Polskie pokoje wściekłości

Szał room
Do dyspozycji mamy młotek, kij bejsbolowy, pałkę teleskopową czy łom. Można nimi rozwalić wszystko, co się da: od szklanek po komputer. I sporo za to zapłacić.
Pokój Furii Furiat we Wrocławiu
Mieczysław Michalak/Agencja Gazeta

Pokój Furii Furiat we Wrocławiu

Zdzisław Hoffmann, współwłaściciel pierwszego w Polsce pokoju wściekłości w Łodzi
Andrzej Zbraniecki/EAST NEWS

Zdzisław Hoffmann, współwłaściciel pierwszego w Polsce pokoju wściekłości w Łodzi

audio

AudioPolityka Joanna Tracewicz - Szał room

Tekst ukazał się w POLITYCE w maju 2016 r.

Gdybyśmy wprost tłumaczyli angielski termin rage room (lub anger room), wyszedłby „pokój wściekłości”. To miejsce, gdzie wyładujemy złość za pieniądze – wcale niemałe, bo jednoosobowe, półgodzinne wejście do pokoju to koszt powyżej 100 zł. Obcojęzyczna nazwa to ślad historii rage roomów, które zakładano od lat w Stanach Zjednoczonych, we Włoszech, w Serbii czy Rosji. Dodatkowy rozgłos niszowe dotąd zjawisko zdobyło w październiku ubiegłego roku, kiedy media obiegła informacja, że sam Kanye West – amerykański raper i producent muzyczny, a prywatnie mąż Kim Kardashian – stworzył sobie prywatny anger room, w którym może się bez przeszkód odstresować.

W Polsce pokojów wściekłości jest kilka, m.in. we Wrocławiu, w Katowicach czy Warszawie. Pierwszy otwarto w listopadzie ub.r. w Łodzi. – Syn mojego męża był w Stanach Zjednoczonych i tam usłyszał o tego typu miejscu – opowiada Anna Karolczak-Hoffmann, właścicielka tamtejszego rage roomu, który działa pod szyldem EXITchampions. – Kiedyś zupełnie przypadkiem w rozmowie opowiedział nam o nim, co potraktowaliśmy wtedy jak ciekawostkę, ale ziarno zostało zasiane.

Rage room otworzyli najpierw na próbę. To był dodatek do escape roomów (pokoje, w których ludzie dają się dobrowolnie zamknąć, by samodzielnie odkryć sposób ucieczki – por. POLITYKA 18/15), które prowadzi ta sama firma. – Na naszych klientach przeprowadzaliśmy testy, czy podoba im się taka zabawa. Oni przychodzili do escape roomu, a my pytaliśmy, czy chcą zobaczyć, jak to jest rozbić telewizor.

Czasem decyzja o otwarciu takiego miejsca wypływa z własnej potrzeby odreagowania złości. Tak było z Rafałem Płonkowskim, założycielem Pokoju Furii Furiat we Wrocławiu. – Pomysł narodził się dwa lata temu, kiedy sfrustrowany podczas remontu stwierdziłem, że chętnie wybrałbym się do miejsca, w którym mógłbym jakoś odreagować, niszcząc przedmioty. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, jak się nazywa, a potem usłyszałem, że w Toronto otworzyło się tego typu miejsce – mówi.

Niszczenie na zamówienie

Jak wygląda taka odstresowalnia? To po prostu dobrze zabezpieczony pokój, w którym na ścianach, a czasem też podłogach, znajdują się płyty wiórowe. Okna osłonięte są siatką czy kratami. W środku jest kamera, dzięki której pracownicy rage roomu mogą obserwować, co się dzieje w pokoju. To dodatkowa atrakcja. – Druga kamera umieszczana jest na kasku, który na głowie ma nasz gość. Po wyjściu z pokoju klient otrzymuje dwa nagrania: jedno z jego perspektywy, drugie ogólne, a także zdjęcie wykonane polaroidem – wyjaśnia Rafał Płonkowski.

Przed półgodzinną walką z sobą samym i różnymi przedmiotami trzeba podpisać oświadczenie. Po pierwsze, wchodzimy na własną odpowiedzialność. Po drugie, trzeba być pełnoletnim. Klienci muszą też włożyć specjalny kombinezon ochronny, kask, okulary (czasem wykorzystuje się maski do paintballa), rękawice. We wrocławskim Furiacie klienci zostają także wyposażeni w ochraniacze na piszczele. Zaleca się też, by założyć buty na grubej i mocnej podeszwie. Dla gości przygotowany jest zestaw narzędzi: łom, młotek, młot do burzenia ścian, kij bejsbolowy, klucz francuski, pałka teleskopowa. Nie ma ostrych przedmiotów, choć pewnie i na nie znaleźliby się chętni. – Pierwszą zainteresowaną rage roomem osobą był pan, który ostatecznie do pokoju nie przyszedł. Zadzwonił do nas i zapytał, czy może przynieść swoją siekierę, by porozwalać trochę rzeczy. Musiałyśmy odmówić – wspomina z rozbawieniem Agnieszka Ferdek, jedna z właścicielek katowickiej Demolki, otworzonej w marcu tego roku.

Wewnątrz pokoju umieszczone są różne meble i rzeczy codziennego użytku – biurka, szafki, półki, fotele, krzesła, butelki, szklanki, komputery, monitory, telewizory, klawiatury. Ale możemy tam znaleźć też pralkę czy lustro. – Aranżacja zmienia się właściwie za każdym razem, kiedy do pokoju wchodzi nowa osoba – wyjaśniają Agnieszka Ferdek i Marta Majewska. – Nieraz rage room wygląda jak zwykły pokój mieszkalny, kiedyś zmienił się też w salon fryzjerski, a innym razem stał się kuchnią – wyjaśnia Karolczak-Hoffmann. – Ludzie lubią niszczyć przedmioty w takich miejscach, w jakich długo przebywają, często z musu. Gospodyni domowa będzie więc chciała wyżyć się w kuchni, a informatyk przed komputerem – dodaje.

Po takiej demolce sprzęty wymieniane są na nowe, a pomieszczenie dokładnie czyszczone z odłamków szkła i części zniszczonych rzeczy, które wcześniej fruwają po całym pokoju. Sprzątanie zajmuje zwykle 15–20 minut. Potem można wstawiać nowe przedmioty. Czasem wystrój pokoju wynika z konkretnej prośby gościa, który na przykład chce, aby rage room przypominał miejsce jego pracy. Pracownice katowickiej Demolki pozwalają też klientom przynosić swoje rzeczy, które chcą zniszczyć. One zajmą się ich utylizacją.

Na początku, po zamknięciu drzwi do pokoju, ludzie są bardzo niepewni. Trudno im się przełamać – opowiada Marta Majewska, a Anna Karolczak-Hoffmann przyznaje, że czasem samemu trzeba coś przy odwiedzających zniszczyć, aby ośmielili się rozwalać przedmioty, które są według nich jeszcze zdatne do użytku. Wbrew pozorom rzucanie telewizorami, klawiaturami czy monitorami i uderzanie w nie, aby od razu zmieniły się w drobny mak, wcale nie jest takie proste.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną