Kobiety bez głosu
Recenzja spektaklu: „Kobieta bez cienia”, reż. Mariusz Treliński
Po udanej „Salome” we Wrocławiu „Kobieta bez cienia” (wystawiona wcześniej w Lyonie) wydaje się regresem w twórczości reżyserskiej Mariusza Trelińskiego. Podcinanie sobie żył przez bohaterkę w łazience tak samo nie pasuje do „Kobiety bez cienia”, jak nie pasowało do „Orfeusza i Eurydyki” Glucka. Podobnie motyw wypalenia, melancholii rodem z filmu Larsa von Triera, też niewiele ma wspólnego z postacią Cesarzowej, kobiety-dziecka, która by ocalić męża, chce zdobyć cień, ale nie chce go zabierać innej kobiecie. Treliński widzi tu też motyw z „Persony” Ingmara Bergmana, jednej kobiety wchodzącej w przestrzeń drugiej, co także w tym dziele nie ma zastosowania. Ta mizoginistyczna i pronatalistyczna (głosy Nienarodzonych Dzieci!) baśń nie zakłada u kobiet psychologii, nie daje im nawet imion.
Richard Strauss, Kobieta bez cienia, reż. Mariusz Treliński, kier. muz. Bassem Akiki, Teatr Wielki-Opera Narodowa