Ludzie i style

Mistrzowie zen radzą, jak zacząć słuchać samych siebie

Medytacja w domu Medytacja w domu Ben Blennerhassett / Unsplash
Izolacja jest trudna, ale jeśli znajdziemy przestrzeń wewnątrz siebie, doświadczymy głębokiego wytchnienia – mówią mistrzowie zen Sunya Kyolhede i Lawson Sachter.

MARTYNA BUNDA, MARCIN AGOPSOWICZ: – Gdy część z nas uczy się być samemu ze sobą, inni uczą się być 24 godziny na dobę ze swoimi dziećmi. Jak przez to przejść i się nie pozabijać?
LAWSON SACHTER: – Warto dostrzec, że sytuacja, w której się znaleźliśmy, daje nam sposobność słuchania. Słuchania dzieci, czego zazwyczaj nie robimy, ale także samych siebie, tego, co dzieje się wewnątrz nas. A to klucz do wszystkich trudnych sytuacji w naszym życiu.

Przedłużająca się izolacja, życie w zamknięciu, w cieniu wirusa, w strachu o byt materialny i jutro, uświadamia, jak iluzoryczna jest nasza kontrola. Wcześniej też była żadna, bo tak naprawdę nigdy nie wiemy, co się zdarzy, ale uspokaja złudzenie, że ją mamy i wiemy, co stanie się jutro, pojutrze, za godzinę. Straciliśmy dobrze znany wzorzec, za to mamy szansę wybudować poczucie spokoju oparte na innych podstawach. Praktyka słuchania siebie, bycia tu i teraz w tym, co jest – tak istotna w zen – i nasze przyzwolenie, by różne emocje ujawniły się i zostały przez nas dostrzeżone, też może przynieść spokój. Skoro nie możemy zbudować go na poczuciu kontroli, możemy budować na rozumieniu siebie. Dzieci potrzebują poczucia bezpieczeństwa nie mniej niż my. One też chcą wiedzieć, co się zdarzy, albo że nic złego się nie stanie.

Dzieci jeszcze nie wsiadły do tego pociągu

Chcą wierzyć, że ich rodzice mimo wszystko zachowali kontrolę?
L.S.: W żadnym razie nie chodzi o to, by je oszukiwać, ale by nie karmić trudnych emocji. Dzieci, jak wszyscy, mają skłonność do poddawania się przesadnym myślom. Bo przecież zwykle martwimy się nie tym, co jest teraz, nie tym, że nie mamy co jeść, ale tym, co może nastąpić w nie wiadomo jak odległej perspektywie. Ważne, aby dzieci miały w swojej rodzinie jakąś bezpieczną przestrzeń dla dania upustu emocjom. Możemy im ją dać jedynie wówczas, gdy sami znajdziemy miejsce dla własnych emocji. Dostrzeżemy je, pozwolimy im wybrzmieć i ulecieć, nie wikłając się w projekcje własnej wyobraźni. W zen ten sposób bycia w świecie nazywa się uważnością.

SUNYA KJOLHEDE: – A jeśli będziemy słuchać, dzieci mogą nas wiele nauczyć.

Czego?
S.K.: Świat dorosłych jest jak gnający pociąg z szalonym palaczem ładującym do pieca – byle prędzej, byle więcej zysku. Niezwykłe w naszej nowej sytuacji, wypełnionej przecież chorobą, cierpieniem i śmiercią, jest to, że coś nagle ten pociąg zatrzymało. Nie ma po co ładować do pieca, bo maszyna nie pojedzie. Szalony palacz musi się rozejrzeć.

Małe dzieci jeszcze nie wsiadły do tego pociągu. Potrafią po prostu być. Mają w sobie całe światy. Obserwując, jak doświadczają wszystkiego wokół, możemy je naśladować, i będzie to dla nas doskonały trening. Te starsze nieustannie rzucają wyzwanie naszemu systemowi wartości, ograniczonemu światopoglądowi, kwestionują dotychczasowy sposób bycia, stawiają kłopotliwe pytania. Jeśli jesteśmy gotowi prawdziwie spotkać się z naszymi dziećmi, to łatwiej będzie i nam wyskoczyć z kolein.

