Muzyka

Ta sama nazwa, inne czasy

Recenzja płyty: Ten Years After, „A Sting in the Tale”

materiały prasowe
Warto się zapoznać się z tymi 12 piosenkami, bo to wciąż bardzo porządne blues-rockowe granie i śpiewanie.

Pisząc o tej płycie, należy zrobić pewne zastrzeżenia. Po pierwsze: dzisiejsze Ten Years After to nie ten sam zespół, który pod koniec lat 60. zachwycał słuchaczy takimi albumami jak „Undead”, „Cricklewood Green”, „Stonedhenge” czy rewelacyjnym występem na festiwalu Woodstock. Po drugie, Marcus Bonfanti, dzisiejszy frontman TYA, to nie Alvin Lee, którego talent, głos i gitara wprowadziły zespół na karty historii brytyjskiego rocka. A jednak mimo tych wszystkich różnic wydana niedawno płyta „A Sting in the Tale” to wciąż album grupy Ten Years After. Warto się zapoznać się z tymi 12 piosenkami, bo to wciąż bardzo porządne blues-rockowe granie i śpiewanie. Są kawałki dynamiczne, są ballady, brzmi to zawodowo i stylowo. Jeżeli natomiast ktoś tęskni za dawnym TYA, to albo powinien wydobyć ich stare płyty, albo zaopatrzyć się we właśnie wydany, imponujący obfitością 10-płytowy box „Ten Years After: 1967–1974”.

Ten Years After, A Sting in the Tale, Nova Sales&Distribution

Polityka 2.2018 (3143) z dnia 09.01.2018; Afisz. Premiery; s. 73
Oryginalny tytuł tekstu: "Ta sama nazwa, inne czasy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Uzależnieni od uzależnionych

Seks, hazard, komputer – z uzależnionym żyje się na krawędzi. Chciałoby się mieć gwarancję, że nałóg partnera nie powróci. Ale gwarancji nie ma i nie będzie.

Izabela O’Sullivan
17.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną