niż kiedyś w wypadku „Chałupy welcome to” czy „Lambady” – nie do każdego te utwory trafiły.
Bez Kalifornii letnie hity wyglądałyby prawdopodobnie zupełnie inaczej. Znane nam dziś letniaki mają trzy historie: amerykańską, europejską i krajową. I ta pierwsza rozpoczęła się w miejscu, które ma ponad 260 słonecznych dni w roku, kalifornijskim Hawthorne. I w opromienionych słońcem początkach lat 60., gdy wybuchło tu surfingowe szaleństwo. Zafascynowany był nim Dennis Wilson z miejscowej grupy The Beach Boys, a jego brat Brian zaczął pisać o surfingu piosenki.
Ta żelazna formuła – słońce, surfing, samochody i dziewczęta – przyniosła zespołowi sławę i pozwoliła konkurować z Beatlesami.