Jak to zrobić?
S.K.: Nie da się, dopóki kręcimy się w miejscu, wokół wciąż tych samych myśli o zmęczeniu, znużeniu i lęków o przyszłość. Uwikłani w nie jak w sieć nie jesteśmy w stanie niczego naprawdę zobaczyć ani usłyszeć. Nie tylko własnych dzieci, ale także przyrody, wiatru, zmieniającej się pogody, roślin, zwierząt.

Większość z nas przez lata skutecznie uciekała i od własnych dzieci, i od samych siebie w urządzenia elektroniczne, telewizję, kolejne wyzwania, zajęcia pozalekcyjne dla dzieci i treningi na mieście dla siebie. Teraz te zapełniacze czasu zniknęły. Oczywiście mamy tylko szansę, a nie idealne warunki; sama prowadziłam edukację domową dla czwórki dzieci w różnym wieku jednocześnie i dobrze pamiętam, że to kaskady trudności i różne silne emocje. Ale jest to szansa. I przewrotnie te wszystkie trudne emocje mogą nam pomóc.

Świadome doświadczanie gwałtownych uczuć, np. złości czy frustracji, jest bardzo istotnym elementem bycia tu i teraz. Jest też zasadniczym elementem składowym budowania relacji. Nie da się ich zbudować bez zaakceptowania faktu, że rodzicielstwo budzi sprzeczne uczucia, bez przeżycia ich i pójścia dalej, do źródła. U podstawy naszego związku z dziećmi jest coś bardzo mocnego.

W pewnym sensie ta szansa dotyczy całych społeczeństw. Przypominają mi się słowa Alberta Einsteina o tym, że nie uda się rozwiązać problemu, pozostając na tym samym poziomie świadomości, na którym problem powstał. Potrzebny jest nowy paradygmat.

Rodzinne laboratorium obserwacyjne

Czy te negatywne emocje nie są jednak zbyt gęste? Lęk o przyszłość oparty na realnych podstawach, bo firmy upadają, miejsca pracy znikają, zmaganie się z obowiązkami zawodowymi online, starania, by jakoś zająć dzieci, rozładować ich i własne frustracje. Ogromnie dużo jednocześnie.
L. S.: Ale umiejętność operowania trudnymi emocjami najłatwiej rozwijać właśnie w relacjach rodzinnych. Bez względu na to, czy pracujemy nad sobą w terapii psychologicznej, czy w relacji partnerskiej, czy właśnie w międzypokoleniowej, pracujemy dokładnie z tymi samymi wzorcami zachowań – np. uciekania od czegoś, reagowania złością albo lękiem. Teraz mamy to rodzinne laboratorium obserwacyjne otwarte na oścież non stop.

Praktyka uważności jest o tyle pomocna, że pozwala zobaczyć pojawiające się uczucia jako proces, zjawisko o zawsze podobnym przebiegu – deszcz zaczyna padać, deszcz przestaje padać. Często nawet nie wiemy, co czujemy. Tracimy kontakt z tym, co naprawdę się w nas dzieje, bo porywa nas fala własnych myśli. Pojawia się uogólniony lęk, wybuchowe rozładowanie czy zamykanie się w sobie, depresyjność.

Tylko jak nie uwikłać się w te myśli?
L. S.: Gdy coś poczujemy, zatrzymajmy się na tym. „Co tak naprawdę czuję?”. „Jak to przebiega?”. Gdy już się w tym osadzimy, zadajmy sobie pytanie, co możemy z tym zrobić. „Jakie zachowanie będzie najbardziej współczujące, racjonalne, a może po prostu najbardziej możliwe do wykonania w danej sytuacji?”.

Także dzieciom trzeba pomóc rozumieć to, czego doświadczają. Gdy w rodzinie powstają napięcia, dzieci przeżywają silny lęk. Rezonują z uczuciami rodziców. Oczywiście nie chodzi o to, by ulegać dzieciom, dawać im, co chcą, żeby nie były smutne, bo jednym ze składników ich poczucia bezpieczeństwa jest czytelność stawianych granic. Ale pozwólmy im na emocje.

S.K.: Są też pewne praktyczne sposoby, znane od tysiącleci, by sobie wzajemnie pomóc. Można zorganizować rodzinny krąg, nawet codziennie, o jakiejś pasującej wszystkim porze. Krąg pozwala każdemu poczuć się wysłuchanym, wyrazić emocje i dowiedzieć się, co przeżywają pozostali. To niezwykle ważne w kryzysowych sytuacjach. Wreszcie mamy czas na stały, bezpośredni kontakt ze sobą.

Gdy człowiek zostaje wysłuchany, gniew nie przerodzi się w przemoc.
S.K.: No właśnie. Wszyscy potrzebujemy dziś zdać sobie sprawę, że istnieje różnica między uzdrawiającym wyrażaniem emocji a dawaniem im upustu. Ale ludzie powszechnie mylą te sprawy.

Weźmy złość, jedną z potężniejszych emocji. Wiele osób myśli, że złość to krzyki i rzucanie przedmiotami. A to nie jest doświadczanie złości, tylko sposób obniżenia napięcia. To tak podstawowe jak nauka alfabetu i my, dorośli, powinniśmy objaśniać to dzieciom. Kłopot w tym, że spora część dorosłych nigdy się tego nie nauczyła. Notabene straszne jest pomyśleć, ile osób doświadcza przemocy w rodzinie, a teraz nie pozwala im się wychodzić z domu... Ale wracając do wątku – świadomość, że odczuwanie emocji i reagowanie na nie to dwie różne sprawy, może pomóc przetrwać trudny czas. Popracowanie nad tym dziś ułatwi nam życie w przyszłości. Bo przecież możemy mówić o różnych powodach emocji – czy będzie to koronawirus, czy dzieci i kłopoty z nimi, czy sprawy finansowe, zdrowotne, uzależnienia, niepełnosprawność – wszystkie istniejące w świecie problemy powodują trudności tej samej natury, a praktyka obywania się z nimi buduje nas jako ludzi. Mając motywację, jakiej nigdy wcześniej nie mieliśmy, możemy poćwiczyć obchodzenie się z emocjami i korzystać z tego przez lata. Ale można pójść jeszcze dalej.

Dokąd?
S.K.: Przebywanie w zamknięciu jest trudne, ale jeśli potrafimy znaleźć przestrzeń wewnątrz naszych umysłów, doświadczymy głębszego stanu wytchnienia. W miarę jak gęsta warstwa myśli rozpuszcza się, mamy więcej i więcej tej wewnętrznej przestrzeni. Owo ugrzęźnięcie w myślach ciąży nam nie mniej niż ścisk i izolacja w domach z powodu koronawirusa. I od lat, od pokoleń utrudnia nam radzenie sobie z trudnymi sytuacjami. Obraca się przeciw nam, przeciw Ziemi.

To już zen?
S.K.: Wszystko jest zen. Mówię żartem, ale nie do końca. W zen nie chodzi o mindfullnes, gdy patrzysz na sytuację z dystansu. To oczywiście pomocne, by poradzić sobie z obciążeniami, ale w zen chodzi o to, by poprzez pełne zanurzenie się w tym, co się właśnie dzieje, dotrzeć do pierwotnej przyczyny wszelkiej przemocy, czyli dostrzec złudzenie oddzielności bytów. Doświadczyć własnym ciałem poczucia połączenia wszystkiego ze wszystkim – i jest to bardzo mocne, niebywale głębokie, zmieniające doświadczenie.

W Chinach za czasów Cesarza Wu buddyści byli prześladowani, zamknięto tysiące świątyń, mnisi musieli wrócić do życia świeckiego. Szkoła zen przetrwała ten okres najlepiej ze wszystkich odłamów buddyzmu właśnie dlatego, że nie miała sztywnego systemu rytuałów, a tylko koncentrowała się na życiu w kontakcie z chwilą obecną. Zawsze i wszędzie mamy tę możliwość i to jest właśnie istota jakiejkolwiek praktyki dharmy. Gdy pijesz herbatę, to jest oczywiście łatwe, łatwe jest też podczas zamiatania podłogi, ale gdy w grę wchodzi obszar emocji, następuje silne wewnętrzne poruszenie i trudno utrzymać obecność i orientację, co tak naprawdę się dzieje.

Co ciekawe, dzieci mają zdolność bycia tu i teraz w stopniu większym, niż zazwyczaj jesteśmy skłonni przyznać. Większym niż wielu dorosłych.

L.S.: Gdy mówimy o różnych sposobach i poziomach praktyki – może ona nie tylko sprawić, że będziemy lepiej radzić sobie z codziennymi trudnościami, ale też jest w niej potencjał głębokich wglądów i uzyskania dostępu do wewnętrznych pokładów współczucia. A to już duża rzecz.

Dla wielu osób ta podróż do wnętrza siebie jest jak wchodzenie w głęboki, ciemny las, coś tam czeka, ale nie wiadomo co.
S.K.: I jest to po części prawda. Z moich doświadczeń – osobistych i jako nauczycielki zen – wynika, że gdy ludzie schodzą głębiej, często np. przeżywają siebie jako bezwartościowych, myślą, że źle robią różne rzeczy, że nie są warci miłości. Nie ma lepszego antidotum na ten stan, niż wejść jeszcze głębiej w praktykę. Gdy Budda się przebudził, doświadczył doskonałości wszystkich istot i jest to doświadczenie afirmujące na najgłębszym poziomie. Swoją drogą, może dlatego tak trudno praktykować ludziom na Zachodzie, że kultura i religie skłaniają się tam raczej ku niedoskonałości, jak koncepcja grzechu pierworodnego. Oczywiście krytyka skierowana do siebie zawsze wyraża się też w krytykowaniu innych, nie ma krytycyzmu tylko wobec siebie. Ważne, byśmy dostrzegli, że mamy w pewnym sensie pandemię nienawiści do siebie. Łączy się to również z samosabotażem.

Wracając do „ciemnych ścieżek”: nic złego nie może nas spotkać wewnątrz nas samych, ale też ważna jest umiejętność przejścia przez trudne poziomy na wskroś, by na nich nie utknąć. Osoby podejmujące intensywne okresy medytacyjne, które zazwyczaj wywołują głębsze stany świadomości, powinny być prowadzone przez kogoś, kto już przeszedł tę drogę, powpadał w pułapki i dzięki doświadczeniom orientuje się dobrze w terenie. Jednak mówimy tu o schodzeniu bardzo głęboko. Tymczasem większość z nas, nawet praktykujących medytację, utrzymuje się na powierzchni – ciągle pracujący umysł, natłok bodźców przeszkadza nam zejść głębiej. Ta pandemia jest naprawdę fascynującą sposobnością ku temu, by dowiedzieć się trochę więcej o tym, co jest w nas.

A może jest sposobem, w jaki natura poradzi sobie z najważniejszym szkodnikiem: człowiekiem?
S.K.: Ja jednak wolę widzieć to jako szansę. To prawda, że dzięki pandemii zmalało zanieczyszczenie powietrza, rzeki w miejscach, gdzie fabryki nie działają, stały się czystsze. Ale gdy pandemia się skończy, wszystko może szybko wrócić do stanu poprzedniego. A jednak nie musi.

Głębsza zmiana, która jest naszemu gatunkowi tak potrzebna, najłatwiej może zacząć się właśnie w rodzinach. A potem w relacji z naszą własną głębią. Bo tam jest poziom, na którym, znów cytując Einsteina, możemy znaleźć realne rozwiązanie problemów cywilizacji, której częścią jesteśmy.

L.S.: Teraz jesteśmy w kryzysie. Staramy się po prostu przetrwać kolejny dzień i taka prawda może być trudna do pojęcia. Lecz jeśli w sytuacji, gdy zostaliśmy zbiorowo wybici z kolein, uda nam się zauważyć cierpienie i potrzeby innych, rozbroić te bomby, jakimi są nasze emocje – to wszystko może stać się czynnikiem przemieniającym zbiorową świadomość. Właśnie w izolacji możemy łatwiej zdać sobie sprawę, jak bardzo jesteśmy połączeni. Na poziomie społecznym, ale też – zwłaszcza – na dużo głębszym poziomie.

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Historia

Hiroszima i Nagasaki – trauma Japonii

Ameryka przeczytała opis skutków zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę dopiero w rok po fakcie. Dla Japończyków to symbol narodowego męczeństwa. Wolą jednak nie rozpamiętywać, jaka droga zaprowadziła Japonię ku tragedii.

Adam Szostkiewicz
06.08.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną