Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Teatr

Kobiety bez głosu

Recenzja spektaklu: „Kobieta bez cienia”, reż. Mariusz Treliński

„Kobieta bez cienia”, reż. Mariusz Treliński „Kobieta bez cienia”, reż. Mariusz Treliński Krzysztof Bieliński
Ten spektakl ma swoje lepsze strony, jak orkiestra czy scenografia autorstwa Fabiena Lédé.

Po udanej „Salome” we Wrocławiu „Kobieta bez cienia” (wystawiona wcześniej w Lyonie) wydaje się regresem w twórczości reżyserskiej Mariusza Trelińskiego. Podcinanie sobie żył przez bohaterkę w łazience tak samo nie pasuje do „Kobiety bez cienia”, jak nie pasowało do „Orfeusza i Eurydyki” Glucka. Podobnie motyw wypalenia, melancholii rodem z filmu Larsa von Triera, też niewiele ma wspólnego z postacią Cesarzowej, kobiety-dziecka, która by ocalić męża, chce zdobyć cień, ale nie chce go zabierać innej kobiecie. Treliński widzi tu też motyw z „Persony” Ingmara Bergmana, jednej kobiety wchodzącej w przestrzeń drugiej, co także w tym dziele nie ma zastosowania. Ta mizoginistyczna i pronatalistyczna (głosy Nienarodzonych Dzieci!) baśń nie zakłada u kobiet psychologii, nie daje im nawet imion.

Richard Strauss, Kobieta bez cienia, reż. Mariusz Treliński, kier. muz. Bassem Akiki, Teatr Wielki-Opera Narodowa

Polityka 9.2026 (3553) z dnia 24.02.2026; Afisz. Premiery; s. 73
Oryginalny tytuł tekstu: "Kobiety bez głosu"
Reklama