Reprezentacja Rosji nie pojedzie na igrzyska olimpijskie w Pjongczang

Krok ku czystości
Miarka się przebrała. Rosja właśnie się przekonała, że dla państw, które w imię sukcesu hodują medalistów na dopingu, nie ma miejsca na igrzyskach.
Reprezentacja Rosji nie pojedzie na igrzyska olimpijskie w Pjongczang. Koniec z dopingiem?
REUTERS/Ria Novosti/Forum

Reprezentacja Rosji nie pojedzie na igrzyska olimpijskie w Pjongczang. Koniec z dopingiem?

Decyzja Komitetu Wykonawczego MKOl oznacza, że na najbliższych igrzyskach w Pjongczang nie będzie rosyjskiej reprezentacji. Dopuszczeni do startu zostaną tylko ci rosyjscy sportowcy, których nie sposób posądzić o żadne dopingowe grzechy. Ale będą mogli wystąpić wyłącznie pod olimpijską flagą i w razie zdobycia złota zmuszać się do uśmiechu na podium, słuchając olimpijskiego hymnu. A na takie upokorzenie Rosja sobie chyba nie pozwoli. I bardzo prawdopodobne, że żaden tamtejszy przedstawiciel sportów zimowych do Pjongczang nie pojedzie.

Doping w rosyjskiej reprezentacji

Jak już było wiadomo od pewnego czasu, rosyjska potęga w sportach zimowych została zbudowana na wielkim oszustwie, którego istotą było podmienianie próbek z moczem pobranym od uczestników poprzednich igrzysk w Soczi przez dziurę w olimpijskim laboratorium – chwyt żywcem wyjęty z mało wyrafinowanego arsenału szpiegowskiego.

Najpierw śledztwa dziennikarskie, następnie nagły i niespodziewany przypływ szczerości Grigorija Rodczenkowa (szefa moskiewskiego laboratorium antydopingowego, który w obawie o własne życie uciekł do Stanów Zjednoczonych i zaczął „sypać” system), a następnie niezależne dochodzenia komisji śledczych Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego ustaliły, że dopingowy proceder był inspirowany odgórnie, ze szczytów władzy, a udział w nim traktowano jak patriotyczny obowiązek, szybką ścieżkę do podium, ku chwale ojczyzny.

Półtora roku temu skala procederu była już znana, a mimo to MKOl nie zdecydował się na wyrzucenie Rosji z letnich igrzysk w Rio, przerzucając decyzję o ewentualnym szlabanie na poszczególne federacje sportowe. Co zmieniło się przez ten czas? Potwierdzono nazwiska przyłapanych w Soczi na dopingu Rosjan (ówczesnym gospodarzom odebrano już 11 z 33 zdobytych tam medali, a wiadomo, że to jeszcze nie koniec), a MKOl-owskie komisje znajdują kolejne dowody potwierdzające sensacje Rodczenkowa. Decyzja nie mogła być inna – wiarygodność olimpijskiego ruchu przede wszystkim dla sponsorów (pół roku temu z roli partnera MKOl wypisał się McDonald) okazała się ważniejsza niż osobista zażyłość szefa olimpijskiej centrali, Thomasa Bacha, z Władimirem Putinem.

Już przed wydaniem werdyktu Rosjanie, jakby spodziewając się najgorszego, ustami swojego ministra sportu Witalija Mutki (który według Rodczenkowa nadzorował cały szwindel) narzekali na wielką niesprawiedliwość i obsadzenie swojej ojczyzny w roli dopingowego czarnego luda, jakby tylko oni wyspecjalizowali się w oszustwie.

Oczywiście Mutko ma rację – doping nie ma narodowości, skuszonych na cuda powodowane przez sterydy, transfuzje krwi albo cyniczne manipulacje wokół instytucji wyłączenia terapeutycznego (dającej chorym albo kontuzjowanym sportowcom zielone światło na przyjmowanie zakazanych substancji) znajdzie się wszędzie. Tylko że żaden z tych krajów nie ma swojego Rodczenkowa czy lekkoatletycznego małżeństwa Stiepanowów – ludzi, którym obrzydł udział w tym gigantycznym przekręcie i bez których zeznań sprawa nie wyszłaby na jaw.

A jeśli Rosja ma dowody na inne dopingowe programy inspirowane z ministerialnych gabinetów, niech je ujawni. W końcu FSB potrafi coś więcej, niż podmieniać kubki z moczem przez dziurę w ścianie.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną